PiS miesza w reformie podatkowej. Efekt? "Mniej pieniędzy na podwyżki np. dla nauczycieli" [WYKRES DNIA]

Mikołaj Fidziński
Reforma podatkowa w ramach Polskiego Ładu miała zmniejszyć stopień uprzywilejowania osób samozatrudnionych względem osób pracujących na podstawie umów o pracę. Już wiadomo jednak, że zmian nie uda się jednak przeprowadzić z takim rozmachem, jak pierwotnie planowano.
Zobacz wideo Ile opozycja jest w stanie wybaczyć Jarosławowi Gowinowi?

Gdy Zjednoczona Prawica przedstawiła w maju br. zarys reformy podatkowej w ramach Polskiego Ładu, równolegle pojawiły się do niej dwie narracje.

Pierwsza - przedstawiana przez rząd, Ministerstwo Finansów czy część ekonomistów - że to zmiany idące w dobrym kierunku, bo zmniejszają opodatkowanie najniższych płac i zwiększają tych naprawdę wysokich w polskim warunkach (od ok. 12,8 tys. zł). A niższy tzw. klin podatkowy (czyli różnica między całkowitym kosztem zatrudnienia pracownika a jego wynagrodzeniem "na rękę") dla osób o niskich dochodach jest potrzebny, bo może wyciągać te osoby z bierności zawodowej, szarej strefy czy sprawić, że nie będą już dostawały części wypłaty "pod stołem". Rząd wyliczał, że na zmianach zyska 70 proc. podatników, a straci tylko 10 proc. najlepiej zarabiających (dla 20 proc. osób zmiany będą neutralne).

.Pensje pod stołem w tych branżach to norma. Koszty? Jak druga luka VAT

Jeśli zaś chodzi o osoby samozatrudnione, to tu zmiany pierwotnie zaproponowane w Polskim Ładzie miały nieco zmniejszyć ich uprzywilejowanie względem osób na umowach o pracę. - Zabieramy tylko część przywilejów - mówił w sierpniu w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną" główny ekonomista Ministerstwa Finansów Łukasz Czernicki. Jednoosobowa działalność gospodarcza nadal byłaby bardziej opłacalna od etatu, ale po prostu ta różnica miała zostać zmniejszona. Być może ograniczyłoby to proceder wypychania przez część firm pracowników (lub ich samodzielnych decyzji w tym zakresie) na samozatrudnienie. Rząd przekonywał - wolne zawody mogą przejść na atrakcyjniejsze warunki ryczałtu, a "prawdziwe" firmy - na podatek CIT.

Zwracano przy tej okazji uwagę, że polski system podatkowy jest kuriozalny, bo ma cechy tzw. degresywności, czyli osoby osiągające wysokie dochody (np. osoby samozatrudnione, płacące podatek liniowy) oddają proporcjonalnie ich mniejszą część niż osoby z niskimi płacami. A przy tym - że nawet jeśli jakieś preferencje działalnościom gospodarczym się należą, to akurat ta polegająca na znacznie mniejszym dokładaniu się do systemu opieki zdrowotnej (dużo niższa składka niż w przypadku osób na etacie) - szczególnie mając w pamięci sytuację w pandemii - jest niepotrzebna. 

Ale pojawiała się i druga narracja, która - biorąc pod uwagę choćby sondaże wskazujące na niewielkie poparcie społeczne zaproponowanych reform - zdecydowanie mocniej przebiła się do świadomości Polaków. Stawiała ona znacznie wyraźniejszy akcent właśnie na płynące z reformy straty dla jednoosobowych działalności gospodarczych. Pojawił się przekaz o "dorzynaniu klasy średniej" czy "wielkiej podwyżce podatków".

Argumenty te podnosiły nie tylko silne organizacje przedsiębiorców i pracodawców czy politycy opozycji, ale także byli już (m.in. właśnie z powodu tej retoryki): wicepremier i minister rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin oraz wiceminister w tym resorcie Anna Kornecka. Co warte podkreślenia - retoryka ta rosła w siłę przy dosyć biernej postawie np. związków zawodowych. Te niespecjalnie walczyły o sukces reformy podatkowej.

Po prężeniu muskułów - daleko idące korekty

Część kluczowych elementów reformy podatkowej od maja - czyli prezentacji Polskiego Ładu - się nie zmieniła. Wciąż rząd planuje podwyżkę kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł oraz podniesienie drugiego progu podatkowego do 120 tys. zł. Nadal też nie wycofuje się z tego, że składka zdrowotna nie powinna być już odliczana od podatku. 

PiS spuszcza jednak nieco z tonu, jeśli chodzi o działalności gospodarcze. Co zabawne, robi to dopiero, gdy z rządowego pokładu zrzucony został główny obrońca przedsiębiorców Jarosław Gowin. Najpierw, na początku września, okazało się, że składka zdrowotna, którą miały być objęte osoby na podatku liniowym, wyniesie nie 9 proc. - jak pierwotnie planowano - ale o blisko połowę mniej, bo 4,9 proc. To oczywiście i tak podwyżka (dziś "liniowcy" płacą składkę ryczałtową, ok. 381 zł miesięcznie w 2021 r.), ale jednak mniejsza, niż planowano wprowadzić. Powód - rząd "wsłuchał się w głos przedsiębiorców".

W cytowanym wcześniej wywiadzie dla "DGP" główny ekonomista Ministerstwa Finansów Łukasz Czernicki mówił, że reforma zmniejszy różnicę pomiędzy klinem podatkowym dla osoby na etacie z zarobkami 15 tys. zł a osoby samozatrudnionej z takimi dochodami (opodatkowanej podatkiem liniowym) raptem z 19 do 13 proc. Teraz wiadomo, że nawet takiego zmniejszenia dysproporcji nie uda się zrealizować.

embed

A to nie koniec dobrych wieści dla przedsiębiorców. W środę podczas obrad Sejmu do projektu reformy podatkowej PiS zrobiło kolejną wrzutkę. Tym razem chodzi o rozszerzenie tzw. ulgi dla klasy średniej także dla osób samozatrudnionych (opodatkowanych skalą podatkową). Pierwotnie ulga miała działać tylko dla etatowców, tym samym premiując tę formę świadczenia pracy. Teraz okazuje się, że także w przypadku działalności gospodarczej rząd chciałby, aby (do ok. 133 tys. zł dochodów rocznie) nie odczuły one negatywnych zmian na Polskim Ładzie.

Co ciekawe, jak zauważyła dziennikarka Interia.pl Monika Krześniak-Sajewicz, jeszcze miesiąc temu, gdy propozycja rozciągnięcia ulgi dla klasy średniej na przedsiębiorców pojawiła się w konsultacjach publicznych, Ministerstwo Finansów ją odrzuciło. 

Jarosław KaczyńskiUlga dla klasy średniej. PiS zapowiada zmiany w podatkach

Przedsiębiorcy mogą więc na swoim koncie odnotować kolejny sukces w luzowaniu śruby, którą rząd chciał im podkręcić w ramach Polskiego Ładu. Za to ekonomiści - w tym z Ministerstwa Finansów - którym marzył się bardziej sprawiedliwy system podatkowy, mają prawo czuć zawód. To nie pierwszy raz, gdy chęć przeprowadzenia bardziej gruntownych reform strukturalnych przegrywa w zderzeniu z polityką czy ekonomią polityczną.

Grzegorz Szysz, partner i doradca podatkowy z Grant Thornton, w rozmowie z Gazeta.pl nie podejmuje się na razie konkretnych wyliczeń tego, jak zapowiedzi "ulgi dla klasy średniej" dla jednoosobowych działalności gospodarczych (na skali podatkowej) przełożą się na konkretne kwoty.

Na poziomie politycznym zapowiedzi "wprowadzimy ulgę, żeby przedsiębiorcy nie stracili" są proste. Ale zrobienie tego w praktyce - przygotowanie konkretnego przepisu uwzględniającego specyfikę obecnych i zmodyfikowanych rozliczeń przedsiębiorców to już nie jest takie proste i oczywiste. Diabeł tkwi w szczegółach

- mówi Szysz. 

Według wyliczeń Grant Thornton z pierwszej połowy września - po tym, jak rząd ostatecznie poinformował o proponowanych stawkach składki zdrowotnej (9 proc. dla działalności na skali podatkowej i 4,9 proc. na podatku liniowym) - "liniowcy" po zmianach mieliby stracić, wobec obecnego stanu - kilkaset złotych miesięcznie przy dochodach do ponad 20 tys. zł na miesiąc, a przy wyższych - ponad tysiąc złotych.

embed

Nadal byłaby to jednak mniejsza strata niż wynikało z pierwotnego projektu ustawy.

embed

W przypadku osób na skali podatkowej skala strat w przypadku dochodów do ok. 11 tys. zł wynosiłaby maksymalnie ok. 180 zł na miesiąc. Biorąc jednak pod uwagę zapowiedzi objęcia takich dochodów "ulgą dla klasy średniej", wygląda na to, że i takich konsekwencji osoby samozatrudnione unikną.

embed

"Reforma wciąż ma sens, ale coraz mniejszy"

Zaczęliśmy od wysokiego C, a stopniowo schodzimy z tych zmian. Rzeczywiście "ulga dla klasy średniej" dla przedsiębiorców trochę oznacza, że poszerzona zostanie grupa, która na reformie podatkowej ma nie stracić. Ale nadal jest tak, że te zmiany w dużej mierze będą bardzo dotkliwe dla osób z lepszymi zarobkami

- wskazuje Szysz.

Nieco inaczej na sprawę patrzy dr Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Wciąż uważam, że reforma podatkowa idzie w dobrym kierunku i system będzie nieco lepszy. Ale ta zmiana robi się coraz bardziej minimalna. Ona wciąż ma sens, ale jest on coraz mniejszy

- mówi w rozmowie z Gazeta.pl.

Tłumaczy, że według niego reforma ma sens, bo obniża opodatkowanie najniższych wynagrodzeń i tutaj nic się nie zmienia. 

Powoli traci jednak ten drugi sens, o którym cały czas mówię. Ona miała zmniejszyć różnicę w opodatkowaniu umów o pracę i działalności gospodarczych. Ten punkt reformy stracił na znaczeniu

- komentuje dr Sawulski. I zwraca uwagę na ważną kwestię - reforma podatkowa staje się stosunkowo droga - może kosztować już nawet 20 mld zł rocznie. 

To już jest sporo. Zachowano obniżkę podatkową niskich wynagrodzeń, ale część podwyżki dla wysokich dochodów ograniczono. Dziwię się, że związki zawodowe nie walczą o swoje. Ta reforma miała być w dużym stopniu nakierowana na polepszenie sytuacji pracowników. A to, że się zmieniła w takim kierunku, w jakim się zmieniła, oznacza, że będzie mniej pieniędzy np. na podwyżki dla nauczycieli czy pielęgniarek

- mówi dr Sawulski.

Więcej o: