"Strażnicy Galaktyki" nie zawodzą. Śmiech, zaflarkana przyjaźń i ratowanie wszechświata [RECENZJA GRY]

Kacper Kolibabski
"Strażnicy Galaktyki" nie stracili pazura i tego, za co wszyscy ich pokochali. Przeniesienie ich na konsole i komputery nie zabrało uroku tej bandzie kosmicznych gagatków. Klimat to zdecydowanie najmocniejsza strona tej produkcji. Sama rozgrywka momentami nieco kuleje, ale nie zabiera to radości z - a jakże - ratowania wszechświata.

Zacznijmy od drobnych szczegółów, dzięki którym deweloper, Eidos Montreal, od razu u mnie zaplusował. Interfejs można bowiem dopasować pod siebie, zmieniając m.in. rozmiar napisów. Szkoda, że takie drobne mechanizmy nie są częścią każdej gry. Gdy wypuszczasz produkcję przeznaczoną dla milionów graczy, warto dać im możliwość dostosowania niektórych elementów pod siebie. Urzekł mnie też licznik czasu, który włącza się, gdy przejdziemy do menu. Prosta rzecz, która pozwala lepiej zarządzać rozgrywką.  

Nieco gorsze pierwsze wrażenie wywarli na mnie głowni bohaterowie "Strażników Galaktyki". Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do wyglądu postaci niezgodnego z ich filmowymi wersjami. Przywykłem do wizerunku Star-Lorda z MCU (uniwersum Marvela) i gryzł mi się z tym, co widziałem w grze. Z czasem jednak sposób budowania postaci oraz historii sprawiły, że przywiązałem się do nich nie mniej, niż do ich odpowiedników z kinowych ekranów. Pomogła też świetna ścieżka dźwiękowa z lat 80., której oczywiście nie mogło zabraknąć w tej produkcji.

Design postaci z gry wrył mi się na tyle w głowę, że przed pisaniem tekstu musiałem sobie przypomnieć, jak wyglądała filmowa Gamora. Z kolei sam świat przedstawiony w grze, choć ładny, nie urzekł mnie. Nie wszystko było przekonujące, elementy w teorii do siebie pasowały, ale jednocześnie nie mogłem poczuć monumentalności bądź co bądź olbrzymich Knowhere, Wszechumysłu czy stacji kosmicznej Skała. Całość przypominała nieco figurki z lat 80. W tym sensie była to udana zagrywka i myślę, że na niekorzyść gry mogły przeważyć moje osobiste preferencje. To gra ładna, ale nie zachwycająca tak mocno jak chociażby podobnie liniowe i wzorcowe dla tego gatunku "Uncharted" (przygodówek, w których gracz wciela się w postać poszukiwacza skarbów Nathana Drake'a).  

Zobacz wideo Nowy król średniej półki? Oto cztery rzeczy, które warto wiedzieć na temat Huawei nova 9 [TOPtech]

Mogło być lepiej, ale nie narzekam

Ogrywałem wersję na PS4. Widać było nieco problemów: czasami tekstury ładowały się skokowo, zdarzały się przycięcia czy dziwna poświata wokół zarostu Star-Gościa. Czasem też polska wersja językowa miała problem z głośnością dialogów, warto więc mieć włączone napisy. Mimo wszystko niespecjalnie przeszkadzało to w obcowaniu z produkcją. Te błędy równoważyła spora immersja w świat przedstawiony. Odpowiadały za nią małe szczegóły, jak plakaty i zabawki w pokoju młodego Quilla, muzyka elektroniczna w klubie na Knowhere, czy niedomknięte lodówki.

Dużym wyzwaniem było stworzenie systemu walki, w którym udział będzie brało pięciu bohaterów. Zarządzamy przede wszystkim ich liderem, Peterem Quillem. System rozwoju umiejętności jest dość prosty. Nowe ruchu kupujemy za zdobywane podczas gry punkty i znajdźki. Ulepszeń w warsztacie jest ledwie 15 i niespecjalnie był widoczny ich wpływ na grę. Dopiero specjalne umiejętności dawały mi pewną radość z rozwijania postaci. Tych każdy ma po cztery. Łącznie więc jest ich 20, ale dopiero przez ostatnie kilka godzin mamy dostęp wszystkich.  

Ta duża liczba umiejętności nieco zgubiła Eidos. Walka bowiem bywa chaotyczna. Przeciwników jest wielu, trudno ich namierzyć, mieszają się między sobą i czasami nie bardzo wiedziałem, co robić. Można do nich strzelać, ale to bywa mało efektywne. Star-Lord przede wszystkim musi wykorzystywać specjalne ruchy swojej drużyny. Te mogę podzielić luźno na trzy kategorie - obszarowe, ogłuszające oraz wykańczające. Wywołujemy je z pomocą menu kontekstowego, a wybór postaci jest dość łatwy. Gorzej z umiejętnościami, które są oznaczone jedynie ikonami, bez żadnego opisu czy oznaczenia rodzaju ataku. W walce z kilkunastoma przeciwnikami, gdy trzeba się zastanowić, jak ich wykończyć, nawet przy slow-mo (zwolnionym tempie), wybór ataku bywa mało intuicyjny. Oczywiście da się tego nauczyć, ale jednak zabiera to trochę radości z potyczek, które tracą na płynności i stają się rwane. Eidos mógł pogrupować te umiejętności i pod krzyżykiem dać np., ataki obszarowe, kwadratowi przypisać wykańczające, a ogłuszające dać pod trójkąt. Zamiast tego, każda postać ma każdy rodzaj ataku w innym miejscu.

Więcej w temacie technologii przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl 

Mimo tego lubiłem pojedynki w "Strażnikach Galaktyki", nie zmniejszałem specjalnie poziomu trudności, by przez nie przeklinać. Przeciwnicy byli zróżnicowani, trzeba było do nich podchodzić indywidualnie, zaplanować strategię ataku. Dostępne są też interaktywne elementy otoczenia, które jeszcze bardziej urozmaicały pojedynki. A w krytycznych momentach można było wezwać zespół na naradę. Trzeba jednak uważnie słuchać, co mówią, bo to, jak bardzo Star-Lord podniesie morale swoich kompanów, jest zależne od naszych wyborów. Widać tu potencjał na dopracowanie mechaniki walki w kolejnych odsłonach serii, bez projektowania tego zupełnie od nowa

"Strażnicy Galaktyki". Jak tu ich nie kochać?

Fabuła "Strażników Galaktyki" jest naprawdę wciągająca. Doskonale wykorzystano obszerne uniwersum Marvela, pokazując mniej znanych bohaterów i galaktyczną historię. Sprawnie też wpleciono ich w fabułę z MCU, którą ciekawie przybliżono i pogłębiono.

To misternie stworzony z wielu elementów świat. Chętnie spędzałem czas w kompendium wiedzy o bohaterach i miejscach, które odwiedziłem. Uzupełniałem to także fanowskimi wiki Marvela, ponieważ całość - powtórzę się - naprawdę wciąga. Mam więc nadzieję, że powstaną następne części, w których pojawią się kolejni bohaterowie niekoniecznie z pierwszych stron komiksów. 

Największą zaletą gry jest jednak dynamika bohaterów i postaci pobocznych. Nie da się nie uśmiechnąć, gdy na ekranie pojawia się Kosmo, labrador astronauta o potężnym umyśle, który zarządza Knowhere. Jego relacja ze Strażnikami Galaktyki nie jest pobieżna i ma znaczenie dla całej fabuły. Podobnie jak inne postacie, które napotykamy na swojej drodze - pompatyczny Adam Warlock, czy potężna, acz nieco dziecinna i zagadkowa Mantis.

Kwintesencją gry są jednak relacje między Strażnikami Galaktyki. Ich przekomarzanie się i początkowa wzajemna niechęć z czasem rozkwitają w piękną przyjaźń. I jest ona przekonująca. Dialogi między członkami Milano, statkiem Strażników, toczą się nawet, gdy Quill do nich nie podchodzi. Drax w okularach, z nogą założoną na nogę głęboko siedzący na kanapie z książką i deliberujący z Gamorą na temat etyki, to coś, co zapadnie mi na długo w głowie.  

Na oddzielny akapit zasługują tłumacze polskiej wersji. Dialogi są idealnie skrojone, czasem lekko kiczowate, ale czuć, że to było zamierzeniem twórców. Kosmiczne słowotwórstwo czerpało z naszego języka, ale jednocześnie udało się przygotować zgrabne inwektywy, których pada w grze co niemiara. Wszystko to zostało doskonale zagrane i z czysty sercem mogę polecić wybór polskiej wersji językowej. Tłumacze nadążają też za współczesnym językiem, gołym uchem można wyłapać zwroty, które mogłyby trafić do plebiscytu na młodzieżowe słowo roku. Jednocześnie nie są one nadużywane i całość brzmi naturalnie. Pojawia się też wiele odniesień do popkultury, jak Star-Lord krzyczący "No to Srugo", co ewidentnie nawiązuje do sloganu napojów Frugo. Szczerze rozbawił mnie też Drax w dialogu z Rocketem o inspekcji BHP. Kolejna sprawna gra słowna, która opiera się na polskim podwórku, to wypowiedziane przez Rocketa "Kononowicz ma się za motyla".

Strażnicy Galaktyki i strażnicy dobrej zabawy

Bezpretensjonalny humor i świetnie wprowadzenie w kosmiczne uniwersum Marvela sprawiły, że bardzo dobrze bawiłem się ze "Strażnikami Galaktyki". Zwarta i liniowa historia z możliwością wyboru dialogów, to był strzał w dziesiątkę. Te nieznacznie wpływają na przebieg fabuły, ale nie zmieniają zakończenia gry. To jednak w niczym nie przeszkadza. Z czasem widzę tę serię ewoluująca w stronę półotwartego świata, podobnego do tego z serii "Mass Effect". Mimo nieco topornej fizyki gry, która sprawiała, że bohaterowie byli przyciężkawi oraz czasami chaotycznej walki, "Strażnicy Galaktyki" to świetna produkcja. Od "Marvel Spider-Man" gorsza jest tylko w mechanice pojedynków. Historia natomiast opowiedziana jest w równie angażujący sposób oparty na świetnych dialogach. A najlepiej ten postmodernistyczny humor oparty na duchologii i sentymencie podsumowuje idealnie dobrana piosenka na zakończenie, którą koniecznie musicie odkryć sami.

Ocena 8/10.  

Egzemplarz gry na PS4 do recenzji dostarczył jej dystrybutor - Cenega.

Więcej o: