Będziemy siedzieć przy świeczkach? Z powodu blackoutu nie. Ale ceny prądu mogą porazić gospodarkę

Włodarze miast robią przeglądy swoich spółek na wypadek konieczności ograniczeń w dostawach prądu zimą. Kolejne branże alarmują, że nie mogą sobie pozwolić nawet na czasowe braki energii. Co jakiś czas pojawiają się z różnych stron Europy doniesienia o tym, że jakiś kraj przygotowuje się na blackouty. To wszystko tworzy dość niepokojący krajobraz - że prąd nie tylko będzie bardzo drogi (to już wiemy), ale że w ogóle może go zabraknąć. Fachowcy tonują nastroje. Czasowych problemów z dostawą energii np. dla biznesu wykluczyć nie można. Ale musielibyśmy mieć niesamowitego pecha, aby egipskie ciemności zapadły np. w naszych domach, na lotniskach czy w metrze.

To będzie dla Polski i Europy bardzo ciężka zima (i nie tylko, problem będzie się za nami zapewne ciągnął latami), jeśli chodzi o koszty prądu. Na Towarowej Giełdzie Energii kontrakty na dostawę energii elektrycznej w czwartym kwartale br. przebiły 2,6 tys. zł za megawatogodzinę, a w 2023 r. 2,5 tys. Dla porównania, raptem dwa miesiące temu hurtowa cena była o połowę niższa. O stanie sprzed roku nie ma nawet co wspominać - kontrakty nie przekraczały wówczas 400 zł za mWh.

embed

Kto zaopatruje się w energię na rynku bieżącym, już ma problem. Efekt? Albo kolejna fala przerzucania przez biznes wyższych kosztów na ceny towarów i usług, albo lawina upadłości. Henryk Kaliś, prezes Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu, mówi w Business Insider Polska, że "czeka nas lawina spektakularnych likwidacji".

Jakie są stawki energii teraz na giełdzie, to widzimy, a prognozy są takie, że ceny gazu do końca roku będą wysokie, więc i ceny energii nie spadną. W takich warunkach energochłonni przedsiębiorcy nie mają żadnych szans. Katastrofa jest nieunikniona. To kwestia pierwszych trzech miesięcy przyszłego roku 

- przekonuje Kaliś.

Co z gospodarstwami domowymi? Tu decyzja Urzędu Regulacji Energetyki o taryfach na 2023 r. jeszcze przed nami. Można się jednak spodziewać, że prezes URE będzie musiał mocno stopować zapędy firm energetycznych. Niedawno Rzecznik Praw Obywatelskich informował o spływających do skargach ze strony wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych, dotyczących ofert od sprzedawców energii na 2023 r. opiewających na kwoty o 300-400 proc. wyższe niż obecnie. Te ceny dotyczą energii wykorzystywanej w częściach wspólnych nieruchomości.

Blackout? To nam nie grozi

W tej niedoli jest natomiast jedno ryzyko, które nam raczej nie grozi. Wszystko wskazuje na to, że kolacje przy świecach wciąż będą wyłącznie symbolem romantyczności, ewentualnie oszczędności, a nie koniecznością wywołaną brakami prądu. Nie jest wykluczone, że - przy zbiegu kilku niekorzystnych okoliczności - konieczne mogą być ograniczenia dostaw energii dla przemysłu. Dalej idące cięcia należy jednak rozpatrywać raczej w kategoriach kataklizmu.

Zdaniem ekspertów (m.in. z Polskiego Instytutu Ekonomicznego czy Bartłomieja Derskiego z portalu WysokieNapiecie.pl), ryzyko "definicyjnego" blackoutu jest w Polsce znikome (choć oczywiście nigdy nie można go wykluczyć).

W przypadku blackoutu dochodzi bowiem do nagłego, niespodziewanego wyłączenia przesyłu energii.

Najczęściej musi nałożyć się kilka czynników, tak jak np. w 2015 r. - niesprzyjające warunki pogodowe, szczyt zapotrzebowania, niski pobór wody w rzekach, słabe warunki pogodowe dla OZE, problemy z sieciami przesyłową

- wyjaśnia w rozmowie z Gazeta.pl kierowniczka zespołu klimatu i energii w Polskim Instytucie Ekonomicznym Magdalena Maj. A Bartłomiej Derski z "Wysokiego Napięcia" dodaje:

 To się nie dzieje z powodu braku paliwa, bo wiemy, czy w następnej dobie wystarczy paliwa, aby dany blok elektrowni był w stanie produkować prąd, czy nie

Jak przypomina PIE, do największej awarii sieci przesyłowych w Polsce doszło w Szczecinie w 2008 r., gdy z powodu wichur i dużych opadów śniegu do wyłączenia czterech linii najwyższego napięcia. Skutkiem był pięciodniowy blackout, który dotknął ok. 0,5 mln osób. Słowem - ekstremalnie trudne warunki zimą, powodujące problemy z przesyłem prądu, mogą być przyczyną blackoutu na danym terenie. Ewentualnie braki węgla dla elektrowni (choć raczej nie bardzo prawdopodobne) czy zwiększone zapotrzebowanie na energię (np. wskutek masowego włączenia przez Polaków farelek) - nie. 

Zobacz wideo Turbiny mogą być wiatrem w plecy polskiej energetyki. Najpierw jednak trzeba znieść zasadę 10H

Wywiady SroczyńskiegoRząd się modli o ciepłą zimę. "Energia będzie śmiesznie tania, za 20 lat"

"Scenariusz, w którym siedzimy przy świeczkach. jest dalece nieprawdopodobny"

Raczej mówimy nie o ryzyku blackoutu, ale o ewentualnych ograniczeniach poborów mocy dla niektórych odbiorców w danym czasie. Scenariusz, w którym siedzimy w domu przy świeczkach (którymi jeszcze się ogrzewamy…) jest dalece nieprawdopodobny

- mówi o możliwej sytuacji w Polsce zimą Magdalena Maj. Jak jednak zaznacza, zanim Polskie Sieci Elektroenergetyczne (czyli operator polskiego systemu elektroenergetycznego) zaczną ograniczać moc niektórym odbiorcom, mają kilka innych działań do podjęcia. 

Po pierwsze, można zwyczajnie "podkręcić" produkcję energii (o ile oczywiście problemy nie wynikałyby z braku surowca). - Część elektrowni pracuje przy niepełnej mocy znamionowej, na którą zostały zaprojektowane. Można ich generację szybko zwiększyć - wyjaśnia Maj.

Po drugie, w grę wchodzi także import operatorski, czyli pomoc z innych państw. Choć przy tym punkcie też pojawiają się znaki zapytania, bo pozostałe kraje UE też mogą być w trudnej sytuacji.

Do końca roku ma być wznowione połączenie Chmielnicki z Ukrainą. Trudno mówić oczywiście, co się będzie z nią działo, ale w tym momencie Ukraina eksportuje energię i deklaruje, że zimą - w czasach trudnych dla UE - będzie mogła nas wspomagać. Do tego mamy połączenia ze Szwecją czy Niemcami, choć akurat u naszych zachodnich sąsiadów może być problem z gazem, z którego produkują dużo energii elektrycznej

- wyjaśnia ekspertka PIE.

Gdy zawodzą sposoby na zwiększenie podaży energii, przychodzi czas na ograniczenia dostaw. W pierwszej kolejności jednak dotykają one "chętnych". Chodzi o przedsiębiorstwa biorące udział w programie DSR, czyli Demand Side Response. W PSE nazywa się on "Interwencyjną Redukcją Poboru". W największym skrócie polega na tym, że firmy - uczestnicy programu, za odpowiednią gratyfikacją finansową - zgadzają się na warunkowe zmniejszenie poboru energii lub przesunięcie go w czasie, za dodatkową opłatą. Jak przypominał niedawno w rozmowie z Gazeta.pl Rafał Zasuń, redaktor naczelny portalu WysokieNapiecie.pl, od 2017 r., gdy utworzono w Polsce narzędzie, nie było ono jeszcze używane.

  • Więcej o cenach energii przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Energetyka (zdjęcie ilustracyjne)Energia mogłaby być cztery razy tańsza. Ale potrzebne elektrownie jądrowe

Stopnie zasilania ostatnią deską ratunku

Dopiero gdy wszystkie wcześniejsze możliwości działań zostają wyczerpane, a problemy z brakującym prądem nie znikną, pozostają zwiększone stopnie zasilania. Rząd wprowadza wówczas plan ograniczania poboru energii elektrycznej. Jego reguły opisuje rozporządzenie z 8 listopada 2021 r.

Plan ten odnosi się do odbiorców, którzy na dzień 1 stycznia danego roku zamówili łączną moc umowną na poziomie 300 kW i więcej

- wyjaśnia PIE. Oznacza to, że ograniczenia nie mogą dotykać m.in. gospodarstw domowych, bezpieczne są też mniejsze biznesy, np. małe sklepy czy punkty usługowe. W pierwszej kolejności do reguł dotyczących ograniczenia poboru muszą dostosować się np. zakłady produkcyjne, hotele, galerie handlowe, większe sklepy (supermarkety, dyskonty itp.) czy baseny.

Rozporządzenie chroni przed ograniczeniami w dostarczaniu i poborze energii nie tylko gospodarstwa domowe, ale także innych odbiorców - wrażliwych lub kluczowych dla bezpieczeństwa. Chodzi m.in. o szpitale i obiekty ratownictwa medycznego, obiekty wojskowe, oczyszczalnie ścieków, lotniska, dworce itd. ("obiekty wykorzystywane bezpośrednio do zapewnienia przewozu lotniczego, transportu kolejowego i publicznego transportu zbiorowego"), obiekty infrastruktury krytycznej czy ogólnopolscy nadawcy telewizyjni i radiowi.

Część branż - np. spożywcza czy farmaceutyczna - walczy o dopisanie do tej listy wyjątków przekonując, że nawet czasowe ograniczenia dostaw energii byłyby dla nich katastrofalne w skutkach. 

  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Braki energii przy splocie niekorzystnych okoliczności

Czy w ogóle energii w Polsce może zimą zabraknąć? Nikt nie da sobie uciąć ręki, że tak się nie stanie. Ale nie jest to jednak scenariusz bazowy. Klucze są co najmniej dwa.

Po pierwsze - węgiel. Jeśli elektrownie będą go miały pod dostatkiem, a dodatkowo nie będzie go masowo brakowało także gospodarstwom domowym (i nie będą musiały dogrzewać się farelkami), ryzyko problemów jest znacznie niższe. "W przypadku okresów z niskimi temperaturami i niską wietrznością sytuacja bilansowa może być trudna" - przyznawały PSE w odpowiedzi na pytania Patryka Strzałkowskiego z Gazeta.pl.

Po drugie - pogoda. Tu wrogiem są siarczyste mrozy oraz warunki niesprzyjające produkcji energii z OZE.

Jeśli zabraknie węgla, a przez kilka tygodni utrzyma się mroźna, bezwietrzna pogoda, ograniczenia w dostępie do energii są bardzo prawdopodobne

- mówił w rozmowie z Gazeta.pl Rafał Zasuń z "Wysokiego Napięcia". 

W gruncie rzeczy - jest jeszcze jeden klucz. Nazywa się: oszczędność.

Wszyscy już teraz powinni się zastanawiać, jak efektywniej wykorzystywać energię i jak zabezpieczać własne i alternatywne jej źródła

- wskazuje Magdalena Maj z PIE.

Więcej o: