USA oskarżają Rosję o wystrzał na orbicie. Wysoko nad naszymi głowami nakręca się wyścig zbrojeń

Od rosyjskiego satelity wojskowego oddzielił się z dużą prędkością mały obiekt. Amerykanie i Brytyjczycy twierdzą, że był to test broni orbitalnej. Oskarżają Rosjan o kosmiczne zbrojenia. Ci zaprzeczają i twierdzą, że to pomówienia. Faktem jest, że do tej pory jako jedyni strzelali w kosmosie z prawdziwej broni.

Do rzekomego wystrzału miało dojść 15 lipca. Amerykańskie radary śledzące wszystko, co znajduje się na ziemskiej orbicie, wykryły, że od rosyjskiego satelity wojskowego Kosmos-2543 oddzielił się niewielki obiekt. Zrobił to ze znaczną prędkością. Cywilni specjaliści obliczyli ją na 140-180 metrów na sekundę (czyli około 500 km/h). Ów nowy obiekt został sklasyfikowany jako Kosmos-2547. Nie wiadomo, czym konkretnie jest.

Zakazu na piśmie nie ma

Tydzień później Siły Kosmiczne USA oficjalnie oskarżyły Rosjan o "niedestrukcyjny test broni orbitalnej". Do amerykańskiej krytyki przyłączyła się Wielka Brytania. W mediach szybko zaczęto sytuację opisywać jako "wystrzał". - To wydarzenie podkreśla hipokryzję Rosjan, którzy z jednej strony wzywają do kontroli zbrojeń w kosmosie, chcąc w ten sposób ograniczyć możliwości USA, podczas gdy z drugiej strony sami nie mają zamiaru spowalniać swojego programu rozwoju broni antysatelitarnej - stwierdził Christopher Ford, podsekretarz w Departamencie Stanu, odpowiadający za kontrolę zbrojeń. Wicemarszałek Harvey Smyth, odpowiedzialny w brytyjskim wojsku za przestrzeń kosmiczną, wyraził "zaniepokojenie" akcją Rosjan. Według niego test miał "cechy użycia broni".

Amerykańska i brytyjska krytyka jest istotna o tyle, że pomiędzy mocarstwami od czasów zimnej wojny obowiązuje niepisana zasada zakazu militaryzacji kosmosu. Nie jest to ujęte w żadnych porozumieniach. Traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku zakazuje jedynie umieszczania w kosmosie broni jądrowej i zobowiązuje sygnatariuszy do wykorzystywania Księżyca oraz innych ciał niebieskich do celów pokojowych. Pomimo tego mocarstwa w sposób niepisany unikają umieszczania broni ogólnie w kosmosie, w tym na orbicie. Nie z dobroci serca, ale z chęci uniknięcia kosztownego wyścigu zbrojeń.

Niepisane zasady są jednak traktowane bardzo swobodnie i elastycznie, ponieważ kosmos jest coraz ważniejszy dla sił zbrojnych mocarstw. Satelity różnego rodzaju mają dla nich kluczowe znaczenie. Nie ma więc wątpliwości co do tego, że wszystkie planują zniszczenie, lub uszkodzenie, tych należących do rywali. Chiny, Indie, Rosja i USA zademonstrowały, że są w stanie zniszczyć satelitę. odpalając do niej z powierzchni Ziemi rakietę. Rosjanie wydają się iść dalej i najprawdopodobniej rozwijają systemy obrony oraz ataku, zamontowane na satelitach. Byłoby dziwne, gdyby Amerykanie nie robili tego samego. Jednak najwyraźniej lepiej się z tym kryją, ponieważ brakuje konkretnych doniesień na ten temat.

Kosmiczne manewry Rosjan

Rosjanie swoje eksperymenty oficjalnie nazywają rozwojem satelitów zdolnych do wykonywania inspekcji na orbicie. Żadnego atakowania i niszczenia, ale "inspekcje" swoich własnych urządzeń. Robią to przy pomocy serii satelitów wystrzeliwanych z wojskowego kosmodromu Plesieck na północy Rosji. Początkowo były to niewielkie urządzenia, wysyłane w kosmos jako dodatkowy ładunek podczas wynoszenia dużych satelitów zwiadowczych czy komunikacyjnych. Nie mają oficjalnych nazw. Są określane jedynie kodowo jako "Kosmos", jak standardowo określane są wszystkie obiekty wystrzeliwane w kosmos przez ZSRR/Rosję. Do tego kolejne liczby.

Pierwsze próby na orbicie miały miejsce prawdopodobnie w 2014 roku, kiedy zaobserwowano zagadkowe ruchy obiektu Kosmos-2491. Początkowo przypuszczano, że to jakiś kosmiczny śmieć pozostały po umieszczeniu na orbicie wojskowego satelity komunikacyjnego systemu Rodnik. Potem ów śmieć zaczął jednak manewrować. Historia zaczęła się powtarzać. Jeszcze w 2014 roku inny "śmieć", pozostały po wystrzeleniu satelity systemu Rodnik, zaczął się ruszać. Otrzymał oznaczenie Kosmos-2499. W 2015 roku pojawił się analogiczny Kosmos-2504.

Potem sprawa zaczęła się komplikować. Kolejne satelity wykonujące zagadkowe operacje były już większe i stanowiły główny ładunek rakiet Sojuz odpalanych z Plesiecka. W 2017 roku był to Kosmos-2519, który uwolnił mniejszy obiekt Kosmos-2521. Ten z kolei wyrzucił z siebie jeszcze mniejszy obiekt Kosmos-2523. W 2019 roku wystrzelono dwa kolejne takie zestawy. Ten drugi, z głównym satelitą Kosmos-2542, jest obecnie źródłem kolejnych protestów Amerykanów. Jak opisywałem to wcześniej, wykonywał on, wraz z uwolnionym mniejszym "satelitą inspekcyjnym" Kosmos-2543, manewry w pobliżu amerykańskiego satelity zwiadowczego. Teraz z tego drugiego wystrzelono rzekomy pocisk.

Nagranie startu rakiety Sojuz wynoszącej na orbitę Kosmos-2542 z kosmodromu wojskowego Plesieck:

Zobacz wideo

Wojsko patrzy ku gwiazdom

Rosjanie oficjalnie twierdzą, że nie pracują nad kosmicznymi systemami ofensywnymi. Rosyjskie ministerstwo obrony odrzuca zarzuty Amerykanów o militaryzację kosmosu. Nazywa je "antyrosyjskim atakiem, będącym częścią wymierzonej w Rosję kampanii zainicjowanej przez Waszyngton". - Test przeprowadzony 15 lipca nie stwarzał zagrożenia dla innych obiektów w kosmosie i - co najważniejsze - nie naruszył żadnych norm oraz przepisów prawa międzynarodowego - stwierdzono. Co do zasady może to być racja. Tak jak wspomniałem wcześniej, nie ma traktatów zakazujących testów broni konwencjonalnej na orbicie.

Rosjanie, a konkretniej Sowieci, korzystali z tego faktu już wcześniej. W 1975 roku prawdopodobnie jako pierwsi, i do dzisiaj jedyni, przeprowadzili na orbicie próbne strzelanie z prawdziwej broni. Na wojskowej stacji kosmicznej Salut-3 zostało zamontowane zmodyfikowane działko lotnicze kalibru 23 mm. Po opuszczeniu pokładu przez ostatnią załogę, broń miała zostać uruchomiona zdalnie z Ziemi. Nie wiadomo, ile oddała strzałów i jaki to miało efekt. Nie ma informacji, aby ktokolwiek przeprowadził podobny eksperyment.

Teraz Rosjanie sugerują, że rozwijają jedynie systemy do obserwacji swoich lub obcych satelitów. Jednak nawet w rosyjskich mediach pojawiają się nieoficjalne informacje, że ich głównym zdaniem jest uszkadzanie i niszczenie satelitów amerykańskich. Są nazywane "satelitami-zabójcami". Choć obserwacja owszem, także może wchodzić w zakres ich możliwości. Jednak priorytetem ma być zdolność do zaatakowania systemów rywali w kosmosie.

Co do zasady oficjalne komunikaty rosyjskiego wojska nie muszą być fałszywe. Po prostu nie mówią całej prawdy. Rozwijane obecnie systemy owszem, najpewniej są zdolne do wykonywania inspekcji innych rosyjskich satelitów na orbicie. Może to być bardzo przydatne w wypadku na przykład awarii. Amerykańskie wojsko i przemysł też rozwijają podobne technologie, mające służyć choćby do usuwania z orbity śmieci. Nie będzie jednak problemem, zamiast dokonywać napraw, dokonać sabotażu. Zamiast usunąć z użytecznej orbity śmieci, usunąć wrogiego satelitę. Choć obie strony szermują retoryką o nie militaryzacji kosmosu, to faktycznie trend jest odwrotny. Wojska w kosmosie jest i będzie coraz więcej. Po prostu jest zbyt istotny dla przebiegu nowoczesnej wojny.