Czechy zostały nową Szwajcarią. Zaskakująco ujemne stopy procentowe i super mocna waluta

Rafał Hirsch
Na czeskim rynku finansowym dzieją się coraz bardziej dziwne rzeczy. W ciągu ostatnich dwóch tygodni ich rynkowe stopy procentowe zapadły się głęboko poniżej zera. To konsekwencja jednej wypowiedzi szefa ich banku centralnego. To pokazuje też jakie problemy może mieć mała gospodarka nastawiona na eksport.

W ostatnich dniach czeski rynek obligacji przeżywa trzęsienie ziemi. Tak wygląda wykres rentowności ich obligacji dwuletnich. Nagle zapadała się ona głęboko, aż do poziomu -0,8 procent

Czekanie na swobodną koronę

To efekt spekulacji rynkowej, którą wywołał kilka dni temu szef czeskiego banku centralnego Jiri Rusnok. Pozwolił on sobie na uwagę (w trybie przypuszczającym) o tym, że jeśli czeska gospodarka w najbliższych miesiącach będzie radzić sobie coraz lepiej, to być może bank uwolni kurs korony kilka miesięcy wcześniej niż zapowiadał, czyli może już na początku 2017 roku. To, że był to zaledwie tryb przypuszczający zostało na rynku zignorowane.

Pojawiło się oczekiwanie, że korona już za kilka miesięcy znacząco się umocni. Aby na tym zarobić kapitał popłynął w stronę ich obligacji – w efekcie ich cena poszła mocno w górę, a rentowność mocno w dół (bo zawsze rentowność, czyli relacja stałych odsetek od obligacji do ich ceny spada, kiedy cena idzie w górę). Popyt na obligacje wzrósł też z innego powodu – obawy, że umocnienie korony zaszkodzi czeskiej gospodarce. Wiadomo, że w czasach trudniejszych kapitał zamiast ryzykować woli chować się w miejsca bezpieczne, na przykład rządowe obligacje.

Nagle więc Czesi znaleźli się po pas w tym samym bagnie ujemnych stóp procentowych, w którym od lat grzęźnie strefa euro, chociaż sami w tej strefie się nie znajdują. Ale bliskość tej strefy jest tu kluczowa.

Swoją drogą czeska gospodarka, która jest zupełnie niepodobna do polskiej bardzo przypomina tę szwajcarską.

Czechy jak Szwajcaria

Czechy, tak samo jak Szwajcaria to gospodarka bardzo mocno zintegrowana ze strefą euro, bo jej kluczową częścią jest eksport do euro. Zupełnie inaczej niż Polska są więc oni postrzegani jako prawie, że część euro, tyle że z własną waluta i bankiem centralnym.

 Kapitał, który chce zarobić na odsetkach nieco więcej niż w Niemczech, ale nie chce przy tym zanadto ryzykować może popłynąć do Szwajcarii (umacniając franka), ale może też popłynąć do Czech (umacniając koronę). Ale i Szwajcaria i Czechy nie chcą umocnienia swoich walut, bo to szkodzi eksportowi, a eksport i tu i tu jest kluczowy. To dlatego Szwajcarzy przez kilka lat bronili swojej waluty przed umocnieniem (poddali się pamiętnego dla nas 15 stycznia 2015). Czesi też bronią korony. Od 2013 roku jej kurs do euro jest stały – to okolice 27 koron za euro.

Kurs czeskiej korony do euroKurs czeskiej korony do euro źródło: investing.com

No i teraz szef ich banku centralnego puszcza oko i mówi, że może za kilka miesięcy przestaną pilnować kursu swojej korony. Wszyscy pamiętają, jak bardzo podrożał frank, kiedy przestali go pilnować Szwajcarzy. Wszyscy więc zakładają, że z koroną będzie to samo.

Uzależnieni od Europejskiego Banku Centralnego

Teraz ten sam Jiri Rusnok uspokaja i precyzuje, że nadal obowiązuje oficjalna wersja, że korona jest pod parasolem banku centralnego co najmniej do połowy 2017.

Wcześniej zresztą ekonomiści i analitycy zajmujący się czeską gospodarką wskazywali, że aby Czesi mogli powrócić do normalnego kursu walutowego, najpierw Europejski Bank Centralny będzie musiał się wycofać z polityki ujemnych stóp i skupu obligacji. Bo wcześniej każdy ruch Czechów w stronę uwolnienia korony będzie wywoływał ogromny napływ kapitału, spadek ich stóp, umocnienie waluty i w efekcie problemy dla eksportu i całej gospodarki.

Czesi nominalnie mają więc swoją własną walutę i swoją własną niezależną politykę monetarną, ale w praktyce wygląda to tak, jakby byli uzależnieni od tego, jak decyzje zapadają w ECB we Frankfurcie.

Co gorsze związane są z tym koszty finansowe. Bank centralny aby utrzymywać koronę na wyznaczonym poziomie w stosunku do euro musi bronić jej przed atakami spekulantów. Analitycy oddziału ING w Pradze, na których powołuje się Bloomberg, szacują, że tylko w sierpniu na obronę korony Czesi musieli wydać 1,1 mld euro. Mówiąc dokładniej tyle euro musieli kupić na rynku sprzedając koronę. Na szczęście są bankiem centralnym, więc te korony mogli sobie w tym celu sami wydrukować.

I co z tego wszystkie wynika?

Wnioski z tego dla nas są trzy.

Po pierwsze całe szczęście, że nie ma u nas kredytów hipotecznych denominowanych w koronie czeskiej. Za kilka, czy kilkanaście miesięcy byłby z nimi problem taki sam jak z frankowymi.

Po drugie jest możliwe, że w przyszłym roku wakacje w Czechach będą wyraźnie droższe niż w tym roku.

Po trzecie nie warto uzależniać swojej gospodarki w zbyt dużym stopniu od strefy euro, albo od jakiejkolwiek innej gospodarki.