Każdy orze jak może, tylko kobieta nie orze, bo nie może. Dlaczego w rolnictwie są najgrubsze szklane sufity?

Bartosz SendrowiczNawet ćwierć miliarda osób można wyciągnąć z zagrożenia głodem likwidując "gender gap" w rolnictwie. Kobiety w tym niezwykle ważnym sektorze odgrywają kapitalną rolę, a jednocześnie napotykają chyba na najgrubsze szklane sufity.Od lat trwa słuszna dyskusja o wzmacnianiu roli kobiet w biznesie. Co więcej, biznes przeszedł nawet od słów do czynów. Może niespecjalnie stanowczo, może nie tak szybko jakbyśmy chcieli, ale jednak.Kobiet w zarządach firm, na stanowiskach menedżerskich i strategicznych - przybywa. A ich mądrość, przebojowość, czy pomysłowość nierzadko są siłą napędową organizacji. W biznesie, szkło z niegdysiejszych sufitów leży już dawno na podłodze.

Trawa, twardsza niż szkło

W rolnictwie jednak szklane sufity są na swoim miejscu. Ba, doczekały się nawet ironicznej, ale niezwykle trafnej nazwy. W języku angielskim ograniczenia rozwojowe kobiet w tej branży określa się mianem - „grass ceiling”.

W 2017 r. ukazała się nawet książka „Breaking the Grass Ceiling”, będąca zbiorem biograficznych opowieści 21 kobiet, które zajęły się uprawą legalnej marihuany. Trudności, które przedsiębiorcze farmerki musiały przezwyciężyć po drodze są wspólne dla całej branży. Dlatego termin „grass ceiling” dobrze pasuje do tego sektora. Podchwycił go nawet Bank Światowy i posługuje się nim ilustrując dysproporcje w agrobiznesie. A te bywają zatrważające.

Na liczbach zebranych przez ONZ sprawa wygląda następująco: z powodu głodu cierpi ponad 850 mln ludzi, gdyby kobiety odgrywały większą rolę na - nomen omen - roli na świecie mogłoby być o 20-30 proc. mniej głodujących. To nawet ćwierć miliarda osób.

- Myślę, że kobiety w agrobiznesie mają społecznie jeszcze ważniejsze zadanie, niż w „zwykłym” biznesie - przyznaje Dr Anna Kieszkowska-Grudny, badaczka zajmująca się rolą i pozycją kobiet w biznesie, wykładowczyni Akademii Leona Koźmińskiego. - W dużych firmach, korporacjach wiele antykobiecych stereotypów już „padło”. Trudno na przykład być zaskoczonym, że kobieta sprawdza się świetnie w funkcji menedżerki. W rolnictwie rozmaite stereotypy trzymają się jednak mocno, nawet w Polsce - dodaje.

I trudno się z tym nie zgodzić. Choć patrząc na liczby trzeba podkreślić, że polska wieś jest kobietą. Przynajmniej w jednej trzeciej.

Rolniczka na swoim

Według danych zbieranych przez Eurostat, około 30 proc. rodzimych gospodarstw należy do kobiet albo kobiety nimi zarządzają. To dobry wynik na tle pozostałych krajów UE. Lepiej jest w Rumunii, Austrii, na Litwie i Łotwie, oraz w Estonii.

Jeśli chodzi o kobiety pracujące na roli, to jest jeszcze bardziej „równościowo”. Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w sektorze rolnym pracuje w naszym kraju co 11. aktywna zawodowo osoba - niespełna 1,5 mln ludzi. Kobiet w tym gronie jest 587 tys., nieco więcej niż 39 proc. ogółu.

Większość z nich - 337 tys. - pracuje „na własny rachunek”. Według klasyfikacji GUS chodzi o osoby prowadzące działalność gospodarczą, ale nikogo nie zatrudniające. Oznacza to, że kobiety w tej grupie wykonują w gospodarstwie ciężką, fizyczną pracę, nie mając przy tym gwarancji etatowych. Etat ma ledwie 37 tys. farmerek.

Swoje gospodarstwo natomiast tylko 9 tys. kobiet.

Dla porównania: pracą na roli zajmuje się 870 tys. mężczyzn, etat ma 139 tys., 678 tys. pracuje „na własny rachunek”, a gospodarstwo posiada 38 tysięcy.

Panowie są więc właścicielami agrobiznesu ponad czterokrotnie częściej niż panie. Dlaczego? - Choćby dlatego, że na wsi pokutuje ciągle tradycyjny model rodziny, w którym na przykład majątek dziedziczą synowie. W ten sposób gospodarstwa zostają w męskich rękach - wyjaśnia dr Kieszkowska-Grudny.

#KobietynaRoli

Co ciekawe, wymieniony przez dr Kieszkowską-Grudny powód, nie jest rdzennie polski. W rozmaitych opracowaniach dotyczących „gender gap”, utrudniony dostęp do ziemi jest jednym z głównych czynników odsuwających kobiety od sektora. Dotyczy to wielu państw Afryki, Azji, Indochin, czy Ameryki Południowej.

Pod niemal każdą szerokością geograficzną kobiety twierdzą, że nie dziedziczą ziemi, rzadziej dostają kredyty, bądź rzadziej dysponują kapitałem na jej zakup. Inne ograniczenia? Utrudniony dostęp do edukacji, szkoleń i najnowszej technologii, a także „tradycyjne” postrzeganie roli kobiety w strukturze gospodarstwa. Czyli jako partnerki rolnika, raczej pomocnicy, a nie właścicielki.

Na te ograniczenia, w najnowszej kampanii społecznej - #KobietyNaRoli, zwraca uwagę firma PepsiCo. - Jako jeden z głównych producentów żywności na świecie dostrzegamy problem nierównego traktowania kobiet w rolnictwie. Mamy nadzieję, że nasza akcja będzie początkiem dyskusji o rozwiązaniu go - mówi Julian Krzyżanowski z PepsiCo Polska.

Firma przybliża historie pięciu farmerek, z różnych stron świata - z Egiptu, Indii, Gwatemali, Stanów Zjednoczonych i oczywiście z Polski ( wszystkie historie do obejrzenia tutaj: https://closingthecropgap.com/voting/) . Choć rolniczki dzielą nieraz tysiące kilometrów, łączą te same problemy, z którymi musiały się mierzyć. Polskę „reprezentuje” w kampanii Bożena Sierańska, która od 25 lat prowadzi gospodarstwo rolne w mazowieckiej wsi Żukówka. Od ćwierć wieku jest też jednym z kluczowych dostawców ziemniaków dla PepsiCo.

- Przybliżając historię Pani Bożeny, zaprzyjaźnionej z nami rolniczki, nie chcemy tylko narzekać na ograniczenia i wyzwania stojące przed polską wsią. Przede wszystkim,  chcemy podnosić świadomość społeczną oraz zachęcać inne kobiety do wyboru takiej ścieżki zawodowej - wyjaśnia Krzyżanowski.

Przekonuje, że historia Pani Bożeny i jej męża jest także znakomitą ilustracją zmian w polskim rolnictwie. - To z jednej strony opowieść o ogromnym wzroście areału, inwestycjach, ale także historia wspólnego zarządzania i podejmowania strategicznych decyzji, które w konsekwencji zapewniły sukces i satysfakcję.

 

Szkoły nie dla rolniczek

Jednym z celów realizowanej przez PepsiCo kampanii jest pokazanie rolnictwa, jako przestrzeni szans zawodowych. Cel ambitny, bo choćby równy dostęp do edukacji jest tak samo dużym wyzwaniem, jak równy dostęp do ziemi.

Znakomita większość osób pracujących w rolnictwie ma wykształcenie zasadnicze zawodowe. W szkołach branżowych tymczasem zdecydowanie częściej kształci się „po męsku”. Nauczane zwody to np.: rolnik, operator maszyn, monter, ogrodnik, murarz, czy dekarz. Już sama nazwa sugeruje, dla kogo to praca. Kobiece koncówki mają np. krawcowa, czy fryzjerka. Rolniczki, operatorki, czy monterki - brak.

- Nazewnictwo to nie jest błahostka. Już na etapie wyboru zawodu młode dziewczęta mogą odrzucać cześć oferty edukacyjnej. To  ogranicza szansę już na starcie - mówi dr Kieszkowska-Grudny.

Jeśli kobiety już przebiją się w męskich zawodach, to radzą sobie bardzo dobrze. Przed kilkoma laty zbadała to organizacja pozarządowa ”Koalicja Karat”. W trzech wybitnie męskich zawodach kobiety zarabiają więcej niż panowie. Jest tak w przypadku kierowców (autobusów i ciężarówek), operatorów specjalistycznych pojazdów, a także kucharzy. Największe różnice są wśród kierowców - sięgają 700 zł brutto miesięcznie.

Czy kiedyś dołączy do tej grupy rolnictwo? - Wieś jest nadal niedoinwestowana infrastrukturalnie. Brakuje szkół, a przede wszystkim żłobków i przedszkoli - wymienia dr Kieszkowska-Grudny. Przez to - dodaje ekspertka - łączenie ról matki, gospodyni i rozwój jako agrobizneswoman jest niemal niemożliwe.

„Szklany klif” na wsi

Być może rola kobiet w agrobiznesie wzrośnie, bo…zwyczajnie zabraknie rąk do pracy. Kobiety są mniej aktywne zawodowo niż mężczyźni, ale mają znacznie większy tzw. potencjał zatrudnialności niż panowie.

Panie, jeśli przebywają poza rynkiem pracy, to dlatego, że wychowują dzieci lub prowadzą dom. Panowie - częściej ze względu na nałogi, choroby lub pracę w szarej strefie. Być może więc rolnictwo będzie dla kobiet klasycznym przykładem „szklanego klifu”. Zjawisko to polega na awansowaniu kobiety na stanowisko decyzyjne, w absolutnie beznadziejnej sytuacji, np. radykalnego braku zasobów.

- Popularne hasło „Kobiety na traktory” to klasyka „szklanego klifu”. W latach 50 brakowało siły roboczej w rolnictwie, bo mężczyźni zginęli na wojnie lub wrócili z niej okaleczeni. Sytuacja była bardzo trudna, więc sięgnięto po kobiety - przypomina dr Kieszkowska-Grudny. Dziś niewykorzystany potencjał zawodowy kobiet szacuje się na 1 proc. PKB rocznie. Opłaca się postawić na kobiety!