"Do wykonania zostało jeszcze 654 przeszukań". Prokuratura nie chciała walczyć z udostępniającymi "Wkręconych", ale sąd ją zmusza

Ministerstwo Sprawiedliwości wyjaśnia kulisy jednej z najsłynniejszych akcji antypirackich ostatnich lat. Okazuje się, że prokuratura wcale nie chciała podjąć tak drastycznych kroków, ale sąd ją do tego zmusił.

Jak pisaliśmy w październiku, dystrybutor filmu "Wkręceni" postanowił wypowiedzieć totalną wojnę piratom. Złożył liczne doniesienia do prokuratur i zażądał ścigania osób, które udostępniły dystrybuowany przez niego tytuł.

Czytaj też: Polsat stracił miliony, więc chce pieniędzy od piratów. 

Pierwsze informacje mówiły, że chodzi o 3000 osób, których komputery miały być zarekwirowane na potrzeby śledztwa na wniosek prokuratury w Szczecinie. W rozmowie z przedstawicielem dystrybutora ustaliliśmy, że w całym kraju toczą się równoległe postępowania, a ilość maszyn, które będą zatrzymane, może sięgnąć nawet 40 tys.

Poseł pyta, ministerstwo odpowiada

Norbert Obrycki, poseł Platformy Obywatelskiej, postanowił dowiedzieć się, dlaczego prokuratura dokonała masowych zatrzymań komputerów. W tym celu złożył interpelację, która trafiła na ręce ministra sprawiedliwości.

W odpowiedzi Ministerstwo Sprawiedliwości poinformowało, że prokuratura wcale nie dążyła do masowego ścigania osób udostępniających film "Wkręceni".

Co więcej, już w czerwcu 2016 roku szczecińska prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie udostępnienia filmu "Wkręceni". Na tę decyzję zażalenie złożył jednak dystrybutor - firma InterFilm.

W efekcie, sąd rejonowy w Szczecinie uchylił postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa, co w praktyce zmusiło prokuraturę do podjęcia działań mających na celu zabezpieczenie komputerów.

W toku tego śledztwa, dotychczas prokurator wydał około 120 postanowień o żądaniu wydania rzeczy w postaci jednostek centralnych komputerów. Do chwili obecnej, wpłynęły materiały dotyczące zrealizowania 72 czynności związanych z powyższymi postanowieniami. Mając na względzie polecenie Sądu, do wykonania pozostało jeszcze 654 przeszukań i zabezpieczeń komputerów.

- wyjaśnia Ministerstwo Sprawiedliwości.

Pismo wyjaśnia też, że prokuratorzy nie zatrzymywali maszyn, na których nie stwierdzono śladów udostępniania "Wkręconych".

W wypadku gdy podczas oględzin komputera ujawniono pliki mogące świadczyć o używaniu programów typu „Torrent” lub wskazujących na posiadanie utworu „Wkręceni”, powoływano biegłego z zakresu informatyki i zabezpieczano niezbędne dane i sprzęt.

Ministerstwo twierdzi też, że na inny sposób badania komputerów nie ma pieniędzy. 

Przyjęty sposób postępowania ocenić należy jako właściwy. Innym sposobem zabezpieczenia danych jest sporządzenie kopii binarnych 654 dysków twardych komputerów. Koszt tych czynności, koszt dysków potrzebnych do przechowywania tych kopii, czas pracy biegłego oraz inne koszty przekroczą kwotę 300.000 zł, co uznano za ekonomicznie nieuzasadnione.

"Wkręceni" - plakat do filmu Fot. mat. prasowe

Sąd sądowi nierówny

Dystrybutor "Wkręconych" podkreślił, że jego celem jest ściganie prawdziwych piratów, czyli tych, którzy na nielegalnej dystrybucji treści zarabiają. Powszechną praktyką w tego typu sprawach jest traktowanie jako pirata osoby, która udostępniła cząstkę filmu za pomocą sieci Torrent. I tej osobie podsuwa się pod nos ugodę: "podpisuj i płać, albo czeka cię prokurator, przeszukanie, śledztwo". Zjawisko to nazywane jest "copyright trollingiem" i polega na "naginaniu" obowiązującego prawa do granic absurdu. 

Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że zarówno osoba masowo udostępniająca filmy za opłatą jak i użytkownik rozsyłający do sieci niewielkie fragmenty pliku są piratami w równym stopniu. Właściciele praw autorskich wykorzystują jednak niejednoznaczność prawa i liczą na przychylność sądów. A te podejmują różne decyzje. Nawet w przypadku "twardych piratów" wyroki są niezwykle zróżnicowane: od minimalnej grzywny i prac społecznych po wysokie kary i wyroki więzienia. 

Więcej o: