Wiceministerka rodziny o polskiej demografii: "Dramatycznie źle". PiS pomoże? Patrzymy w dane

- Jest dramatycznie źle. Natomiast ta dramatyczna sytuacja, to ostatnie 30 lat. To nie jest tak, że coś się wydarzyło w ostatnim czasie - powiedziała wiceministerka rodziny i polityki społecznej i pełnomocznika rządu ds. polityki demograficznej Barbara Socha w rozmowie z "Super Expressem".
Jest dramatycznie źle. Natomiast ta dramatyczna sytuacja, to ostatnie 30 lat. To nie jest tak, że coś się wydarzyło w ostatnim czasie. Oczywiście pandemia sprawiła, że mieliśmy więcej zgonów i przyhamowały urodzenia. Ale zły trend demograficzny dla Polski zaczął się 30 lat temu

- powiedziała w programie Super Expressu "Pieniądze to nie wszystko" wiceministerka rodziny i polityki społecznej Barbara Socha. W ten sposób skomentowała najnowsze dane GUS ze spisu powszechnego z 2021 r. Wynika z niego, że na koniec marca 2021 r. liczba ludności Polski wyniosła dokładnie 38 036 118 osób, tj. o 476 tys. mniej (1,2 proc.) w 2011 r.

Ba, jak wynika z publikowanych przez GUS co miesiąc danych o liczbie ludności, urodzeń i zgonów (mniej dokładnych niż organizowany raz na dekadę spis powszechny, ale i tak bardzo wartościowych), w lipcu br. liczba ludności spadła już poniżej 38 mln (dane bez migrantów). Bardzo wyraźnie spada liczba urodzeń - suma za ostatnich dwanaście miesięcy spadła już poniżej 320 tys. To najmniej od przynajmniej końca II wojny światowej.

Spada także liczba zgonów, ale wciąż widać dramatyczny efekt nadmiarowych zgonów covidowych. O ile "standardowo" przed pandemią rocznie umierało w Polsce maksymalnie ok. 415 tys. osób, o tyle suma za ostatnich dwanaście miesięcy to wciąż 482 tys. (w szczycie pandemii było już ok. 540 tys.). To efekt fatalnej jesieni i zimy, mniej więcej od maja umiera już w Polsce średnio tyle samo osób, co przed pandemią.

  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Socha: wzrostu dzietności nie będzie widać przez co najmniej 20 lat

Jak przekonywała w rozmowie z "Super Expressem" Barbara Socha, "transformacja szokowa" z 1989 r. "zburzyła poczucie bezpieczeństwa Polaków".

Skutki tego są odczuwalne do dzisiaj. W demografii zmiany zachodzą z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj dorosło pokolenie Polaków urodzonych w latach 90-tych. I ono tworzy mniejsze rodziny niż poprzednicy. Mamy mniej kobiet, które mogą urodzić dzieci. [...] Kolejny wyż powinien pojawić się 10 lat temu, ale go nie było. To jest efekt tego, jaką mieliśmy sytuację gospodarczą w Polsce 10-15 lat temu

- mówiła Socha. Polityczka wyjaśniała, że "sytuacja zaczęła się zmieniać od 2015 roku, kiedy to do władzy doszło PiS, które na poważnie potraktowało wyzwania demograficzne". Na uwagę, że w ostatnich latach nie widać wzrostu dzietności, odpowiedziała, że "wzrostu dzietności nie będzie widać przez co najmniej 20 lat".

Pracujemy nad tym, by młodzi ludzie, którzy dopiero myślą o zakładaniu rodziny, mogli swoje plany prokreacyjne realizować w dobrych warunkach

- mówiła wiceministerka rodziny.

Prof. Julian Auleytner o 500 plus dla małżeństw500 plus dla małżeństw? Uderza w nie pomysłodawca 500 plus na dziecko

Spada liczba kobiet w wieku rozrodczym, wskaźnik dzietności nie chce rosnąć

A co mówią statystyki? Sama spadająca liczba urodzeń nie jest zaskoczeniem o tyle, że była prognozowana od lat. Po pierwsze - spada liczba kobiet w wieku rozrodczym (15-49 lat). W 2020 r. mieliśmy ich w Polsce niespełna 8,9 mln. To o blisko 650 tys. mniej niż przed dekadą i około milion mniej niż 15 lat temu. Na to ciężko coś zaradzić w ciągu kilku lat.

embed

Z drugiej strony, te kobiety, które mogą rodzić dzieci, nie robią tego dziś wyraźnie chętniej niż kilka czy kilkanaście lat temu. Wskaźnik dzietności (w największym skrócie mówi o tym, ile dzieci przypada przeciętnie na jedną kobietę w wieku rozrodczym) od kilkunastu lat waha się w granicach ok. 1,25-1,45. 

embed

Rząd może chwalić się wyższymi wydatkami na politykę prorodzinną (np. 500 plus, 300 zł na wyprawkę, rodzinny kapitał opiekuńczy), natomiast niestety tylko od tego Polki więcej dzieci rodzić nie będą. 

Przyczyny niskiej dzietności w Polsce są oczywiście bardzo różne, ale według badań to m.in. brak stabilności finansowej i niepewność co do przyszłości czy ograniczenia związane z sytuacją mieszkaniową.

Także wiele badań pokazuje problemy i obawy mam (a także w pewnej mierze ojców) na rynku pracy. Przykładowo, z badania "Macierzyństwo a aktywność zawodowa", opublikowanego w 2021 r. przez Fundację Rodzic w Mieście, wynika, że aż 69 proc. mam, myśląc o powrocie na rynek pracy, najbardziej boi się, że nie będzie w stanie łączyć opieki nad dzieckiem i pracy w sposób, w jaki by chciały. 

Wpływ na to ma kilka przyczyn, m.in. kiepsko rozpowszechniona w Polsce możliwość pracy na część etatu czy zdalnie. Z raportu prof. Igi Magdy z Instytutu Badań Strukturalnych z 2020 r. "Jak zwiększyć aktywność zawodową kobiet w Polsce?" wynikało m.in., że 60 proc. pracujących Polek - dwukrotnie więcej niż średnio w UE - nie ma żadnej możliwości decydowania o godzinach rozpoczęcia i zakończenia pracy. Z kolei gdy w badaniu "Praca a obowiązki rodzinne w 2018 r." GUS zapytał mamy, ile z nich ma możliwość wzięcia dnia wolnego bez wykorzystywania urlopu, to ponad połowa orzekła, że nie jest to możliwe, a kolejnych 18 proc. - że tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Na polskie statystyki - nie tylko współczynnika dzietności, ale także ogólnie liczby urodzeń, kobiet w wieku rozrodczym itd. - spory wpływ ma też zapewne fala emigracji zarobkowej, szczególnie w pierwszych latach po wejściu Polski do UE i otwieraniu kolejnych rynków pracy.

Podejmowaniu decyzji o dziecku nie sprzyjają także ograniczenia w dostępie do legalnej aborcji, które zaczęły obowiązywać pod koniec 2020 r. Nawet Komitet Nauk Demograficznych Polskiej Akademii Nauk, stwierdził, że ograniczenie to "zaburza proces planowania rodziny, zwiększając obawy kobiet i ich partnerów związane z zajściem w ciążę".

Ciąża - zdjęcie ilustracyjneAborcja w Polsce. Lekarz zataił przed pacjentką, że płód nie ma czaszki

Nie bez znaczenia jest także zapewne zachodząca zmiana postaw życiowych. Jak zwraca uwagę poniedziałkowy "Dziennik Gazeta Prawna",  z badania CBOS wynika, że posiadanie rodziny i potomstwa wypadło spośród życiowych priorytetów młodych ludzi. W 2021 r. jako priorytet uznało to tylko 33 proc. młodych, wobec 42 proc. w 2018 r. czy (rekordowych) 54 proc. w 2008 r.

  • Więcej o demografii przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Strategia Demograficzna. W 2100 r. będzie nas 16 mln?

Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej w połowie 2021 r. opublikowało projekt Strategii Demograficznej 2040. Powołuje się w nim na prognozy demograficzne ONZ, które wskazują, że w 2100 r. w Polsce może mieszkać nawet tylko ok. 16,3 mln osób. Stałoby się tak, gdyby nie doszło do zmian m.in. w wysokości współczynnika dzietności. Według "średniego wariantu" zakładającego stały, ale niewielki wzrost dzietności w Polsce w przyszłości, w 2100 r. może w Polsce żyć ok. 23 mln osób.

Ba, resort rodziny pisze w Strategii Demograficznej także o obliczeniach demografów ONZ, z których wynika, że w 2300 r. Polska może mieć ledwie 2 mln mieszkańców.

Ważne! Te prognozy abstrahują od jednej kluczowej kwestii - poziomu migracji.

embed
embed

Jednocześnie rząd analizował dwa warianty wzrostu dzietności. Pierwszy (wariant A), że współczynnik dzietności w Polsce wzrośnie do 1,8, a następnie będzie dalej rósł i w 2100 r. osiągnie poziom zastępowalności pokoleń (tj. 2,1). Drugi (wariant B), że współczynnik dzietności dotrze do poziomu 2,1 już w 2040 r. (i będzie się utrzymywał na tym poziomie). 

Rząd wylicza, że gdyby ziścił się któryś z dwóch zakładanych przez niego wariantów, to w okolicach 2085 r. liczba ludności Polski zaczęłaby rosnąć i w 2100 r. sięgnęłaby ok. 30,7-33,1 mln mieszkańców. 

embed
Zobacz wideo Borys: Największym zagrożeniem społeczno-gospodarczym w tym stuleciu jest demografia
Więcej o: