Postawili na kosmiczną rewolucję i wygrywają. Musieli zdać się na Rosjan i przełknąć upokorzenie

Pierwsi wylądowali na Księżycu, zbudowali wielkie wahadłowce kosmiczne, ale przez ostatnie dziewięć lat latali w kosmos rosyjskimi Sojuzami tkwiącymi korzeniami w latach 60. Dlaczego Amerykanie wykonali krok wstecz? W sobotę nadejdzie przełomowy moment.

Jeśli wszystko pójdzie tak jak powinno i dwuosobowa załoga statku Crew Dragon bezpiecznie dotrze na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS), a potem z niej wróci, to Amerykanie dobitnie dowiodą, jak bardzo wyprzedzają resztę świata w technologiach kosmicznych.

Zobacz wideo

Krok wstecz

Stanie się tak pomimo trwającej dziewięć lat przerwy w załogowych lotach kosmicznych z terytorium USA. Ostatni miał miejsce w lipcu 2011 roku, kiedy wahadłowiec Atlantis wykonał 135. misję w historii programu promów kosmicznych NASA. Ich wycofanie ze służby było nieuniknione ze względu na astronomiczne i ciągle rosnące koszty utrzymania. Na dodatek starzejące się promy nie miały wiele zajęcia. Po ukończeniu ISS brakowało zadań, które w pełni wykorzystywałyby ich możliwości. Chcąc pójść dalej i rozwinąć inne swoje programy, NASA musiała uwolnić ludzi oraz pieniądze dotychczas pochłaniane przez wahadłowce.

Finał tych imponujących, ale w ogólnym ujęciu umiarkowanie udanych maszyn (okazały się drogą i względnie mało bezpieczną ślepą uliczką w historii lotów załogowych), nie był czymś zaskakującym. Planowano to od lat. Pomimo tego w momencie wysłania wahadłowców do muzeów, nie było gotowego nic w zamian. NASA od lat 90. prowadziła różne programy stworzenia następców promów kosmicznych. Wszystkie kończyły się jednak tak samo, czyli zamknięciem z powodu gwałtownie rosnących kosztów i problemów technicznych spowodowanych wygórowanymi ambicjami.

Strategia kosmiczna USA w momencie wycofywania wahadłowców była określana jako "bałagan". Brakowało wyraźnej wizji. Morale w NASA było niskie. Dopiero co w 2010 roku administracja Baracka Obamy zdecydowała zamknąć zainicjowany w czasach poprzedniej administracji George W. Busha program Constellation. Projektowana w jego ramach nowa ciężka rakieta nośna i statek kosmiczny, który miał zabrać Amerykanów na Księżyc, Marsa a nawet dalej, trafiła do kosza. W zamian ogłoszono program Artemis oparty o nową rakietę SLS i statek Orion (zaczęto go tworzyć jeszcze w ramach Constellation), jednak z tak niskim finansowaniem i nieokreślonymi celami, że do dzisiaj je zdążono zmienić i nie obył się nawet jeden lot testowy całego systemu. Jest prawdopodobne, że zostanie niedługo przynajmniej częściowo skasowany, ponieważ druga decyzja podjęta w 2010 roku wydaje właśnie owoce przekraczające oczekiwania.

Owa druga decyzja to postawienie na prywatny przemysł kosmiczny i zasilenie go znacznymi pieniędzmi z budżetu, tak aby był w stanie przejąć od NASA loty w najbliższe okolice Ziemi. Nadzieja jest taka, że powtórzy się zjawisko, które miało miejsce na rynku satelitów. Na początku, w latach 60. i 70., zdecydowana ich większość była państwowa. W latach 70. na rynek zaczęły wchodzić jednak firmy cywilne, ponieważ satelity telekomunikacyjne okazały się być bardzo pożądanym dobrem. W efekcie szybko zawładnęły rynkiem, znacznie upraszczając i standaryzując budowę samych satelitów, choć rakiety do ich wynoszenia pozostały partnerstwem publiczno-prywatnym. Rynek usług kosmicznych eksplodował.

Dwa korki w przód

Współczesny program zastrzyku publicznych pieniędzy dla prywatnych firm kosmicznych ma dwie części. Jedna to Commercial Resupply Services/ Orbital Transportation Services (transport ładunków na ISS/stworzenie sprzętu) a druga Commercial Crew Program (transport ludzi na ISS i stworzenie sprzętu).

Pierwsza część została zapoczątkowana już w 2006 roku, kiedy przyznano pierwsze kontrakty na opracowanie prywatnych statków zaopatrzeniowych. Dwa lata później przyznano kontrakty na same loty firmom SpaceX (statek Dragon i rakieta Falcon 9) i Orbital Sciences (Cygnus i Antares).

Dla Elona Muska pieniądze z NASA były kluczowe dla zapewnienia rozwoju swojej firmy SpaceX, która początkowo miała wiele problemów. Pierwsza rakieta nośna Falcon 1 zawodziła trzy razy pod rząd i doprowadziła przedsięwzięcie na skraj bankructwa w końcu 2008 roku. Kiedy tuż przed świętami Bożego Narodzenia NASA ogłosiła, że przyznaje SpaceX kontrakt na 1,6 miliarda dolarów za 20 lotów zaopatrzeniowych, Musk popłakał się z emocji. Dzięki tym pieniądzom firma istnieje do dziś i imponująco się rozwinęła.

Druga część zastrzyku publicznych pieniędzy została zapoczątkowana w 2010 roku, kontraktem dla pięciu firm na rozwój technologii. Później następowały kolejne fazy. Stopniowo zawężano listę uczestników i w 2014 roku formalnie ogłoszono, że statki załogowe stworzy koncern Boeing (statek Starliner na rakiecie Atlas V) oraz SpaceX (statek Crew Dragon na Falcon 9).

Prywatna inicjatywa szybko się rozwija

W ramach różnych programów wsparcia rozwoju przemysłu kosmicznego, władze USA przekazały w latach 2000-2018 67 prywatnym firmom 7,2 miliarda dolarów. Ponad 90 procent tych pieniędzy powędrowało na różne programy stworzenia rakiet oraz statków kosmicznych. Miliardy od państwa to jednak nie wszystko. Równocześnie 375 firm działających na tym rynku zdołało zgromadzić 19 miliardów dolarów od prywatnych inwestorów.

26 miliardów dolarów pozwoliło zacząć coś, co Amerykanie nazywają "nową erą w historii podboju kosmosu". Ma to być "era przedsiębiorczości". Państwo tylko na tym skorzysta, dzięki większej konkurencji na rynku, niższych cenach i możliwości skupienia się na bardziej ambitnych oraz z zasady niedochodowych zajęciach. Takich jak na przykład bezzałogowe misje badawcze w Układzie Słonecznym i załogowe loty na Księżyc a potem być może Marsa. 

Na razie wszystko wskazuje na to, że postawienie na prywatną inicjatywę, bardzo się Amerykanom opłaci. Ostatnia dekada to stały wzrost aktywności w amerykańskim przemyśle kosmicznym. Co najważniejsze, sukces SpaceX przekonał prywatnych inwestorów, że inwestowanie w kosmos ma sens. O ile w 2008 roku na rynku było mniej niż 50 firm w tej branży, które przyciągnęły około dwóch miliardów dolarów prywatnych funduszy, tak w 2018 roku było ich już wspomniane 375 i przyciągnęły łącznie 19 miliardów.

Wszystko to kładzie podwaliny pod dalszy rozwój. Biały Dom aktywnie stara się ustanowić międzynarodowe przepisy regulujące kwestie eksploatacji złóż na Księżycu i innych ciałach niebieskich. NASA w kwietniu przyznało kontrakty firmom cywilnym na stworzenie lądowników księżycowych. Zawarto też umowy na loty turystyczne na ISS. Rakiety firm prywatnych mają odegrać bardzo ważną rolę w dostarczeniu Amerykanów na Księżyc w 2024 roku, ponieważ państwowy program Artemis jest pogrążony w opóźnieniach oraz przekroczeniach kosztów.

Zobacz wideo

Porażka wizerunkowa to mała cena

Zbudowanie takiej obiecującej wizji przyszłości wymagało jednak czasu. Dokładniej 14 lat od początku zorganizowanego zasilania firm prywatnych państwowymi pieniędzmi. Do tego dziewięć lat przerwy w załogowych lotach z terytorium USA. Dla Amerykanów była to wizerunkowa porażka, ale w długiej perspektywie może się ona okazać drobną niedogodnością.

Rosjanie mogli przez ten czas czuć się dumni, że to ich rakiety i statki Sojuz wożą astronautów USA na orbitę (oraz zarobili na tym znaczne pieniądze łatające budżet ich programu kosmicznego), ale jednocześnie zostali wyraźnie zostawieni w tyle jeśli chodzi o rozwój nowych technologii kosmicznych. Na tle Amerykanów Rosjanie są w wyraźnej stagnacji, pogrążeni w problemach z rozwojem nowej rakiety Angara, która pomimo trzech dekad prac odbyła na razie tylko dwie misje testowe

Pierwszy lot załogowy statkiem SpaceX, jeśli się w pełni powiedzie, będzie dowodem na to, że USA wrzuciły wyższy bieg w podboju kosmosu niż reszta świata. Na pewno będą jeszcze niepowodzenia, kryzysy i różnej maści problemy, ale gwałtowny rozwój prywatnego przemysłu kosmicznego wraz z jego nowej generacji rakietami oraz statkami kosmicznymi, zmienia reguły gry. Amerykanie w dekadę, głównie dzięki SpaceX, zdominowali rynek wynoszenia satelitów, spychając Europejczyków i Rosjan na margines.

Co więcej, Elon Musk ma znacznie bardziej ambitnie plany. Chce w ciągu dekady wysłać swoje statki i ludzi na Księżyc oraz Marsa. O ile do deklarowanych terminów należy podchodzić sceptycznie, to miliarder dowiódł, iż ostatecznie potrafi postawić na swoim. Lot na Marsa jest natomiast jego życiowym marzeniem.