Google może "zbanować" Australię. Firma grozi wyłączeniem swoich usług. "Nie odpowiadamy na groźby"

Google zagroziło Australii, że wycofa swoją wyszukiwarkę z tamtejszego rynku. To reakcja na proponowane przez tamtejsze władze zmiany w prawie, które mają na celu zmusić takie firmy, jak Google i Facebook, do płacenia wydawcom za udostępnianie ich treści.

Narasta konflikt pomiędzy Google a władzami Australii. W tym tygodniu, podczas wystąpienia przed senacką komisją w Canberze, Mel Silva, dyrektor zarządzająca Google na Australię stwierdziła, że jeśli niekorzystne dla tej firmy przepisy wejdą w życie, to będzie ona zmuszona do "zaprzestania udostępniania wyszukiwarki Google w Australii".

Zobacz wideo Walka z pandemią czy totalna inwigilacja? Jak działa Contact Tracing od Google i Apple? [TOPtech]
Po dokładnym zapoznaniu się z ustawą, doszliśmy do wniosku, że - biorąc pod uwagę finansowe i operacyjne ryzyko, nie widzimy możliwości, aby dalej świadczyć nasze usługi w Australii

- stwierdziła Mel Silva, cytowana przez "The Sydney Morning Herald".

Google na wojnie z Australią. "Nie odpowiadamy na groźby"

Jakie konkretnie przepisy nie podobają się internetowemu gigantowi? Chodzi o prawo, które nakłada na takie firmy, jak Google czy Facebook obowiązek płacenia wydawcom prasowym za udostępnianie tworzonych przez nich treści w swoich mediach - np. w serwisie Google News. Wysokość takich opłat miałaby być negocjowana z poszczególnymi wydawcami. Z treści proponowanych przepisów wynika, że jeśli koncerny i wydawcy nie dojdą do porozumienia, to o wysokości opłat zdecyduje arbitraż.

Podczas spotkania z komisją Mel Silva podkreśliła, że Google jest skłonne, aby płacić wydawcom za korzystanie z treści, ale nie na zasadach określonych w ustawie. Firmie z Mountain View nie podoba się szczególnie zapis, który przewiduje opłaty za linki i tzw. snippety - krótkie fragmenty tekstów.

Choć od początku jasne było, że Google będzie ostro bronić swego stanowiska w sprawie, to jednak deklaracje Silvy przenoszą konflikt na nowy poziom. Po raz pierwszy tak wysoko postawiony przedstawiciel koncernu pozwolił sobie na groźbę wobec władz konkretnego państwa.

Wiele wskazuje jednak na to, że Australijczycy nie ugną się pod żądaniami Google. „Australia sama ustala reguły dotyczące tego, co można robić w Australii. Tym zajmuje się nasz parlament [...] nie odpowiadamy na groźby” – oświadczył premier Australii Scott Morrison.

Facebook również groził Australijczykom

Wcześniej na szantaż wobec władz Australii zdecydował się Facebook. W tym wypadku groźba miała lżejszy charakter. Firma zapowiedziała, że po wejściu w życie ustawy australijscy użytkownicy nie zobaczą na swych tablicach postów z materiałami pochodzącymi od lokalnych wydawców.

Oczekiwanie, że dwie prywatne firmy, Facebook i Google, poniosą wyłączną odpowiedzialność za rozwiązywanie problemów, przed którymi stoi australijski przemysł medialny nie jest zdrowe. W kodeksie ACCC musi się znaleźć stwierdzenie, że platformy cyfrowe i wydawcy konkurują między sobą o przychody z reklam na uczciwych zasadach.

- napisał Facebook w oświadczeniu opublikowanym w czerwcu ub. roku.

Australia nie jest jedynym krajem, który chce zmusić koncerny do płacenia za korzystanie z treści tworzonych przez lokalne media. Nad podobnymi przepisami już od dłuższego czasu pracuje UE.