Bielan: "Dostrzegamy wzrost cen, ale płace w Polsce rosną szybciej niż inflacja". Jaka jest prawda? [MÓWIMY: SPRAWDZAM]

- Płace w Polsce rosną szybciej niż inflacja - stwierdził europoseł Adam Bielan w rozmowie z Radiem Wrocław. Powołał się na dane statystyczne. W danych GUS Bielan znalazłby "podkładkę" pod swoje słowa. Warto natomiast pamiętać, co dokładnie te statystyki mówią. A także, czy na pewno model, w którym inflacja i płace ścigają się ze sobą, jest optymalny dla gospodarki.
Dane statystyczne pokazują, że płace w Polsce rosną szybciej niż inflacja. Chociaż bardzo często my subiektywnie tego nie odczuwamy, bo dostrzegamy oczywiście wzrost cen, szczególnie paliw czy innych cen konsumpcyjnych, natomiast wzrost płac gdzieś tam pomijamy

- powiedział w czwartek w Radiu Wrocław Adam Bielan, europoseł i szef Partii Republikańskiej. Te słowa wywołały szereg komentarzy, m.in. osób, które meldują, że nie dostały w ostatnim roku podwyżki. To jak to jest z tymi płacami w Polsce?

Zobacz wideo Turek: Wakacje kredytowe są rozwiązaniem dla osób, które mają teraz problem ze spłatą rat

DLOKRWyścig pensji i inflacji rozpala. Tak mocno płace nie wzrosły od 22 lat

  • Więcej o inflacji przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

GUS: w sektorze przedsiębiorstw płace rosną szybciej niż inflacja

Słowa europosła można wybronić, choć zdecydowanie spłycają obraz sytuacji w Polsce. Rzeczywiście, jak wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, w kwietniu przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 6626,95 zł i było o 14,1 proc. wyższe niż rok wcześniej. W tym samym czasie inflacja wyniosła 12,4 proc. 

Teoretycznie Bielan ma więc podkładkę pod stwierdzenie, że "dane statystyczne pokazują, że płace w Polsce rosną szybciej niż inflacja". Choć oczywiście zależy też, po jakie dane się sięgnie. Gdyby europoseł porównał dane GUS o inflacji rok do roku w pierwszym kwartale br. oraz wzroście przeciętnego wynagrodzenia, to okazałoby się, że oba wskaźniki wyniosły tyle samo (9,7 proc.). 

W każdym razie należy mieć świadomość, że miara przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw ma kilka ważnych ograniczeń.

Co kluczowe, dotyczy wyłącznie firm zatrudniających 10 osób lub więcej. Nie ma w tych danych mniejszych firm (bez pracowników albo z kilkoma), nie ma też budżetówki. Dość powiedzieć, że zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w kwietniu br. wynosiło ok. 6,5 mln etatów, tymczasem łączna liczba pracujących polskiej gospodarce w pierwszym kwartale br. sięgała ponad 16,7 mln osób. 

Słowem, te najczęściej publikowane (co miesiąc) dane pokazują, co dzieje się z wynagrodzeniami w ok. 40 procentach całego rynku pracy. A co z pozostałymi 60 procentami? Niestety, dane na temat pensji w całej gospodarce są publikowane znacznie rzadziej. 

Nie jest pewne, czy dane o ponad 14-procentowym wzroście płac wyłącznie w sektorze przedsiębiorstw można łatwo przekładać na sytuację w całej gospodarce. Opinie ekonomistów są różne. Przykładowo, analitycy banku Pekao wskazują, że dane z firm z powyżej dziewięcioma pracownikami są dobrym wskaźnikiem tego, co dzieje się w całej gospodarce. Ale już np. Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego podejrzewa, że "w obecnych warunkach tu mogą być spore różnice, szczególnie w małych firmach". 

Także np. ekonomista Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej, mówił niedawno w rozmowie z "Parkietem", że jego zdaniem wynagrodzenia w Polsce już realnie spadają (tj. że tempo ich wzrostu jest niższe niż inflacja") i że "z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że płace w budżetówce i małych firmach nie rosną [tak szybko - red.]". 

A nieco na marginesie - w ramach ciekawostki - warto zauważyć, że wzrost płac może nie wynikać głównie z podwyżek u dotychczasowych pracowników, a raczej z faktu zmiany pracy przez pracownika na lepiej płatną. 

.Jak chronić oszczędności przed inflacją? Trzeba było znaleźć lokatę na 17 procent. Winna nie tylko inflacja [WYKRES DNIA]

Średnia to nie najlepszy miernik dla pensji

W dyskusji o wzroście płac w Polsce warto też pamiętać, że jedna kwota (przeciętne wynagrodzenie) i jedna liczba (procent, o jaki "średnia krajowa" urosła) to iście telegraficzny skrót sytuacji nawet i tylko w sektorze przedsiębiorstw (czyli tylko w tych średnich i dużych firmach zatrudniających ok. 6,5 mln osób w Polsce).

Po pierwsze, jeśli jednej osobie pensja wzrośnie o 28 proc., a drugiej stoi w miejscu, to średnio dostały podwyżkę o 14 proc. Ciężko jednak powiedzieć, żeby ta druga - szczególnie przy kilkunastoprocentowej inflacji - była zachwycona takim postawieniem sprawy.

Po drugie, sytuacja mocno różni się także w konkretnych branżach. Rzut oka w najnowsze dane GUS - za kwiecień br. - wskazują, że wprawdzie w całym sektorze przedsiębiorstw przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 14,1 proc., ale w kilku tempo było niższe od inflacji (a w niektórych za to wyraźnie wyższe).

embed
  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Płace i inflacja rosną najszybciej w XXI wieku

Jeszcze niespełna rok temu, gdy inflacja w Polsce sięgała 5-5,5 proc., prezes NBP Adam Glapiński czy premier Mateusz Morawiecki chętnie mówili, że oczywiście wysoka inflacja jest zła, ale ważne, że pensje rosną jeszcze szybciej.

Glapiński mówił, że "inflacja nie ma negatywnego wpływu na zasobność portfeli Polaków, bo wszystkie wynagrodzenia i świadczenia emerytalne rosną znacząco szybciej".

Morawiecki wyjaśniał zaś, że "kiedy wynagrodzenia rosną szybciej niż inflacja, to znaczy, że za podobną pulę zarabianych środków możemy kupić więcej kilogramów cukru, więcej litrów mleka, więcej litrów benzyny, więcej par obuwia itd.". 

Wydawało się, że od tamtego czasu - gdy inflacja się w zasadzie potroiła (w sytuacji gdyby nie było tarcz antyinflacyjnych) - tego typu argumenty zostały już jednak głęboko zakopane. A jednak nie.

Oczywiście z punktu widzenia budżetu domowego świetnie, gdy wzrost pensji osłabia przed skutkami podwyżek cen. Problem w tym, że wyścig płac i inflacji, z którym mamy obecnie do czynienia (przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw rośnie najszybciej od 22 lat, inflacja od 24) jest dalece nieoptymalny dla gospodarki. Grozi uruchomieniem spirali cenowo-płacowej, czyli sytuacji, gdy inflacja i płace wzajemnie się nakręcają. Ponadto wysoka inflacja m.in. obniża komfort życia tym, których dochody nie rosną tak szybko jak ceny, a także dewastuje system racjonalnego podejmowania decyzji zakupowych i inwestycyjnych czy osłabia walutę. 

Trzeba przypomnieć najbardziej banalny argument przeciw wysokiej inflacji – ludzie jej po prostu nie lubią i nie chcą. Nastroje społeczne będą lepsze przy 3-procentowej inflacji i 8-procentowym wzroście płac, niż przy 8-procentowej inflacji i 13-procentowym wzroście płac, choć w obu scenariuszach płace realne będą rosły w podobnym tempie

- zwracał uwagę kilka miesięcy temu Ignacy Morawski, główny ekonomista "Pulsu Biznesu". 

Z kolei dr Wojciech Paczos w rozmowie z Gazeta.pl ostrzegał przed tzw. odkotwiczeniem oczekiwań inflacyjnych. 

Inflacja może wtedy rosnąć sama z siebie, bez presji płacowych po stronie przedsiębiorstw, bez presji kosztowych. Po prostu co miesiąc wszyscy podnoszą ceny, płace jakoś próbują za tym nadążyć i jest to taka nowa równowaga gospodarki. To jest mechanizm, w którym inflacja się utrwala

- mówił dr Paczos.

Zresztą kiedy trzeba było zaatakować opozycję, to i premier Morawiecki nie wykazywał już takiego zachwytu co kilka miesięcy wcześniej nad sytuacją, gdy wynagrodzenia rosną szybciej niż płace. Gdy Koalicja Obywatelska zaproponowała podwyżki dla pracowników sfery budżetowej o 20 proc., premier Morawiecki grzmiał, że przedstawiciele KO są "twórcami inflacji", którzy chcą doprowadzić do hiperinflacji i "scenariusza tureckiego". Zgodnie z najnowszymi danymi, inflacja w Turcji w maju wyniosła 73,5 proc. rok do roku.

O jedną orbitę za daleko. Morawiecki znalazł nowych 'twórców inflacji'O jedną orbitę za daleko. Morawiecki znalazł nowych 'twórców inflacji'

Więcej o: