Najstarszy salon fryzjerski w Warszawie bliski bankructwa. Strzygł się tam m.in. Zbigniew Wodecki

Salon fryzjerski "Modik" ma tylko kilka dni, by spłacić zaległości wobec spółdzielni. Inaczej będzie musiał wynieść się z lokalu. Salon został założony w 1933 roku i od tego czasu pozostaje w rękach jednej rodziny. W "Modiku" strzygł się m.in. Zbigniew Wodecki.

Na początku kwietnia salon fryzjerski "Modik" poinformował, że po 88 latach w rękach jednej rodziny, kończy działalność. Nieco ponad tydzień później, salon przekazał, że zdecydował się na próbę ratowania biznesu, by podtrzymać tradycję. Zorganizowano więc zbiórkę internetową na portalu zrzutka.pl.

Salon fryzjerski Huberta Pilewicza jest salonem pokoleniowym założonym 88 lat temu. Nie możemy zaprzepaścić szansy i nie pomóc mu... Niech historia nadal trwa... Nie dajmy się pandemii... I nie bądźmy obojętni na takie trudne  sytuacje życiowe

- brzmi opis zbiórki. 

Niestety salon ma już tylko cztery dni, by zebrać wymagane 50 tys. złotych. Do 13 kwietnia łączna liczba wpłat wyniosła tylko 6448 zł, co stanowi 12 proc. wymaganej kwoty. Jeśli do niedzieli 18 kwietnia właściciel Hubert Pilewicz nie spłaci zaległości wobec spółdzielni, będzie musiał wynieść się z lokalu

Zobacz wideo Kiedy odmrażanie biznesu? Paweł Borys podaje możliwą datę

"Modik" to salon z historią

O całej sprawie z Hubertem Pilewiczem rozmawiał serwis innpoland.pl. Mężczyzna w 2014 roku przejął salon od swojego taty i wujka. "Modik" założyli ich rodzice w 1933 roku i - poza okresem wojny - biznes działał od tego czasu nieprzerwanie. Strzygli się tutaj m.in. Zbigniew Wodecki, czy Jan Machulski. Najstarszy klient przychodzi do "Modika" od 70 lat, a jedna z fryzjerek pracuje w salonie od czterech dekad. Wnętrze przypomina o dziesięcioleciach działalności salonu, choć Pilewicz odnowił je i dostosował do współczesności. 

Salon przetrwał wojnę, przetrwał czasy Stalina, stan wojenny i wszelkie dziejowe zawieruchy, a nie przetrwał czasu pandemii

- mówi Pilewicz.

fryzjer (zdjęcie ilustracyjne)Salony kosmetyczne i fryzjerzy zamknięci od soboty. "Wróci podziemie"

Salon już przed pandemią był w kiepskiej sytuacji finansowej, ale właściciel postanowił o niego zawalczyć. Kryzys to jednak mocno utrudnił. Przez ponad rok pandemii Pilewicz otrzymał ledwie 8,5 tys. złotych wsparcia od państwa. Nie starczyło to na czynsz, a po paru miesiącach zaległości, spółdzielnia wypowiedziała mu lokal. 

Wcześniej mieliśmy podpisane czteromiesięczne zobowiązanie o płatnościach. Wywiązywałem się z niego przez dwa miesiące, ale później rząd zamknął salony fryzjerskie i straciłem cały dochód. Wtedy musiałem zdecydować - albo zapłacę moim pracownikom w czasie zamknięcia, albo pokryję zobowiązanie. Wybrałem ludzi.

- mówi Pilewicz. Dodaje, że nie chciał nigdy jałmużny, ale do ostatniej próby ratunku salonu przekonali go bliscy. Ma nadzieję, że jeśli uda się spłacić dług, to dogada się też ze spółdzielnią. 

Branża beauty krytycznie o lockdownie

Przedstawiciele branży decyzję o przedłużeniu obejmujących ich obostrzeń nazwali absurdem. 

Przedsiębiorcy muszą mieć za co żyć. Należy jak najszybciej odmrozić branżę, bo zakaz jest absurdem. Salony w dzisiejszym reżimie sanitarnym to najbezpieczniejsze miejsca usługowe

- mówił założyciel grupy wsparcia przedsiębiorców i specjalistów branży beauty, Michał Łenczyński, cytowany na stronie internetowej Beauty Razem. 

Wzrost liczby wizyt u fryzjeraNajazd na zakłady fryzjerskie. Terminale rozgrzane się do czerwoności

Jako argument za otwarciem salonów urody przedstawiciele branży podnoszą fakt, że na przełomie kwietnia i maja branża w ścisłej współpracy z Ministerstwem Rozwoju (dziś: MRPiT) sama opracowała wytyczne i nowy reżim bezpieczeństwa.