Ewangelia według Elona Muska: Zarabiam miliardy, żeby was uratować

Grzegorz Sroczyński
Nie mam wątpliwości, że SpaceX czy NASA dowiozą człowieka na Marsa. Będzie to fascynujący projekt badawczy i wspaniałe osiągnięcie naszego gatunku. Ale bajdurzenie, że się w ten sposób uratuje ludzkość i powstanie tam milionowa metropolia, będą kluby nocne i pizzerie, to jest jakiś absurd - z Wojciechem Borowiczem rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Kto uratuje ludzkość?

Wojciech Borowicz: Miliarderzy. A najbardziej Elon Musk. Cytuję: "Niespokojny umysł Muska analizuje wszystko, co widzą jego oczy". On w popkulturze staje się nowym Jezusem.

Zobacz wideo Elon Musk tweetuje, a z rynku odpływają miliardy. Szef Tesli znów igra z ogniem [TOPtech]

Skąd ten cytat?

To akurat z felietonu Hołdysa, ale chodzi mi generalnie o poetykę pisania o nim jak o świętym. Musk i inni miliarderzy są traktowani jako ostatnia nadzieja na uniknięcie wielkich katastrof, które wiszą nad ludzkością. W przypadku Muska mamy do czynienia z prawdziwym kultem jednostki. Jego w zasadzie nie da się skrytykować w sieci.

Nie da się?

Lepiej potem nie zaglądać w komentarze. Ludzie na forach dostają małpiego rozumu, jak coś złego napiszesz o świętym Elonie.

Dlaczego?

Bo żyjemy w szczycie epoki indywidualizmu. Utraciliśmy wiarę we wspólne rozwiązywanie problemów i szukamy różnych wybitnych jednostek, które nam naprawią świat. To co się dzieje wokół Muska bardzo tę indywidualistyczną kulturę wzmacnia i dlatego uważam, że jest szkodliwe. Chór jego apostołów krzyczy, że świat się kończy i tylko Elon stoi między nami a zagładą. Więc jak ktoś go krytykuje, to na pewno ze złej woli. Ja i tak mam komfortową sytuację, bo jestem mężczyzną, ale kobiety dziennikarki, które go zahaczały i publikowały teksty krytyczne, były czołgane przez apostołów znacznie bardziej.

Że są kretynkami i nie znają się na technologiach?

Żeby. Były wyszukiwane w mediach społecznościowych, spamowano ich profile, grożono śmiercią i gwałtem.

Czytaj też: Kryptowaluty. Inwestorzy apelują do Elona Muska: Przestań tweetować. "Ludzie stracili mnóstwo pieniędzy"

A czy to nie jest tak, że ekscentryczny miliarder po prostu kupił sobie fabrykę trolli i płaci za to spamowanie krytycznych głosów?

Nie. To absolutnie szczery kult. Napompowany tym, że Musk jest osobą o ogromnym ego, co zresztą nie różni go specjalnie od innych miliarderów. O nim się mówi, że to taki Tony Stark prawdziwego świata, który - jak w komiksie - zamienia się w Iron Mana i ratuje ludzkość swoimi genialnymi wynalazkami.

Trzeba Muskowi sprawiedliwie oddać, że robi rzeczy na pograniczu tego, co dotąd wydawało się technologicznie niemożliwe, jego firmy rzeczywiście próbują przesuwać kolejne granice. Kiedy inwestował w Teslę, rynek samochodów elektrycznych był śmieszny. Przed powstaniem SpaceX, pomysł, że można robić pieniądze na prywatnych inwestycjach w podróże kosmiczne, wydawał się kuriozalny. Jako biznesmen ma doskonałe wyczucie ryzyka i umie znaleźć okazje, które wydają się mieć małe szanse powodzenia, a potem wychodzi z tego lukratywny biznes. Ale to nie czyni z niego Mesjasza, tylko sprawnego inwestora i przedsiębiorcę.

Geniusz ratujący świat. To jest ten główny składnik, który ludzi przyciąga?

Geniusz, który płynie pod prąd, żeby zbawić ludzkość. Musi nieustannie walczyć - jak bohater komiksu - a przeszkadzają mu państwa, regulacje, podatki, stare schematy myślenia, które geniuszy chcą ciągnąć za nogi w dół. Ukryte przesłanie kultu jest takie: miliarderzy zarabiają pieniądze nie dla siebie, tylko dla naszego wspólnego dobra. Kiedy senator Bernie Sanders napisał o astronomicznych majątkach i problemie rosnących nierówności w USA, Musk na twitterze odpisał: "Zbieram zasoby, by pomóc uczynić ludzkie życie międzyplanetarnym i zanieść kaganek świadomości aż do gwiazd".

Ale że co? "Zanieść kaganek świadomości do gwiazd"?

Bo on ma taką wizję, że przetrwanie ludzkości wymaga skolonizowania Marsa. I stąd to hasło o czynieniu nas "gatunkiem międzyplanetarnym", co wiele mówi o ego tego człowieka.

Czyli dlatego musi być taki bogaty, żeby uratować ludzkość?

Dlatego. I to dotyczy też innych miliarderów snujących podobne wizje - Bezosa czy Bransona, który chce uruchomić loty komercyjne w kosmos. Ewangelię według Elona Muska apostołowie niosą potem dalej na twittera, reddita, facebooka…

No dobrze. Skolonizować Marsa? Kiedy?

Pierwszy załogowy lot na Marsa NASA planuje po 2030 roku. Musk twierdzi, że chciałby to zrobić wcześniej - w 2026 roku, a do 2050 roku na Marsie ma być według niego milion ludzi.

Nie mam wątpliwości, że SpaceX czy NASA dowiozą człowieka na Marsa. Będzie to fascynujący projekt badawczy i wspaniałe osiągnięcie naszego gatunku. Ale bajdurzenie, że się w ten sposób uratuje ludzkość i powstanie tam milionowa metropolia, będą kluby nocne i pizzerie, to jest jakiś absurd. NASA nie mówi o kolonizowaniu Marsa czy budowaniu tam miast, bo to organizacja badawcza: lecimy na Marsa zrobić projekt naukowy i poszerzać granice tego, co wiemy o świecie. I to jest wspaniałe. Dobrze, że SpaceX przy tym projekcie współpracuje. Większość przychodów tej firmy to są kontrakty od NASA i innych agencji rządowych, w tym Departamentu Obrony. I nie mówię tego, żeby inżynierom Muska odmawiać osiągnięć, bo robią fantastyczne rzeczy, ale prawda jest taka, że są podwykonawcami dla rządowych zleceń, więc to pieniądze z podatków. Ale zbawcą jest Elon.

Czytaj też: Elon Musk: Za siedem lat pierwsi koloniści polecą na Marsa. To nie będzie spacerek

W zasadzie co złego, że Musk przy okazji tej współpracy z NASA sobie bajdurzy?

Pomysły Muska i innych miliarderów są niesamowicie nagłaśniane i mają gigantyczny wpływ na świadomość społeczeństw. Za bardzo zaufaliśmy, że oni zrobią coś dobrego nie dla swojego zysku czy wybujałego ego, tylko dla nas wszystkich. Nie chodzi o to, żeby nie inwestowali w kosmos czy naukę, tylko żeby nie propagowali narracji, że nasza wspólna przyszłość zależy od dobrej woli i sukcesu jednostek. Przyszłość ludzkości zależy od systemowych rozwiązań i działań wspólnych tu na Ziemi. A Elon Musk chce rozwiązać najgorsze problemy ludzkości, wysyłając ją na Marsa.

Po co?

On mówi o dwóch głównych zagrożeniach: wojnie światowej oraz buncie sztucznej inteligencji. No pewnie, że trzecia wojna światowa z użyciem broni jądrowej jest czymś, co może zniszczyć nasz gatunek, ale znacznie lepszym rozwiązaniem tego problemu jest nierozpętywanie trzeciej wojny światowej, niż wysłanie ludzi na Marsa. Z kolei bunt sztucznej inteligencji to w ogóle jest jakiś totalny mit, który wyprodukowała Dolina Krzemowa.

Mit? Przecież w kółko o tym problemie słyszę.

No właśnie. W Dolnie Krzemowej jest grupa ludzi, którzy maja hopla na punkcie wmawiania nam, że sztuczna inteligencja to największe egzystencjalne zagrożenie. Nick Bostrom jest ich filozoficznym patronem. Przez ostatnie 20 lat w Dolinie Krzemowej zapanowało przekonanie, że to oni kształtują świat i decydują o naszej przyszłości, więc zaczęli uważać, że największe zagrożenie ludzkości też musi pochodzić od nich i będzie nim oprogramowanie, które oni mogą albo wyregulować, albo napisać lepiej. Według luminarzy Doliny Krzemowej, wszystko, co się dzieje na świecie, dobrego i złego, musi być zdefiniowane przez ich perspektywę. Stąd opowiadają historie, że grozi nam bunt maszyn albo że żyjemy w matriksie, rzeczywistości wirtualnej, tylko o tym nie wiemy. Kiedy słyszę ludzi, którzy mają ogromne pieniądze, wpływy i możliwości, jak rozprawiają o buncie maszyn lub konieczności budowania pizzerii na Marsie - przy tych wszystkich rzeczywistych problemach, które mamy na Ziemi tu i teraz - to wyczuwam w tym jakiś akt desperacji i uważam za totalne marnowanie naszej uwagi.

Te pizzerie na Marsie będą?

Nie będzie ich. No skąd.

Ale ten pomysł ma w ogóle jakieś podstawy naukowe?

Wiemy o Marsie bardzo dużo - NASA przecież wysyłała już tam roboty. Wiemy, że da się tam zbudować warunki do przetrwania. Można się wkopać pod ziemię, zrobić bazę w jaskini, co wymaga skomplikowanych technologii i wielkiej inżynierii. Dobrze wiemy, co nas tam czeka.

Czyli?

Jeżeli byś sobie wyszedł na powierzchnię Marsa taki goły i wesoły - mówię czysto abstrakcyjnie - to najpierw zabiłoby cię ciśnienie, krew by ci się zaczęła gotować. Gdybyś to przetrwał, to byś się udusił, bo nie ma tlenu. Gdybyś i to przetrwał, to nie przeżyłbyś nocy, bo byś zamarzł. Gdybyś to przetrwał, to za jakiś czas wlazłbyś w burzę pyłową i byś się udusił, bo ten pył jest toksyczny dla człowieka. A jakbyś jeszcze to przetrwał, to za parę miesięcy umarłbyś na raka, bo tam występuje silne promieniowanie. Wszystko to są problemy, które możemy rozwiązać, wejść pod ziemię, ogrzać, zbudować tarczę z ołowiu, stworzyć solarnię, żeby rosły roślinki i produkowały tlen, tęgie mózgi nad tym siedzą w NASA i prywatnych firmach. Naukowcy mówią, że możemy tam przetrwać. Natomiast pomysł, że od przetrwania da się pociągnąć prostą linię do jakiegoś miasta z tętniącym życiem nocnym i barami… Po cholerę ktoś miałby chcieć lecieć na Marsa, jeśli nie jest naukowcem i to jego życiowy cel?

Musk twierdzi, że będzie tam bilety sprzedawał.

Ciężko powiedzieć, jak on chce zarabiać kokosy na Marsie, ale kosmiczna turystyka pewnie ma być tego częścią. Na razie chce stworzyć miejsca pracy na Marsie.

Miejsca pracy?

Skoro ma być tam życie nocne, to ktoś musi te pizzerie i kluby obsługiwać. Dla mnie to zresztą najciekawszy punkt - a prawie nie jest komentowany - że w kolonii marsjańskiej SpaceX będzie można pracować, a jeśli kogoś nie stać na podróż, to firma Muska da mu pożyczkę na bilet. To odziera Muska z peleryny bohatera i zbawcy, bo koncept, że się bierze pożyczkę od SpaceX, żeby pracować dla SpaceX, to jest kapitalizm do dystopijnej potęgi.

Jest jakiś powód, dla którego na planecie Ziemia żyje siedem miliardów przedstawicieli naszego gatunku i nieprzeliczeni przedstawiciele innych gatunków, a Mars to bezkresne pustkowie. Jest też jakiś powód, że nie mamy milionowej metropolii na dnie oceanu ani na Antarktydzie. To są miejsca niekompatybilne z naszymi organizmami. I o ile możemy stworzyć technologię, żeby przetrwać w takich warunkach, parę metrów kwadratowych uzależnionych od skomplikowanej aparatury, to nie wyobrażam sobie, żeby w takiej kolonii czy bazie ludzie mieli dostęp do prywatności czy przestrzeni, każdy metr kwadratowy będzie na wagę złota, bo każdy będzie służył do przetrwania.

Dlaczego te wizje barów na Marsie nie są obśmiewane?

Bo potrzebujemy się usypiać takimi wizjami. Mamy tu i teraz masę nierozwiązanych problemów, z katastrofą klimatyczna na czele, tracimy grunt pod nogami, nie ma już świata dwubiegunowego, który jakoś to wszystko stabilizował, nie ma też świata jednobiegunowego z jednym hegemonem - Ameryką, idziemy z nieznane, czujemy się niepewnie i potrzebujemy zbawców. To jest taka wygodna wizja, w której ktoś coś wreszcie zrobi - Musk czy inny zbawiciel - i nie będą potrzebne krew, pot i łzy, wspólne mozolne działanie społeczeństw i - na przykład - ograniczenie konsumpcji w krajach rozwiniętych, żeby Ziemi dać odetchnąć. To jest taka naiwna wiara, że z problemami poradzi sobie jakaś genialna technologia - na pewno już jakiś start-up w Dolinie Krzemowej nad nią pracuje - uda się coś rozpylić w kosmosie i zwalczyć zmiany klimatyczne. Efektem takich narracji jest zaklepywanie problemów, czekanie, usypianie się i erozja wiary, że jako cywilizacja możemy osiągać rozwiązania wspólnie. Zostajemy z przekonaniem, że musimy czekać, aż miliarderzy i ich wspaniałe firmy coś zrobią, a żeby coś zrobili, to muszą mieć zachętę w postaci niskich podatków.

Jeff Bezos, najbogatszy człowiek na świecie, też ma swoją firmę kosmiczną. To jakaś plaga?

Richard Branson tak samo. Zacytuję Bezosa, który o swoim majątku mówi tak: "Jedyny sposób, jaki widzę, by wykorzystać takie zasoby finansowe, jakie zdobyłem, to podróże kosmiczne". Ja się z tego śmieję, bo inaczej musiałbym płakać. No kurczę, jesteś właścicielem firmy, której pracownicy padają ze zmęczenia i sikają do butelek, wystarczy zapytać ludzi z Inicjatywy Pracowniczej w Polsce, jakie są warunki w Amazonie. I opowiadasz w wywiadach, że jedyna sprawa godna twojego zainteresowania, godna twojego kapitału, to nawet nie jest na tej planecie?

Bezos też chce uratować ludzkość?

Oczywiście. Ale jego wizja jest mniej doprecyzowana. On nie widzi sensu w lataniu na Marsa, bo to mroźne toksyczne pustkowie i nikt tam nie będzie chciał mieszkać, ale za to chce przemysł ciężki przenieść na asteroidy.

Aha.

Blue Origin - firma kosmiczna Bezosa - nie organizuje co chwila konferencji prasowych, jak Musk, ale to też jest podszyte taką narracją, że w kosmos musimy iść, żeby uratować ludzkość, bo jak będziemy wszystko robić na ziemi, to ludzkość wyginie.

Żeby tam dymiły huty, a nie tu?

No, mniej więcej.

Czyli kilku najbogatszych ludzi świata próbuje nas przekonać, że kosmos jest odpowiedzią na współczesne problemy ludzkości?

Tak. I wtedy nie musisz patrzeć na planetę Ziemię, nie musisz się koncentrować na pytaniach, które dla miliarderów mogą być niewygodne, tylko gdzieś tam sobie orbitujesz w kosmosie i tam ma być skierowana nasza uwaga. To jest im po prostu na rękę, żebyśmy wzrok wbijali w Marsa. Firmy prowadzone przez Muska i Bezosa mają wątpliwą opinię, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i warunki pracy robotników. I pewnie łatwiej powiedzieć: no, okej, może rzeczywiście wyciskam pracowników jak cytryny, ale to wszystko po to, żeby potem móc uratować ludzkość.

Eksploracja kosmosu jako czynność uświęcająca?

Tak. Płacę ludziom mało, śrubuję normy ponad siły, żeby kiedyś tam ich uratować. "Nieść kaganek świadomości między gwiazdy".

No ale w takim razie ma to jednak głęboki sens.

Z ich punktu widzenia. Podobnie wykorzystywana jest filantropia - masa ludzi wierzy w indywidualne gesty bardziej, niż w rozwiązania systemowe czy państwowe. Zaraz po tym, jak Cristiano Ronaldo i Leo Messi przekazali po milion euro na szpitale publiczne w Portugalii i Hiszpanii w czasie pandemii, pojawiły się nagłówki w stylu: wielcy sportowcy, wspaniali filantropi, wielcy piłkarze mają też wielkie serca itd. A żaden z tych artykułów nie wspomniał, że Ronaldo został skazany za ukrycie 15 mln euro zaległych podatków, a Leo Messi - za ukrycie 4 milionów.

Szpital publiczny jest niedofinansowany i potrzebuje miliona euro, bo tacy jak oni unikają podatków.

Najpierw ukrywają gigantyczną kwotę, a potem jakąś jej część odpalą jako filantropi i zbiją na tym kapitał marketingowy. Jak o tym napiszesz, to zawsze pojawia się argument: "Krytykujesz Ronaldo, co dał milion na szpital, a ile ty dałeś?". Nie dałem miliona, ale też nie wyciągnąłem 15 milionów z systemu podatkowego. Jestem więc do przodu. Nigdy indywidualny obywatel nie da tyle na cele charytatywne, co Ronaldo, i nigdy nie zainwestuje tyle w technologie kosmiczne, co Elon Musk. Problem polega na tym, żebyśmy nie oczekiwali, że milioner, multimilionerka, miliarder, zrzucą nam ze stołu trochę resztek i to rozwiąże jakiś problem.

Gdybyś miał ułożyć dla miliarderów listę problemów do rozwiązania, to co by na niej było?

Nie ułożę, bo uważam, że miliarderzy nie powinni istnieć. Podkreślam - miliarderzy. Po prostu nie da się zarobić własną pracą miliarda dolarów, już nie mówiąc o kwotach, jakimi dysponują Gates, Musk, Bezos: 120-200 mld dolarów. Te majątki zarobili ich pracownicy. Przedsiębiorcy to nie są ludzie, którzy czynią świat lepszym. Oni tworzą świetne produkty i rozwiązania, ale nie oczekujmy, że nam stworzą lepszy świat. A gdybym miał zrobić listę problemów do rozwiązania wspólnego, to na górze listy byłby kryzys klimatyczny, a zaraz za nim nierówności ekonomiczne. To są rzeczy, które naszemu gatunkowi faktycznie zagrażają.

***

Wojciech Borowicz (1991) jest publicystą i eseistą. Na co dzień pracuje z technologią i głównie o niej pisze. Absolwent kulturoznawstwa na UJ. Obecnie mieszka w Irlandii.

Więcej o: