Oaza wolności słowa dla prawicy padła ofiarą hakerów. Wykradziono prawie wszystkie dane z serwerów Parlera

Niemal cała zawartość serwerów platformy komunikacyjnej Parler, została wykradziona przez hakerów i zarchiwizowana. Nawet to, co użytkownicy myśleli, że wykasowali. Wywołało to popłoch na amerykańskiej prawicy, która w ostatnich dniach promowała Parlera jako oazę wolności słowa.

Włamanie na serwery to najpewniej gwóźdź do trumny Parlera, który miał być nową platformą komunikacyjną globalnej prawicy i konserwatystów, wolną od "cenzury" Facebooka czy Twittera. Wykradzione dane to natomiast kopalnia dowodów na uczestnictwo w szturmie na Kapitol szóstego stycznia.

Poruszenie po prawej stronie

W internecie krążą już od wielu godzin wyolbrzymione plotki o tym co i w jaki sposób zostało wyciągnięte z serwerów Parlera. - Już za późno na usuwanie danych, wszystko jest zarchiwizowane. Nie da się w żaden sposób zapobiec temu, co się już stało. Wszystko co możecie zrobić, to przygotować się na skutki - stwierdził autor jednego z wpisów, szeroko rozpowszechnionego w sieci.

Inny ostrzega, że wykradziono poufne, prywatne dane, takie jak numery kart kredytowych czy numery telefonu. Osoba będąca najprawdopodobniej inicjatorem i koordynatorem włamania, użytkowniczka (tak by wynikało z opisu profilu) Twittera nazywająca się @donk_enby, twierdzi jednak, że to "bzdury".

Zarchiwizowane zostały jedynie te rzeczy, które były wcześniej publicznie dostępne. Nie mam twojego adresu email, numeru telefonu, czy karty kredytowej. No chyba, że samemu je zamieściłeś na Parlerze.

Jedną z funkcji Parlera była możliwość bycia "zweryfikowanym użytkownikiem". Oznaczało to konieczność wysłania administracji portalu zdjęcia obu stron dowodu osobistego lub prawa jazdy (w wielu stanach to w praktyce odpowiednik dowodu osobistego). Nie jest jasne, czy te zdjęcia również wykradziono, jednak jeśli hakerzy uzyskali dostęp do wszystkiego, co użytkownicy sami zamieścili na portalu, to być może tak. To są już bardzo wrażliwe i cenne prywatne informacje, których wyciek może przysporzyć wielu problemów.

Dane ściągnięte z serwerów firmy zostały zarchiwizowane i zmultiplikowane, przez co jest właściwie pewne, że pozostaną już w sieci. Po wstępnym opracowaniu, mają zostać umieszczone między innymi na platformie "Internet Archive". Chodzi o kilkadziesiąt terabajtów danych (ostatnie informacje mówią o 70TB). Ma to być 99 proc. procent tego, co użytkownicy umieścili na platformie.

Derrick EvansPo zamieszkach na Kapitolu polityk Partii Republikańskiej złożył mandat

Gromadzenie dowodów

@Donk_enby twierdzi, że zapoczątkowała tą akcję, ponieważ chciała zabezpieczyć dowody związane ze szturmem na Kapitol szóstego stycznia. Akcję w znacznej mierze koordynowano przez Parlera, gdzie pojawiło się też mnóstwo nagrań wideo i zdjęć z całego wydarzenia, wrzucanych przez samych użytkowników, pod imieniem i nazwiskiem. Do tego często opatrzonych dokładnymi współrzędnymi geograficznymi, automatycznie dodanymi przez telefon do szczegółowego opisu, o którym większość ludzi nawet nie wie.

Przykład surowych danych dołączonych do pliku. Na przykład precyzyjne koordynaty geograficzne

To kopalnia dowodów dla służb chcących pociągnąć do odpowiedzialności uczestników wydarzeń, które kosztowały życie pięciu osób. I nie tylko służb, ale też różnych cywilnych organizacji chcących zbadać, nagłośnić i być może napiętnować tych, którzy brali w tym udział. Na przykład szeroko znana i bardzo skuteczna platforma śledcza Bellingcat, już w trakcie szturmu na Kapitol zaczęła archiwizować i katalogować media wrzucane przez jego uczestników do sieci. FBI najpewniej i tak miało swoje sposoby, aby dotrzeć do tego rodzaju informacji. Widać to po fakcie, że w ostatnich dniach aresztowano szereg osób w związku z zajściami z szóstego stycznia, a wiele innych donosi o zwolnieniu z pracy.

Kiedy świadomość potencjalnych konsekwencji zaczęła docierać do uczestników zajść z szóstego stycznia, zdjęcia i nagrania zaczęły znikać z Parlera. Tak naprawdę nie były jednak usuwane z serwerów firmy. Jedynie znikały z profilów osób, które je zamieściły i nie można ich było normalnie zobaczyć. Pozostały ukryte na serwerach.

Arnold Schwarzenegger krytykuje Donalda Trumpa i pokazuje miecz z filmu 'Conan barbarzyńca'Arnold Schwarzenegger krytykuje Trumpa: Musimy się wyleczyć z tego dramatu

Drzwi szeroko otwarte

Dostęp do nich stał się możliwy dzięki temu, że giganci branży internetowej postanowili w ostatnich dniach wyegzekwować wobec Parlera zapisy umów z nimi. Konkretnie tych mówiących o przestrzeganiu standardów etycznych i moderowaniu na przykład wezwań do przemocy. Ponieważ Parler szczycił się przywiązaniem do wolności słowa, to moderacja praktycznie nie istniała, przez co na platformie pojawiało się wiele treści nawołujących wprost do mordowania polityków czy dziennikarzy.

W efekcie Apple i Google usunęło Parler ze swoich sklepów z aplikacjami dla urządzeń mobilnych. Dodatkowo Amazon wypowiedział firmie umowę na hosting, czyli zablokował jej możliwość wykorzystywania swoich serwerów, de facto zamykając w niedzielę normalny dostęp do platformy. Szef Parlera John Matze, przyznał publicznie, że współpracę z nim zerwał też szereg innych firm. Nawet prawnicy.

Włamanie miało umożliwić zerwanie współpracy przez firmę Twilo, która zapewniała między innymi usługę weryfikacji przy logowaniu, czy resetowaniu hasła przy pomocy wiadomości wysłanej na telefon. Informatycy Parlera najwyraźniej nie zareagowali na to odpowiednio w ogólnym chaosie, dzięki czemu hakerzy mogli użyć opcji "zresetuj hasło", po czym wpisać do pojawiającego się później okienka dowolny ciąg liczb i zostać wpuszczonym przez system. Dzięki temu mogli masowo przejmować konta, odkryć te administratorskie i zacząć tworzyć kolejne z takimi uprawnieniami. W efekcie uzyskali praktycznie nieograniczony dostęp do zasobów serwerów.

Do ataku na Parlera przystąpiło pospolite ruszenie hakerów, co umożliwiło wydostanie ogromnych ilości danych w ciągu około doby. @Donk_enby twierdzi, że chciała to wszystko przeprowadzić w ciszy i wolniej, jednak wobec ryzyka, że Amazon trwale usunie dane ze swoich serwerów, postanowiła działać publicznie. W sobotę opisywała sytuację w bazach danych Parlera jako "grupę ludzi wbiegających do palącego się budynku, żeby wynieść z niego co tylko się da".

Prawica traci swoją platformę, na razie

Kradzież danych, to prawdopodobnie gwóźdź do trumny Parlera. Platforma działała od 2018 roku, ale dopiero w ostatnich miesiącach zaczęła zdobywać dużą popularność na fali kryzysu związanego z wyborami prezydenckimi w USA. Zwłaszcza wobec tego, że główne portale społecznościowe zaczęły w zdecydowany sposób reagować na nieprawdziwe informacje o fałszerstwach wyborczych, kolportowane przez między innymi Trumpa, cenzurując jego wpisy. Wobec tego, wiele prominentnych postaci amerykańskiej prawicy i skrajnej prawicy, wzywało do przenoszenia się między innymi Parlera. Proces ten przyśpieszył w ostatnich dniach, kiedy główne media społecznościowe zdecydowały się całkowicie zablokować konta Trumpa.

Nawet na polskiej prawicy pojawiły się nawołania do przenosin na Parlera. Jeszcze w poniedziałek portal wPolityce.pl zamieścił tekst o tytule "Wiele osób i instytucji odchodzi od internetowych molochów zagrażających wolności słowa i wybiera sieć wolną od cenzury". Wśród alternatywy na pierwszym miejscu wymieniono Parler. Teraz ta platforma praktycznie zawiesiła działalność, a po takim wycieku danych, trudno będzie jej odbudować zaufanie użytkowników. Matze twierdzi jednak, że przerwa w działalności Parlera potrwa najwyżej tydzień. To, co się obecnie dzieje, ma być "skoordynowanym atakiem" korporacji, które chcą w białych rękawiczkach "pozbyć się konkurencji". - Zbyt szybko i za bardzo urośliśmy - twierdzi.

Na amerykańskiej prawicy teraz padają apele o przenosiny na kolejną platformę - Gab. Tak jak Parler był czymś w rodzaju Facebooka, tak Gab jest czymś w rodzaju Twittera. Portal powstał w 2016 roku. Jego założyciel Andrew Torba mówił, że chciał w ten sposób stworzyć przestrzeń dla osób o konserwatywnych poglądach, wolną od lewicowej cenzury. - Każde duże źródło informacji w sieci, każdy duży portal społecznościowy, jest posiadany, kontrolowany i zarządzany przez lewicowych kierowników i pracowników z Krzemowej Doliny - mówił w 2016 roku w wywiadzie dla "Washington Post".

Efekt był taki, że Gab stał się popularnym schronieniem dla tych, którzy zostali wykluczeni z głównych mediów społecznościowych. Czyli miejscem pełnym treści o charakterze rasistowskim, teorii spiskowych i wezwań do przemocy. Gab ma jednak pewną mocną stronę. Mianowicie działa na prywatnych serwerach, co daje pewną niezależność od wielkich firm w rodzaju Google, Amazon czy Microsoft. Teraz platforma ma przeżywać oblężenie i szybko zyskiwać nowych użytkowników.

Zobacz wideo
Więcej o: