Dyrektor generalny koncernu Shell Wael Sawan, mówił w BBC m.in. o konsekwencjach ograniczenia produkcji paliw kopalnych. Jego zdaniem zmniejszenie produkcji ropy i gazu byłoby "niebezpieczne i nieodpowiedzialne", ponieważ proces przejścia na energię odnawialną następuje zbyt wolno. Sawan dodał, że świat nadal "rozpaczliwie potrzebuje ropy i gazu". Ponadto podkreślił, że zwiększony popyt ze strony Chin i długa, mroźna zima mogą sprawić, że ceny paliw znów pójdą w górę, a najboleśniej odczują to konsumenci.
Prezes naftowego giganta odniósł się też do słów klimatolożki prof. Emily Shuckburgh, która stwierdziła, że duże koncerny np. takie jak Shell powinny skupić się na przyspieszeniu zielonej transformacji, "zamiast sugerować, że najbardziej wrażliwym członkom społeczeństwa najlepiej służy przedłużenie wykorzystania ropy i gazu". Wael Sawan powiedział, że "nie zgadza się z tym", po czym dodał, że "to, co byłoby niebezpieczne i nieodpowiedzialne, to ograniczenie produkcji ropy i gazu, aby koszty utrzymania, jak widzieliśmy w zeszłym roku, zaczęły ponownie rosnąć".
Wspomniał także, że zeszłoroczna, międzynarodowa wojna licytacyjna o gaz, sprawiła, że biedniejsze kraje, jak np. Pakistan czy Bangladesz, nie mogły sobie pozwolić na dostawy skroplonego gazu ziemnego. "Zabrali LNG z tych krajów, a dzieci musiały pracować i uczyć się przy świecach" - mówił. "Jeśli mamy mieć transformację, musi to być ona sprawiedliwa, a nie tylko dla jednej części świata" - dodał.
Do tej wypowiedzi z kolei odniosła się Claire Fyson, współkierująca polityką klimatyczną w Climate Analytics. Fyson powiedziała BBC, że mówienie, iż jest to "wybór między naszym uzależnieniem od paliw kopalnych a pracą przy świecach, jest rażącym przeinaczeniem rzeczywistości, gdy wiemy, że odnawialne źródła energii są czystsze, tańsze i lepsze dla zdrowia publicznego".
Eksperci klimatyczni zwracają uwagę na spore zmiany środowiskowe w ostatnich latach. 3 lipca br. według badań amerykańskiego Centrum Narodowej Służby Pogodowej mieliśmy najgorętszy dzień na ziemi pod względem średniej globalnej temperatury, która wyniosła 17,01 stopni Celsjusza. Ostatni rekord pochodził, z sierpnia 2016 roku, wtedy meteorolodzy wskazywali 16,92 stopni. Ponadto minione tygodnie w wielu państwach były jednymi z najbardziej upalnych. Brak opadów i bardzo wysokie temperatury sprawiły, że w wielu miejscach wyschły zbiorniki wodne, a okoliczni mieszkańcy mieli utrudniony dostęp do wody pitnej.
Taka sytuacja ma miejsce np. w Urugwaju. Rzeka Canelón Grande, która jest ważny zbiornikiem dostarczającym wodę ponad milionowi ludzi w stolicy kraju, Montevideo, niemal całkowicie zniknęła. Z tego powodu woda, która leciała z kranów okolicznej społeczności, była słona i niezdatna do picia. "Jest niezdatna z powodu zasolenia. Nawet zwierzęta jej unikają" - mówił pod koniec czerwca Carlos Santos, członek Narodowej Komisji Obrony Wody i Życia (CNDAV) i wykładowca antropologii na Uniwersytecie Republiki w Urugwaju, cytowany przez CNN. Zdaniem ekspertów, tak wysokie temperatury to efekt globalnego ocieplenia, którego efekt jest wzmacniany przez wzrost emisji gazów cieplarnianych pochodzących ze spalania paliw kopalnych, które również w znacznym stopniu przyczyniają się do powstawania katastrof, takich jak powodzie czy susze.