Stary bombowiec, który musi i może. Amerykanie ożywili 60-letniego B-52

Amerykanie byli zmuszeni przeprosić się z bombowcem B-52, który już ponad dekadę temu wysłali na cmentarzysko na pustyni. Miał tam służyć za źródło części zamiennych. Los się do niego jednak uśmiechnął i ma dalej latać, nawet dekady. Właśnie przechodzi bardzo gruntowne odmłodzenie. Cały ten proces wiele mówi o samolotach i amerykańskim wojsku.

Ten konkretny bombowiec B-52, o numerze seryjnym 60-034 i nazwie własnej "Wise Guy" (ang. - mafiozo), został wyprodukowany w 1960 roku. Do czasu swojego wycofania ze służby w 2008 roku, spędził 17 tysięcy godzin w powietrzu. Później trafił na cmentarzysko amerykańskich samolotów wojskowych w Arizonie z założeniem, że już tam pozostanie jako dawca części zamiennych, a finalnie zostanie pocięty na złom.

W 2016 roku ten plan wziął w łeb, ponieważ pół świata dalej, na wyspie Guam, podczas startu rozbił się inny B-52. Załoga się uratowała, ale maszyna doszczętnie spłonęła. Jej zniszczenie oznaczało poważny problem dla wojska USA, bo ma przykaz od Kongresu, aby utrzymywać co najmniej 76 B-52 w służbie. Ostatni wyprodukowano w 1962 roku, więc pozostała jedna opcja, czyli wyciągnąć coś z cmentarzyska.

W powietrze po dekadzie na pustyni

Jak wygląda cmentarzysko na obrzeżach miasta Tucson w Arizonie, do czego służy i w jaki sposób jest zorganizowane, pisałem już wcześniej. Dość powiedzieć, że "Wise Guy" po trafieniu tam w 2008 roku, został umieszczony w kategorii samolotów, które na razie mają pozostać w całości i służyć za dawców części zamiennych dla jeszcze latających bliźniaków. Teoretycznie mają się nadawać do przywrócenia do służby, ale szanse na to są zawsze minimalne. Wobec tego można było z niego wymontowywać tylko niektóre części, nie uszkadzając go bezpowrotnie.

Ten konkretny B-52 był dodatkowo rozpoznawalny, ponieważ w 2008 roku do sieci trafiło zdjęcie napisu wykonanego w jego wnętrzu prawdopodobnie przez członka ostatniej załogi albo technika. Brzmiał on tak:

To jest 60-034, wojownik zimnej wojny, który stał na straży Ameryki od najciemniejszych dni zimnej wojny, po globalną wojnę z terrorem. Dobrze się nim opiekujcie, do czasu, gdy będziemy go znów potrzebować.

Napis we wnętrzu B-52Napis we wnętrzu B-52 Fot. Master Sgt. Theodore Daigle/USAF

 Napis okazał się profetyczny, ponieważ w grudniu 2018 roku zapadła wstępna decyzja, że to właśnie "Wise Guy" ma zastąpić B-52 rozbitego na Guam. Maszyną na nowo się zainteresowano i trafiła pod stałą opiekę techników, którzy musieli bardzo dokładnie zbadać jej stan i określić, czy na pewno nadaje się, by wrócić do żywych. Po wstępnej pozytywnej ocenie do Tuscon dodatkowo przylecieli specjaliści z bazy B-52 w Barksdale w Luizjanie. Dodatkowo ściągnięto grupę ekspertów z firmy Boeing, która ponad pół wieku temu zaprojektowała i produkowała B-52.

Przez następne cztery miesiące przy samolocie pracowało 13-20 osób, których zadaniem było przygotować maszynę do ponownego wzbicia się w powietrze. - Wykryliśmy pęknięcia w tylnym podwoziu, no i brakowało dwóch silników. Trzeba było też wymienić przewody paliwowe i opony. Do tego trzeba było na nowo zmontować system do ewakuacji załogi. Wszystkie części niezbędne do działania foteli katapultowych były zmieszane w dużym wiadrze. To było jak jakaś koszmarna układanka - opisywał w maju 2019 roku starszy sierżant Steven Sorge z 307. Skrzydła Bombowego. Łącznie odnotowano 195 wymian części lub napraw.

Latająca cysterna KC-46 firmy BoeingBoeing ma kolejny problem: za dużo śmieci w wojskowych B767

Rozebrany na części pierwsze

Po złożeniu samolotu w całość i dokładnym przetestowaniu wszystkich systemów, 14 maja 2019 roku "Wise Guy" po ponad dekadzie przerwy znów wzbił się w powietrze. Doświadczona trzyosobowa załoga poleciała maszyną "nisko i powoli" z Tucson do Barksdale. Nie był to koniec wracania starej maszyny do żywych. Następne miesiące trwała druga faza operacji, czyli przywracanie pełnej sprawności wszystkim systemom samolotu i unowocześnienie ich tak, aby reprezentowały identyczny standard z tymi B-52, które nie spędziły dekady na pustyni. Przeprowadzono też kolejny szczegółowy przegląd, do którego były w bazie znacznie lepsze warunki niż na cmentarzysku w Arizonie.

W kwietniu 2020 roku rozpoczęto trzecią fazę przywracania "Wise Guy" do służby. Maszyna przeleciała do bazy Tinker w Oklahomie, gdzie znajduje się specjalistyczne centrum wykonujące gruntowne okresowe przeglądy i remonty szeregu dużych samolotów lotnictwa USA. W tym B-52. Tutaj maszynę czekało niemal całkowite rozmontowanie. Wyciągnięto z niej wszystko, co się dało. Usunięto całą farbę, zostawiając goły metal i obejrzano dokładnie całą strukturę w poszukiwaniu pęknięć czy korozji. Podobnie dokładnie zbadano wszystkie zdemontowane części. Podobne zabiegi są przeprowadzane co 48 miesięcy na każdym B-52 pozostającym w służbie.

W końcu samolot złożono w całość. Obecnie wykonuje loty testowe i ze względu na swój bardzo niecodzienny wygląd (nadal nie jest pomalowany), przyciągnął uwagę lokalnych fotografów-miłośników lotnictwa. Po serii oblotów maszyna zostanie formalnie przyjęta do służby i już pomalowana, ma polecieć na początku przyszłego roku do swojej docelowej bazy Minot w Dakocie Północnej. Ogólnie w proces przywrócenia "Wise Guy" do użyteczności ma zostać zaangażowanych 550 specjalistów. Cała operacja ma kosztować 30 milionów dolarów.

Specjalna maska pilota bombowca strategicznegoMaska na dzień zagłady. Amerykanie pokazali rzadkie gogle

Będzie blisko wiek w powietrzu

Efekt końcowy powinien być taki, że pomimo spędzenia dekady na pustyni, "Wise Guy" będzie w lepszym stanie niż większość B-52, które nie miały takiej przerwy w życiorysie. Pokazuje to po pierwsze, jak dobrze wybrano miejsce na cmentarzysko samolotów i jak dobre są stosowane tam procedury. Gdyby postawić taki samolot gdzieś w Polsce pod przysłowiową chmurką, to po dekadzie przywrócenie go do lotów prawdopodobnie nie byłoby już możliwe. Tymczasem sprawienie, że "Wise Guy" znów bezpiecznie wzbił się w powietrze, zajęło około pięciu miesięcy.

Cała flota tych maszyn jest pokazem tego, że wiek to tylko liczba. Najmłodsze właśnie zbliżają się do sześćdziesiątki, a aktualne plany Pentagonu mówią, że powinny latać jeszcze ponad 30 lat. Oznacza to po nawet 90 lat w służbie. Może jakiś egzemplarz dotrwa do setki. Na pozór może się to wydawać absurdalne, ale za B-52 przemawia szereg argumentów. Po pierwsze dobrze spełniają stawianą przed nimi rolę, czyli rolę latającej ciężarówki dla kilkunastu-kilkudziesięciu ton rakiet (w tym z głowicami jądrowymi), bomb i min, zdolnej do dotarcia w każdy zakamarek globu przy pomocy latających cystern. Do tego są niezawodne i tanie w eksploatacji. Przynajmniej w porównaniu z nowszymi i bardziej imponującymi bombowcami USA w rodzaju B-1B i B-2. Przy dochowaniu odpowiednich procedur odnośnie ich przeglądów i remontów oraz regularnych modernizacjach wiekowe maszyny mogą jeszcze długo spełniać oczekiwania wojska.

Co więcej, B-52 w ciągu tej dekady mają przejść swoje dotychczas najpoważniejsze unowocześnienie. Planowana jest wymiana ich silników. Obecnie napędza je po osiem mocno archaicznych TF33 (Pratt&Whitney JT3D), zaprojektowanych w latach 50. W ocenie Pentagonu wymienienie ich na cztery nowoczesne silniki, podobne do tych używanych w samolotach pasażerskich, ograniczy zużycie paliwa o około 30 procent i wydłuży zasięg o nawet 40 procent. Oznacza to jednak spore ryzyko związane z poważną przebudową maszyn, ponieważ wymiana silników to tylko początek zmian, które trzeba będzie wprowadzić. Od ich osłon, przez sposób zamontowania do skrzydła, po konstrukcję skrzydła i rozbudowaną elektronikę konieczną do sterowania nimi. Wszystko to przy braku nowoczesnych cyfrowych modeli B-52, które umożliwiłyby dokładną analizę spodziewanych zmian w obciążeniach całej konstrukcji.

Silniki TF33 bombowca B-52Silniki TF33 bombowca B-52 Fot. USAF

W ocenie Pentagonu jest to jednak ryzyko warte podjęcia. Inaczej wizja używania B-52 do nawet połowy tego wieku ma być praktycznie niemożliwa do zrealizowania. Bez nich trzeba by natomiast po raz kolejny zmieniać wizję przyszłości floty bombowców USA, które mają ogromne znaczenie dla globalnego potencjału amerykańskiego wojska. Obecne plany mówią o tym, że pierwsze zostaną wycofane ze służby B-1. Na razie cztery do 2025 roku, ale wszystkie mają zniknąć do początku lat 30. Kolejne będą B-2, które posłużą może dekadę dłużej. Wszystko przy założeniu, że tworzony obecnie nowy bombowiec B-21 będzie seryjnie produkowany pod koniec lat 20. I to u ich boku będą miały służyć wiekowe B-52. Mieszanka nowoczesnego i drogiego oraz dostatecznego i ekonomicznego.

Zobacz wideo