Minister finansów w rządzie Tuska i Kopacz: mamy do czynienia z efektem zapadki, dług rośnie i rośnie

- Proces zaciemniania obrazu finansów publicznych, wyrywania bardzo dużych elementów wydatków publicznych spoza kontroli parlamentarnej postępuje - mówi w rozmowie z Interią Mateusz Szczurek, były minister finansów, a obecnie ekonomista w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.
Jeśli spojrzymy na poziom długu publicznego, przeciętnie w UE, to mamy do czynienia z efektem zapadki. W dużych kryzysach jak w 2020 r., jak w wielkim kryzysie z lat 2008-2009, później w europejskiej jego odsłonie w latach 2011-2012, mamy do czynienia ze skokowym wzrostem długu, który nigdy nie jest odwracany. Ta zapadka postępuje: dług rośnie, rośnie i rośnie

- mówi w rozmowie z Interią Mateusz Szczurek, minister finansów w latach 2013-2015 (tj. w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz). Obecnie Szczurek jest ekonomistą w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Jest też członkiem Europejskiej Rady Fiskalnej i pracuje na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. 

W ten sposób Szczurek odniósł się do słów urzędującego szefa resortu finansów, iż obecnie nie powinno dochodzić do zacieśnienia fiskalnego. W największym skrócie - restrykcyjna polityka fiskalna oznacza, że rząd dąży do obniżenia deficytu w szeroko pojętym sektorze publicznym, m.in. zmniejszając wydatki lub zwiększając wpływy podatkowe. 

Dla niektórych rządów koniunktura niemal nigdy nie jest wystarczająco dobra dla odzyskiwania przestrzeni fiskalnej. Kiedy czasy są złe - to wydajemy więcej. I dobrze. Ale przychodzą czasy dobre, a myślenie rządów jest takie, że mogą być jeszcze lepsze. Ponownie dochodzimy do wniosku, że nie jest to czas na zacieśnianie. Dlaczego to ma znaczenie? Właśnie dlatego, że przychodzą momenty, kiedy ta polityka zaciskania pasa wymuszona będzie - jak w Grecji czy Hiszpanii - przez rynki i ograniczony dostęp do finansowania. Chodzi o to, żeby nie miało coś takiego miejsca, kiedy kolejny kryzys przyjdzie

- mówi były minister finansów.

40. rocznica stanu wojennegoRocznica wprowadzenia stanu wojennego. Duda: Polska cały czas boleje [ZDJĘCIA]

"Postępuje proces zaciemniania obrazu finansów publicznych"

Proces zaciemniania obrazu finansów publicznych, wyrywania bardzo dużych elementów wydatków publicznych spoza kontroli parlamentarnej postępuje. Oczywiście można argumentować, że w "wojennej gospodarce" 2020 r. trzeba było część wydatków sprawniej wydawać przez BGK czy PFR, ale gospodarka kryzysowa nie powinna być z nami już na zawsze. Czas najwyższy z powrotem przywrócić znaczenie tego, czym jest budżet

- uważa Szczurek. Jednocześnie zaznacza jednak, że finanse publiczne Polski nie są w kryzysie. - Nie mamy problemu z finansowaniem bieżących potrzeb czy z rolowaniem długu, który zapada - mówi były szef resortu finansów.

Jak podało niedawno Ministerstwo Finansów, dług publiczny Polski według krajowej metodologii jest już o ok. 260 mld zł niższy, niż wynika z metodologii unijnej. Różnicę robią właśnie fundusze utworzone w Polskim Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego. W okresie pandemii taki ruch był tłumaczony potrzebą ominięcia konstytucyjnego limitu długu do PKB (60 proc.) dla ratowania gospodarki. Ale ten proceder trwa. 

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Fundacji FOR wylicza, że w tym roku zadłużenie poza kontrolą parlamentu może dobić do niemal 300 mld zł, w 2022 r. do prawie 350 mld zł, a w 2025 r. przekroczyć 400 mld zł.

Morawiecki i rząd stworzyli sobie poza budżetem raj wydatkowy w Polskim Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego. To jest ten rządowy Fundusz Inwestycji Lokalnych, z tego ma być finansowany Polski Ład. Tam już nie ma żadnej kontroli parlamentarnej

- mówił w programie "Studio Biznes" w Gazeta.pl dr Sławomir Dudek.

Zobacz wideo

W podobnym tonie Szczurek wypowiada się w rozmowie z Interią.

Nie wiemy, czy rząd wydaje pieniądze rozsądnie, czy efekty są zgodne z oczekiwania, czy te oczekiwania są w ogóle formułowane

- mówi były szef Ministerstwa Finansów.

CWizyta Przewodniczacego Rady EuropejskiejCharlesa Michela w PolsceMinisterstwo Finansów chwali się kolejną niebotyczną nadwyżką w budżecie

Walka z inflacją w Polsce potrwa lata

W opinii Mateusza Szczurka inflacja zacznie spadać (tzn. przyjmować wartości niższe niż w listopadzie czy grudniu br.) pod koniec pierwszego kwartału 2022 r. Tyle że podwyższona pozostanie według niego "na pewno do końca 2023 r.". Zresztą o takim terminie na sprowadzenie inflacji do poziomu 3,5 proc. - tj. górnej granicy pasma odchyleń od celu inflacyjnego - mówił w zeszłym tygodniu prezes NBP Adam Glapiński.

Były minister finansów uważa też, że w Polsce w większym stopniu niż w wielu innych krajach UE nakręca się spirala cenowo-płacowa.

Im dłużej inflacja będzie się utrwalać i pozostawać na podwyższonym poziomie, tym koszty obniżenia jej do normalnego poziomu będą wyższe

- komentuje Szczurek. Zaznacza, że może to skończyć się wzrostem bezrobocia. - Utrwalony wzrost cen bezkosztowo obniżyć jest bardzo trudno - uważa były szef resortu finansów.

Pytany o to, czy rząd powinien włączyć się w walkę z inflacją, Szczurek mówi, że to "niełatwy temat". Nie jest zwolennikiem zaproponowanej w tarczy antyinflacyjnej obniżki podatków m.in. na paliwo, prąd, gaz czy ciepło.

Jednym rozwiązaniem są obniżki podatków na te produkty, które ostatnio podrożały. Nie uważam tego za dobry pomysł. Kłóci się to z innymi ważnymi elementami polityki, za które odpowiedzialny jest rząd, np. związanymi z transformacją energetyczną. Jeżeli przy okazji walki z inflacją rozmontujemy cały system zachęt do energooszczędności w gospodarstwach domowych, do przesiadania się na mniej emisyjne i mniej trujące powietrze wokół nas źródła ogrzewania - to nie jest dobre. (...) Lepsze są już transfery gotówkowe do gospodarstw domowych o niższych dochodach, bo tych efektów ubocznych mają mniej

- uważa Szczurek.

Zbigniew ZiobroZiobro "zagroził" UE zamrożeniem wpłat. Rzecznik rządu dementuje

Więcej o: