Odchodzą stare gwiazdy, odchodzą stare zwyczaje. I dlatego tak trudno odnaleźć się w czasach Internetu

Czy za trzydzieści lat będą twórcy, których śmierć poruszy wszystkich? Pewnie nie. Ale to właśnie dowód na to, że żyjemy w lepszych czasach.

Zawsze gdy umiera znany, wielki artysta, padają hasła: to koniec epoki. Koniec muzyki, koniec literatury, koniec filmu. Nic nie będzie takie jak wcześniej, bo tylko oni byli wybitni, a dzisiaj już jest inaczej. Czyli, wiadomo, gorzej. W tych rozpaczliwych wpisach widać żal po utraconych idolach, ale również gniew, że współcześni artyści nie mają klasy, umiejętności czy wpływu na cały świat. Czy to prawda? Ani trochę. Wciąż nie brakuje twórców, których dzieła są wybitne i będą ponadczasowe. Tylko trudniej ich znaleźć, bo nikt ich nie podkłada pod nos. Śmierć takich osobistości jak Prince, Bowie czy Lemmy pokazuje, że kończy się era gwiazd wykreowanych, dlatego znanych przez wszystkich. Teraz swojego idola trzeba znaleźć i samemu go zrozumieć. To przewaga Internetu. I dowód na to, jak wielu go nie rozumie. Stąd takie hasła: "nic nie będzie takie jak kiedyś”, "coś się skończyło”. Tak, skończyło się dla ludzi, którzy nie doceniają potęgi nowych rzeczy, jakie znaleźć można w Sieci. Bo nie wiedzą, że tyle się w niej znajduje. Albo nie chcą wiedzieć. 

Znane, bo z radia

Wymienieni artyści - ale możemy brać pod uwagę również zmarłych pisarzy czy filmowców - byli znani na całym świecie nie tylko ze względu na swoją twórczość, ale także dzięki mediom, od których zależało wszystko. Radio, telewizja, prasa - to była jedyna szansa, żeby o kimś usłyszeć, poznać. Kiedyś to dziennikarze muzyczni kreowali style, mody, czego zresztą Bowie jest dobrym przykładem. Ale zaskakującym - Muniek Staszczyk w przedmowie do książki o muzyku pisał:

Bowie nie jest bliski polskiej estetyce. Zbyt wiele w nim dwuznaczności, niuansów, zabawy konwencjami. Było mi cholernie wstyd, że wtedy ten koncert [w Gdańsku w 1997 roku] nie doszedł do skutku. Ja bilet kupiłem, bo w młodości jarałem się jego muzyką. W latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych zaledwie garstka ludzi w Polsce rozumiała Bowiego. Teraz widzę, że nagle wszyscy wokół leczą kompleksy, używając jego nowej płyty jak modnego rekwizytu sezonu. Taki wielkoświatowy nowy lifestyle.

Z czego to wynikało? O tym mówił z kolei Piotr Bukowski z grupy Hokei w rozmowie z magazynem PopUpMusic:

Poza tym – to lata 90te – nie było internetu, o płytach dowiadywałem się od paru kolegów, czasem z Anteny Krzyku, z nocnych audycji w Radiu Jazz, więc otoczony byłem długo pewnego rodzaju bańką subkulturową – swoją drogą to zjawisko nieobecne już dziś wśród młodych słuchaczy. Ta bańka pozwoliła mi skupić się i zżyć bardzo dokładnie z, z dzisiejszej perspektywy wąską, gałęzią muzyki

Internet przy okazji śmierci wielkich gwiazd pokazuje, jaki wielkie znaczenie to miało. Owszem, "bańka subkulturowa” powodowała, że niektórzy zagłębiali się w gatunek i mimo trudności kopali dalej. Ale nie da się ukryć, że większość żyła w strefie komfortu i brała to, co podsuwały radiowe, telewizyjne czy prasowe autorytety. Stąd, tak sądzę, znajomość Prince’a czy Bowiego - ale też wielu innych twórców, którzy postanowili robić coś oryginalnego i własnego - jest tak bardzo pobieżna i często niezrozumiała dla przeciętnego odbiorcy, co widać szczególnie dziś, kiedy ich nie ma. Dlatego w Internecie nie brakuje pełnych ignorancji - z perspektywy fana - komentarzy w stylu "a kto był Prince, a kto to był Bowie”. Te wpisy są wynikiem nie hejterstwa, to raczej dowód na to, jak wiele zależało od starych mediów, które kreowały gusta i "subkulturowe bańki”. Nie pasowałeś do stylu, koncepcji? Nikt cię nie grał.

Magnetic Record Frame. Cena: 7 funtów Magnetic Record Frame. Cena: 7 funtów  fot. Gadgets.co.uk Ltd

Znało się przez to hity, ale nie znało twórcy. Kiedy na początku roku radiowa Trójka puszczała Top Wszech Czasów (najlepsze utwory według słuchaczy) Bowie znalazł się na. 134. miejscu. Po jego śmierci przez kilka tygodni był na najwyższym miejscu list przebojów. Nagle okazało się też, że Bowie był tak ważnym artystą, że należy mu się mural w Warszawie. Nie pamiętam już niestety o jaką polską artystkę chodziło, ale gdy jakiś czas temu Trójka poświęciła jej audycję, jeden z dziennikarzy mówił, że na początku lat dziewięćdziesiątych miała trudno. Powód? Nie pasowała do "koncepcji” radia i nie chcieli jej puszczać, bo brzmiała inaczej. Ten sam problem zresztą istnieje nawet teraz, ale dzisiaj mamy jeszcze więcej twórców, o których nie mówi się w mainstreamowych mediach, a i tak sobie radzą. Prawdopodobieństwo, że ktoś o nich usłyszy, jest dużo, dużo większe niż dawniej. Streaming to również problemy, ale trudno przecenić fakt, że dzięki jednemu kliknięciu ma się dostęp do. wszystkiego. Wielu śmieje się z rosnącej popularności twórczości zmarłego artysty. "Głupia moda”, bycie pozerem, który przeżywa coś, bo wszyscy to robią? Być może. Ale moim zdaniem to też chęć nadrobienia braków. Wreszcie ma się możliwość posłuchać, zobaczyć samemu. Zapewne wielu nie słuchało "innych” rzeczy np. Bowiego, bo ulubiony redaktor ich nie polecił.

Dlatego wiele osób ma problem, żeby w nowej rzeczywistości się odnaleźć. Kiedy źródeł jest wiele, co chwila pojawiają się nowe albumy, filmy, gatunki, treści. Śmierć dawnych idoli boli podwójnie, bo umiera coś, co dobrze znaliśmy. Znika strefa komfortu. Poczucie bezpieczeństwa polegające na tym, że coś się zna, choćby pobieżnie, o czymś się wie.

Strach przed nowym

To prawda, nie będzie już takich artystów jak Bowie, Prince czy wielu muzyków ze starego pokolenia, którzy na szczęście jeszcze żyją i tworzą, ale doskonale wiemy, że należą do minionej epoki. Czy to źle? Niekoniecznie. To wielka zaleta "naszych” czasów, że każdy może sobie idola wykreować. Nie ma ikon, pomników, osób kojarzonych i przez gospodynie domowe, i przez wiernych fanów. Ale czy z tej wiedzy coś wynikało? Czy o samą znajomość powinno chodzić? Kiedy patrzyło się na komentarze dotyczące śmierci znanych i wpisy typu "kim był?”, "nie znam”, a z drugiej strony "TOP 10 piosenek”, to można było zobaczyć, jak nic niewarta była ta pobieżna znajomość.

Wielu śmieje się z wypuszczonej znienacka "płyty” (wszak ukazała się wyłącznie w postaci cyfrowej) Beyonce, ale to przecież doskonale pokazuje piękno współczesności. Każdy, z dowolnego miejsca na świecie, może obcować z kulturą. Nie musi czekać na audycję, opinie albo bazować na guście redaktora. Może sam posłuchać, wyrobić sobie opinię, wiedzieć. Ciekawym zjawiskiem jest premiera seriali, tak jak ostatnio Gry o Tron. Ludzie na całym świecie, w tym samym czasie, oglądali to samo. Rzecz nie do pomyślenia kilka lat temu, gdy wszystko do Polski docierało z opóźnieniem. Ale też masa osób nie oglądała, bo wybór jest tak ogromny, że można wybierać to, co się chce. Kanony nie istnieją.

Nie potrzebujemy gwiazd, jeśli mają być tylko znane. Lepiej żeby istotni twórcy docierali, dawali się poznać - to coś, co zapewnia Internet, a czego radio i telewizja często nie umożliwiali.