Wielki przełom nadejdzie pięć lat wcześniej. Chińczyków niedługo będzie już tylko mniej

1,41 miliarda - wszystko wskazuje na to, że to będzie maksymalna liczba Chińczyków na świecie. Ma ona zostać osiągnięta pięć lat wcześniej niż dotychczas zakładano, w 2023 roku. Według najnowszych danych gwałtownie spada liczba rodzących się w Chinach dzieci. To z wielu powodów bardzo ważna informacja. Stereotypowe poglądy na temat Chin trzeba będzie zmienić.

Chińczycy nadal pozostają najliczniejszym narodem świata, jednak już niedługo. Hindusi depczą im po piętach i są na drodze do przejęcia tego miana w najbliższych latach. Podczas gdy populacja Chin osiąga swój szczyt, to w przypadku Indii przypadnie on gdzieś około 2060 roku. Hindusów będzie wówczas około 1,65 miliarda.

O ile tytuł "najliczniejszego narodu świata" jest bardzo chwytliwy i o tym kto go dzierży wie prawie każdy, to znacznie bardziej istotna jest informacja o tym, co jego utrata oznacza dla Chin. A oznacza przyśpieszanie poważnego przeobrażenia tego wielkiego i wielce ważnego państwa.

Zobacz wideo

Dzieci zaskakująco mało

Szybkie zatrzymywanie się wzrostu populacji Chin opisuje nowy raport firmy "Global Demographics", cytowany przez wiele światowych mediów. W tym chińskich.

Według tegoż raportu, podjęta w 2013 roku decyzja o złagodzeniu polityki "jednego dziecka" i ułatwieniu posiadania dwójki dzieci, nie przyniosła spodziewanego efektu. Owszem w ciągu sześciu lat miało to spowodować przyjście na świat dodatkowych 11 milionów dzieci, ale efekt ten okazał się krótkotrwały. W 2018 roku liczba urodzeń względem roku 2017 spadła już o znaczące (jak na demografię) i zaskakujące 11 procent. W ubiegłym roku w Chinach na świat przyszło 15,2 milionów dzieci. Ma to być najniższy wynik od 1961 roku.

Zdaniem autorów raportu oznacza to, że zakładane dotychczas osiągnięcie maksymalnej ludności kraju nie nastąpi w 2028 roku, ale w 2023.

Wszystko to oznacza pewien kluczowy fakt – Chiny coraz szybciej podążają ścieżką starzenia się społeczeństwa z całą masą związanych z tym problemów, z którym sobie musi radzić już większość państw Zachodu. Najpoważniejsza próba spowolnienia tego procesu natomiast zawiodła. 

Za późno i za mało

Chiński rząd starał się to zrobić wspomnianą liberalizacją polityki "jednego dziecka", obowiązującej od 1977 roku. Miała ona sens z punktu widzenia władzy w latach 70., kiedy kraj zmagał się ze skrajną biedą i głodem. Początkowo uznawano ją oficjalnie za wielki sukces. Potem polityka ta zaczęła jednak szybko kierować Chiny na ścieżkę szybkiego starzenia się społeczeństwa.

- Władze przegapiły odpowiedni moment na odejście od niej. Gdyby politykę zliberalizowano dekadę wcześniej, to dzisiaj pewnie mielibyśmy dynamiczny wzrost liczby urodzeń - twierdzi Tony Nash, szef firmy "Complete Intelligence", współuczestniczącej w tworzeniu raportu.

Dzisiaj w Chinach ma już po prostu nie być dość kobiet w wieku reprodukcyjnym (15-49 lat). Do 2033 roku ich liczba ma spaść o 56 milionów. Co więcej te, które by mogły mieć więcej dzieci, w większości ich nie chcą. Przez ostatnią dekadę Chińczycy na tyle się wzbogacili i skupili na karierze, że posiadanie licznego potomstwa przestało być pożądane. Dodatkowo jego utrzymanie i wychowanie staje się coraz droższe, co też zniechęca do posiadania kolejnych dzieci.

Cały ten proces był już od dawna zapowiadany przez demografów i spodziewany przez chińskie władze. Podobny przeszło większość państw obecnie uznawanych za rozwinięte. Jednak tempo w jakim ten proces postępuje, stanowi zaskoczenie. Oznacza to też szybsze pojawienie się całej plejady związanych z nim problemów.

Starość, nie radość

Dopiero co w połowie kwietnia państwowa Chińska Akademia Nauk wydała raport, z którego wynika, że wobec gwałtownie przyśpieszającego procesu starzenia się społeczeństwa już w 2035 roku zabraknie pieniędzy w państwowym funduszu emerytalnym. Dzisiaj ma on rezerwy liczone w setkach miliardów dolarów i ciągle one rosną. Jednak od 2027 mają zacząć się kurczyć w gwałtownym tempie. Później albo państwo będzie musiało dosypywać pieniędzy, albo podwyższać składki albo wiek emerytalny, który dzisiaj wynosi 60 lat.

Z drugiej strony presję będzie wywierał na władze taki fakt, że w Chinach głównym funduszem emerytalnym zawsze były dzieci. Między innymi z tego powodu popularne niegdyś były liczne rodziny. Teraz kiedy dzieci jest znacznie mniej, utrzymywanie przez nie starych rodziców będzie dużym obciążeniem.

Co więcej średnia wieku w Chinach systematycznie rośnie. Dzisiaj jest to już 76 lat, co jest wynikiem porównywalnym z większością państw rozwiniętych. Oznacza to jednak większe nakłady na medycynę i konieczność dłuższego utrzymywania seniorów.

Raport "Global Demographics" zwraca też uwagę na spadek liczby dzieci w Chinach, co będzie miało poważne konsekwencje dla biznesu. Dzisiaj na przykład połowa żłobków to firmy prywatne a sprzedaż różnego rodzaju rzeczy dla dzieci, od zabawek po ubrania, to prężna branża gospodarki.  Do 2028 roku liczba dzieci w wieku poniżej dziewięciu lat spadnie jednak o 17 procent.

Niby plan jest, ale ryzyko też 

Wszystko to oznacza bardzo poważne wyzwania szybko rosnące przed władzami w Pekinie, które były w stanie przez trzy dekady doprowadzić do gwałtownej transformacji kraju. Teraz będą się jednak musiały mierzyć z efektami swojego sukcesu.

Z jednej strony oznacza to konieczność zapewnienia lepszej opieki socjalnej i medycznej, ale z drugiej strony oznacza bardziej zamożne i lepiej wyedukowane społeczeństwo, zdolne wytwarzać bardziej zaawansowane produkty a nie tylko kiepskiej jakości "masówkę". Co więcej, społeczeństwo będzie miało dość pieniędzy, aby te bardziej zaawansowane produkty kupować, napędzając popyt wewnętrzny. W ten sposób Chiny mają przestać być wyłącznie fabryką świata nastawioną na eksport.

Taki przynajmniej jest plan władz w Pekinie. - To wszystko nie dzieje się przypadkiem. Chińskie władze są mądre, niezależne od tego co można o nich myśleć politycznie. Mają tam sporo inteligentnych ludzi. Widzą, że jeśli znaczna część ludności pracuje, bogaci się, żyje lepiej, to społeczeństwo się stabilizuje. I o to chodzi - twierdzi Clint Laurent, dyrektor zarządzająca "Global Demographics" (firma ma siedzibę w Hong Kongu), cytowana przez "South China Morning Post".

Czy rzeczywiście tak będzie, czas pokaże. W latach 80. w mediach roiło się od artykułów wyliczających kiedy to szybko rozwijająca się Japonia prześcignie gospodarczo USA. Potem jednak japoński wzrost się załamał i dzisiaj nie ma już szans na prześciganie Amerykanów. Sytuacja w Chinach nie jest identyczna do tej z Japonii lat 80. Różnic jest wiele. Jednak jest podstawowy mianownik: gwałtowny wzrost niesie z sobą całą plejadę problemów, nad którymi często trudno zapanować.