Praca bez stałego wymiaru godzin: kiedy się opłaca? "Polka urodziła w pracy, bo szef zabronił jej opuścić zmianę"

Praca marzeń? Taka, w której nikt nie stoi nam nad głową, nie pogania i nie grozi potrąceniem z premii, jeśli przekroczymy deadline. Wielu z nas pewnie tak odpowiedziałoby na to pytanie. Wielu pracowników w Wielkiej Brytanii (2,5 proc.) może liczyć na takie warunki na co dzień. To osoby zatrudnione na tzw. zero-godzinowe kontrakty (zero-hour contracts), coraz bardziej popularne na Wyspach, a w przyszłości być może w całej Europie.

Na czym polegają takie umowy? Przede wszystkim na zasadzie, że wykonywana praca nie jest ograniczona konkretną liczbą godzin. Dzięki temu rozwiązaniu, wiele firm korzysta z usług zewnętrznych wykonawców w przypadku nagłej konieczności albo projektu, który wymaga pracy „od czasu do czasu”.

Jednocześnie, pracownikowi zatrudnionemu na zero-godzinowym kontrakcie przysługują zazwyczaj wszystkie prawa i przywileje: składki zdrowotne, urlopy, prawo do płacy minimalnej czy delegacji.

Wiele osób chwali sobie taki sposób organizacji pracy. Mogą mieć swobodę, wybierać te zadania, w których czują się najlepiej, a trudniejsze odkładać na później. Jakość wykonywanej przez nich usługi zależy więc tylko od ich talentu i zdolności samoorganizacji. Przykładowo: płodny copyrwiter zatrudniony dla agencji reklamowej może swoje zlecenia wykonać w jeden dzień, a resztę tygodnia poświęcić na odpoczynek.

Pracodawca zatrudniający na zero-godzinowy kontrakt nie ma prawa kontrolować czasu pracy. Nie może wymagać „wysiadywania” minimalnej liczby godzin przed komputerem, nie patrzy spod byka, jeśli przedłuża się przerwa na lunch albo papierosa.

Jest jednak druga strona medalu. Brytyjskie media podają kilka przykładów nadużyć zero-godzinowych kontraktów. Znane są przypadki wykorzystywania pracowników, zmuszania do pracy w weekendy, zostawania w firmie po godzinach. Przykład? Pewna Polka urodziła w miejscu pracy dziecko, bo szef zabronił jej opuszczać zmiany.

Skąd takie sytuacje? Zero-godzinowe kontrakty, właśnie dlatego, że nie mają zapisanej liczby godzin wykonywanej pracy, mogą dawać nieuczciwym pracodawcom okazję do manipulowania pracownikami. Bo nawet jeśli wymiar pracy nie jest zapisany w umowie, szef potrafi tylko własnym autorytetem, albo zwyczajnym terrorem zmusić pracownika do podporządkowania się.

Przykład? Fragment jednej z umów oferowanych przez dużą sieć sklepów w Anglii: "Twoje godziny pracy będzie wyznaczał menedżer. Zależą od tego, czy i kiedy będą potrzebni sprzedawcy".

Oczywiście w poprawnie skonstruowanych umowach zawsze istnieje zapis, że pracownik może odrzucić zlecone zadania. Tylko nieuczciwi pracodawcy wykorzystują kontrakty zero-godzinowe do wykorzystywania taniej siły roboczej.

Elastyczny czas pracy oferują najczęściej biznesowi giganci (47 proc. brytyjskich przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 250 osób), dużo rzadziej małe i średnie firmy.