Pożycz pieniądze na 50 lat, inaczej nie zarobisz ani grosza. Tak działają ujemne stopy procentowe

Wpłać oszczędności na roczną lokatę, potrącimy sobie jeden procent, a resztę na pewno oddamy – bank promujący w taki sposób depozyty rynku raczej nie zawojuje. Tymczasem aż 30 proc. obligacji skarbowych krajów rozwiniętych ma ujemną rentowność i te papiery wciąż się sprzedają. Inwestorzy szukają jednak alternatywnych rozwiązań.

Posiadacz niewielkich oszczędności, zamiast wpłacić je na lokatę z ujemnym oprocentowaniem, raczej zdecyduje się przetrzymać gotówkę w szufladzie. Dzięki temu nie zyska, ale też nie straci. Fundusz z miliardowymi aktywami, którego strategia przewiduje inwestowanie tylko w instrumenty dłużne o najwyższym ratingu – już nie.

Raczej pogodzi się z tym, ze niewielka strata jest ceną ponoszoną za maksymalne bezpieczeństwo. Może też liczyć na to, że z czasem cena tych papierów na rynku wtórnym wzrośnie i uda się je odsprzedać z zyskiem przed terminem wykupu. Inni, nieco bardziej otwarci na ryzyko, raczej będą szukali innych sposobów, by zainwestować swoje środki z zyskiem. Jakimkolwiek. Dlatego szybko rośnie popularność dwóch klas aktywów, dzięki którym zyski wciąż są możliwe – rządowego długu z bardzo odległymi terminami wykupu oraz obligacji korporacyjnych.

Jeśli do dwuletnich obligacji krajów o najwyższych ratingach trzeba dopłacać, dzięki dziesięcioletnim można wyjść na zero, natomiast dłuższe dają nadzieję na sensowny zysk, to inwestorzy zgłaszają popyt właśnie na te najdłuższe papiery. Jak oceniają analitycy Goldman Sachs, średni okres zapadalności obligacji sprzedawanych w krajach strefy euro już bardzo wzrósł: z około 10 lat w 2014 r. do około 15 lat w 2015 r.

A to jeszcze nie koniec. Z szacunków wykonanych na podstawie parametrów emisji przeprowadzonych od stycznia br. wynika, że w 2016 r. ta wartość jeszcze się wydłuży – nawet do 25 lat.

Obligacje na 50 lat?

Przykładów ilustrujących to zjawisko nie trzeba szukać daleko. W kwietniu Francja sprzedała papiery dłużne o wartości 9 miliardów euro wygasające w latach 2036 i 2066 (a więc 20- i 50-letnie). Ich rentowność to, odpowiednio, 1,25% i 1,75%. W porównaniu z długiem niemieckim czy japońskim to całkiem dobra stawka, ale pokazuje to tylko tyle, jak bardzo rynek zmienił się w ostatnich kilku latach. Sprzedając w latach 2005 i 2010 pięćdziesięcioletnie obligacje, Francja zapewniała inwestorom stopę zwrotu na poziomie aż 4%. Wyraźnie więcej, bo 3,45% w skali roku zobowiązała się płacić Hiszpania, która pięćdziesięcioletnie papiery sprzedała inwestorom po raz pierwszy.

Także inne europejskie kraje stawiają na papiery z bardzo długim terminem zapadalności. W kwietniu Belgia wyemitowała swoje pierwsze obligacje na 50 lat, a jak informuje The Wall Street Journal, do podobnego kroku przymierzają się też Włochy.

To absurdalnie długi termin? Niekoniecznie. Dla funduszy emerytalnych czy firm ubezpieczeniowych, które pomnażają oszczędności klientów w bardzo długiej perspektywie, taki termin jest wręcz korzystniejszy niż 5 czy 10 lat, typowo kojarzone z obligacjami. Choć oczywiście wraz z okresem życia obligacji rośnie też ryzyko inwestora.

W Polsce wciąż zarobisz

Kapitał przyciągają też obligacje korporacyjne, czyli emitowane przez firmy pozyskujące finansowanie z rynku. Takie papiery dają wyższy dochód niż rządowe, nic więc dziwnego, że ustawiają się po nie kolejki inwestorów. Jak informuje Bloomberg, tylko wczoraj amerykańskie firmy z ratingami inwestycyjnymi uplasowały na rynku papiery dłużne o wartości 7,8 mld dolarów, a od początku tygodnia – 41 mld dolarów. Poważnie zagrożony jest więc tygodniowy rekord sprzedaży ustanowiony w styczniu (63 mld USD). I wcale nie musi to być koniec wzrostów na tym rynku.

W Polsce na szczęście nie trzeba jeszcze wykonywać takich ruchów, by zarabiać na instrumentach dłużnych. Stopy procentowe, choć rekordowo niskie, wciąż są dodatnie, to banki płacą klientom za lokaty, a nie odwrotnie, klienci płacą bankom za kredyty, a rządowe obligacje zapewniają dodatnie stopy zwrotu. I dzięki temu bez problemu się sprzedają.