Oni naprawdę mogą być wkurzeni. Oto dwa wykresy, które pomagają zrozumieć Brexit

Rafał Hirsch
Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będzie złe zarówno dla Unii, jak i dla Brytyjczyków. Ale bunt zwolenników Brexitu można zrozumieć. Niestety buntują się pod złym adresem.

Dwa wykresy

Po pierwsze, Wielka Brytania po wejściu do Unii Europejskiej rośnie gospodarczo wolniej niż przed wejściem. A są w tej Unii już 40 lat, więc jestem w stanie zrozumieć, że mogą się z tego powodu irytować. 

To, że rosną wolniej, widać poniżej. Przed Unią (wykres z lewej) wzrost przekraczał 2 procent, a w Unii (wykres z prawej) sięga tylko okolic 1,5 procent.

Przy okazji: jest tu dodatkowy smaczek, bo na tych samych wykresach widać, że przed Unią Wielka Brytania rosła najwolniej wśród krajów G7, a po akcesji rośnie najszybciej. Ale to tylko dlatego, że inne kraje spowolniły jeszcze bardziej niż Wielka Brytania. Nie zmienia to faktu, że Brytyjczycy kiedyś rozwijali się szybciej, a teraz rozwijają się wolniej.

I po drugie coś bardziej namacalnego dla przeciętnego Brytyjczyka. Otóż płace realne na Wyspach Brytyjskich 10 lat temu przestały rosnąć. Oni mają za sobą dekadę bez podwyżek płac ponad inflację.

Co ważne- wykres pokazuje wartość średnią, czyli można logicznie wnioskować, że zapewne połowie Brytyjczyków te płace spadły. Drugiej połowie zapewne wzrosły i teraz w sondażach też mamy podział pół na pół.

Zawyżone oczekiwania

To nie jest tak, że oni są kompletnymi tumanami, albo wstali z łóżka złą nogą. Oni mają poważne powody, żeby być niezadowolonymi z tego, jak wygląda ekonomiczny aspekt ich życia. Tym bardziej, że w gospodarce zawsze kluczowe są oczekiwania, a akurat oczekiwania Brytyjczycy zapewne mieli i mają wysokie. Stąd i poziom rozczarowania spory. Proszę zauważyć w tym kontekście, że największe poparcie Brexit ma wśród najstarszych Brytyjczyków. To są ich zawiedzione nadzieje i ich zawyżone oczekiwania. 

ZOBACZ TEŻ: Nawet jeżeli wygrają przeciwnicy Brexitu, główny problem nie zostanie rozwiązany

Pech w tym, że mizeria gospodarcza Wielkiej Brytanii nie wynika z tego, że należy ona do Unii Europejskiej. Generalnie cały rozwinięty świat rośnie dziś wolniej niż w latach sześćdziesiątych, kiedy to Wielka Brytania była jeszcze poza Unią. Podobnie płace realne w ostatnim dziesięcioleciu zatrzymały się w wielu miejscach na świecie.

Ale to nie jest efekt żadnej dyrektywy, czy decyzji urzędników z Brukseli. To jest akurat efekt polityki zaciskania pasa w środku kryzysu, czyli tego, co wiele państw unijnych sobie zaaplikowało po bankructwie Lehman Brothers w 2008.

Osobną sprawą jest to, czy to jest polityka mądra, czy niemądra, ale bezsprzeczne jest to, że jak się zaczyna zaciskać pasa na poziomie prywatnych firm i państwowego budżetu jednocześnie, to płace przestają rosnąć, bo generalnie koniunktura gospodarcza wtedy nieco siada.

Tylko że w normalnych warunkach powinno to trwać krócej niż 10 lat, ale najwyraźniej popełniono tutaj błędy. Ale popełniono je w Londynie, a nie w Brukseli. Oni sami sobie to zrobili, żadna dyrektywa ich do tego nie zmuszała.

Zły adresat pretensji

Oczywiście łatwiej jest sobie wytłumaczyć, że płace nie rosną przez tańszych imigrantów, którzy mogą pracować za mniej. Tylko, że imigranci pracują głównie w tych sektorach, gdzie i tak już wcześniej zarabiało się mało, więc siłą rzeczy mają oni znikomy wpływ na poziom płac w całej, ogromnej brytyjskiej gospodarce. To, że brytyjskiej klasie średniej przestało się poprawiać, nie jest winą ludzi pracujących w okienku w McDonald’s.

Brytyjczycy mają powody do tego, żeby wyrażać swój bunt, ale powinni buntować się przeciwko faktycznym przyczynom ich ekonomicznej frustracji. Niestety nie sposób buntować się przeciwko globalnej demografii, która sprawia, że cały świat rozwija się coraz wolniej, przeciwko Chinom, które nie potrafią się zreformować, przez co wpędzają w niepokój resztę biznesowego świata.

Można ewentualnie buntować się przeciwko własnemu rządowi, który prowadzi nienajlepszą politykę. Ale akurat ten rząd dał Brytyjczykom pretekst i okazję, aby swoją gorycz wylali na Unię Europejską, która akurat w przypadku zupełnie średnio zintegrowanych z Europą Brytyjczyków, jest najmniej winna.

Paradoks Brexitu

Co do Unii, to jej wina polega głównie na tym, że nie wiadomo, co z nią będzie za 10 lat. Ta niepewność nie pozwala firmom na rozwijanie skrzydeł, wstrzymuje przed odważniejszymi inwestycjami. Nikt nie zainwestuje dużych pieniędzy, jeśli potencjalny rozpad Unii za kilka lat zniszczy perspektywę osiągania zysków. A brak inwestycji to wolniejszy rozwój gospodarczy. 

I tu mamy paradoks, bo po ewentualnym Brexicie jeszcze bardziej nie będzie wiadomo, czy Unia za 10 lat będzie istnieć. Problem gospodarczy zrobi się większy, a nie mniejszy. Czyli ci, którzy za pomocą Brexitu chcą poprawić swoją sytuację, tak naprawdę powinni zacząć buntować się przeciwko samym sobie, bo sami są częścią problemu, który ich dotyka. 

Ale łatwiej potraktować Unię Europejską jak wygodnego chłopca do bicia, dzięki któremu wszystko jest łatwo wytłumaczyć. Bardzo dużo ludzi lubi sobie wszystko ułatwiać i uważa, że ma do tego prawo. Dlatego idąc na łatwiznę, chcą głosować za Brexitem. Ze styku ekonomii z polityką czasami wychodzą naprawdę dziwne rzeczy.