Andrzej Malinowski: Zakaz handlu w niedzielę, to jak wykarczowanie 1/7 sadów. Odbije się na zbiorach

Piotr Skwirowski
- Czy kompromis polegający na zakazaniu handlu nie w każdą, lecz w co drugą niedzielę ma sens? A branie co drugi dzień pigułki antykoncepcyjnej ma sens? - załamuje ręce Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP

Piotr Skwirowski: Czy zakaz handlu w niedzielę jest potrzebny?

Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców Rzeczypospolitej: Nie. To jest za przeproszeniem wpychanie się ustawodawcy między wódkę, a zakąskę. Mamy dziś rynek pracownika, który ma silną pozycję negocjacyjną. Niech się z przedsiębiorcą dogada. Część personelu wybierze wolne, część z chęcią popracuje w niedzielę za dodatkowe pieniądze. Wszyscy będą zadowoleni.

Pomysł zakazu handlu w niedzielę jest równie sensowny jak regulowanie przepisami przebiegu pierwszej randki. Zabrać dziewczynę na ciastko – tak, ale już na obiad – nie. A jak dziewczyna lubi konkret i ma ochotę na kawał pieczeni, to chłopak nie może jej zaprosić do knajpy ze stekami? Bzdura.

Ale, może takie dogadywanie się z pracodawcą nie zawsze jest możliwe, nie każdy będzie się chciał dogadać z pracownikiem? Może ten wolny dzień trzeba jednak narzucić ustawowo?

- Powtarzam, zakaz handlu w niedzielę jest całkowicie niepotrzebny. Co jest wyjątkowego właśnie w tym sektorze gospodarki? Co sprawia, że należy go zamykać w ten dzień tygodnia, podczas gdy branże gastronomiczna, hotelarska, kulturalna, rozrywkowa pracują na pełnych obrotach? To, w jaki sposób będziemy spędzać niedzielę jest naszym wyborem. Nie jest rolą państwa decydowanie o tym za nas. Jeśli ktoś nie chce pracować w niedzielę, również ma możliwość wyboru.

Nie chodzi tu o wybór konkretnego zawodu wraz z jego specyfiką organizacji pracy. Dziś praca szuka człowieka, nie człowiek pracy – zwłaszcza w handlu detalicznym. Ktoś, kto nie chce pracować w niedzielę, może po prostu uzgodnić ze swoim pracodawcą, że nie będzie pracował w ten dzień tygodnia. Albo bez problemu znaleźć pracę gdzie indziej. Nie trzeba jednak zamykać sklepów, bo przecież nie dla każdego pracownika praca w niedziele jest problemem.

Narzucanie wszystkim jednego modelu funkcjonowania i kierowania ich życiem nie ma sensu. Ponadto, jak wynika z badań, ok. 35 proc. pracowników handlu jest w trakcie nauki lub się dokształca. Na przykład dla studentów studiów dziennych praca w weekendy jest właściwie jedyną szansą na dorabianie. Mamy im tego zabronić?

Dziś wygląda na to, że zakaz w jakiejś formie - możliwe, że co drugą niedzielę - jednak będzie.  Jakie skutki gospodarcze wywoła?

- Równie dobrze można się zastanawiać jak wykarczowanie 1/7 sadów odbije się na zbiorach jabłek. Jasne, że skutki będą negatywne. Pracownicy nie zarobią, pracodawcy będą mieć niższy dochód, a ileś osób przesiedzi niedzielę o suchym chlebie, bo w sobotę zabrakło czasu na zakupy.

Konsekwencje będą znaczące. Przecież właśnie ze względu na negatywne skutki gospodarcze, 11 lat temu, ówczesny rząd Prawa i Sprawiedliwości odrzucił propozycję zakazu handlu w niedzielę. Według ówczesnego stanowiska rządu taki zakaz zmniejszyłby roczne wpływy sektora finansów publicznych o 0,7-0,8 mld zł oraz zwiększył wydatki na zasiłki dla bezrobotnych o ok. 0,5 mld zł. Teraz nasza gospodarka jest znacznie większa, co oznacza, że skutki byłyby jeszcze poważniejsze.

W dodatku projekt ustawy zakazującej handlu w niedziele przewiduje zamknięcie centrów magazynowych do godziny 6 rano w poniedziałek. To oznacza wyłączenie systemu logistycznego całego kraju. Transport przesyłek i towaru zostanie zakłócony. Opóźnienia dotknęłyby na przykład dostawy leków dla szpitali.

Czy to wszystko oznacza ograniczenie sprzedaży?

- Sprzedaż w sklepach nie powinna znacząco zmaleć. Ludzie przyjdą po prostu w inne dni tygodnia. Zupełnie inaczej rzecz ma się w przypadku placówek usługowych i gastronomicznych, które działają w centrach handlowych. One całkowicie stracą rację bytu, gdyż zdecydowaną większość obrotów generują w czasie weekendu. Z powodu zmiany prawa miliony złotych przeznaczone przez polskich przedsiębiorców na inwestycje poszłyby w błoto.

Można oszacować ile osób straci pracę? A może nie stracą, bo większa obsada będzie potrzebna w zwykłe dni tygodnia?

- Pierwsi ucierpią właśnie pracownicy. To oni odczują w pierwszej kolejności, że pracy jest mniej. Mniej zarobią, a część po prostu zostanie zwolniona. Ze strony związkowców gardłujących za zakazem jest to więc wypisz wymaluj „niedźwiedzia przysługa”.

Jest oczywiste, że zatrudnienie spadnie. Krótszy czas otwarcia sklepów oznacza mniejsze zapotrzebowanie na pracowników. W latach 80. ubiegłego wieku kolejne kanadyjskie prowincje znosiły zakaz handlu w niedziele. Badania pokazały, że powodowało to zwiększenie zatrudnienia – w zależności od regionu – o od 5 do 12 proc. To potwierdza, intuicyjnie rozumianą przez większość ludzi zależność pomiędzy długością pracy placówek handlowych, a popytem na pracę.

Wielu bagatelizuje wpływ zakazu handlu w niedziele na sytuację na rynku pracy mówiąc, że sklepy i tak cierpią na niedobór pracowników. Pamiętajmy jednak, że dobra koniunktura nigdy nie utrzymuje się wiecznie i kiedyś tych zlikwidowanych miejsc pracy będzie nam bardzo brakować.

Sklepy będą padać?

- Większość sklepów jakoś sobie z tym poradzi. Gorzej, jak już mówiłem, będziez lokalami gastronomicznymi czy usługowymi zlokalizowanymi w centrach handlowych. O ile zakupy będziemy robić tak czy inaczej, odwrotnie jest z jedzeniem poza domem lub korzystaniem z oferty kulturalnej bądź rozrywkowej. Popyt ulegnie zarówno zmniejszeniu jak i przeniesieniu w inne miejsca. To oznacza, że zmarnowana zostanie znaczna część kapitału ulokowanego w centrach handlowych.

Czy zakaz handlu w niedziele może mieć jakieś negatywne skutki dla całej polskiej gospodarki? Mówiło się o nich na przykład w kontekście wprowadzania dodatkowego dnia wolnego od pracy, 6 stycznia.

- Zdecydowanie tak. Kiedy 9 lat temu świat pogrążył się w kryzysie finansowym, Polska nie doświadczyła jego najpoważniejszych skutków. Także dzięki temu, że Niemcy, Rosjanie czy Litwini zaczęli masowo przyjeżdżać do nas w weekendy, aby taniej zrobić zakupy. Zakaz zmniejszy także popyt konsumpcyjny w sektorze usług, który jest największą gałęzią naszej gospodarki.

Będzie to również kolejna ingerencja w prawo zmieniająca reguły gry na rynku. Wywróci do góry nogami rachunek opłacalności inwestycji w nieruchomości komercyjne. Po czymś takim zarówno zagraniczny, jak i rodzimy inwestor zastanowi się dwa razy, czy warto pakować się w biznes w tak nieprzewidywalnym kraju.

Czy kompromis, który polega na tym, że zakaz będzie obejmował co drugą niedzielę, ma sens?

- A branie co drugi dzień pigułki antykoncepcyjnej ma sens? Albo wybieranie się w podróż autem, które skręca tylko w prawo? Kompromisy są złe, ale ten jest wyjątkowo bezsensowny.

Zamykanie sklepów w co drugą niedzielę wprowadzi chaos komplikując i dezorganizując handel. Takie ograniczenie nie będzie też jasne dla klientów. „A to ta niedziela z handlem czy bez handlu?” – będą się zastanawiać w sobotę wieczorem. Nie wspomnę o przyjezdnych z zagranicy.

Wszelkie kompromisy polegające na wprowadzaniu odgórnych ograniczeń i zakazów mijają się z celem.

Często mówi się, że takie rozwiązanie miałoby być formą pilotażu dla całkowitego zakazu handlu w niedzielę. Tyle że zakaz handlu w niedzielę jest genetycznie pozbawiony sensu! Bez względu na to, czy miałby wejść w życie natychmiast, czy zostać podzielony na etapy.

Zakaz pracy w niedzielę to tylko jedna z restrykcji, które mają dotknąć handel. Obok tego mamy też na przykład ciągle wiszącą nad dużymi sklepami groźbę wprowadzenia podatku handlowego. Jest też projekt całkiem nowego podatku od wartości galerii i centrów handlowych oraz biurowców. Czy można mówić w tej sytuacji o dobrym klimacie dla handlu w Polsce?

- Atmosfera nie jest szczególnie dobra. Jak na rodzinnej Wigilii, na którą przyjeżdżają pokłóceni o pieniądze krewni. Trzeba jak najprędzej wyprostować tę sytuację – przedsiębiorcy i państwo są jak rodzina. Musimy żyć w zgodzie i sobie nawzajem pomagać, a nie podgryzać.--

Zły klimat już teraz blokuje inwestycje i plany rozwojowe firm. Mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją: popyt konsumpcyjny jest silny i dynamicznie rośnie. Jednak przedsiębiorstwa w niewielkim stopniu dostosowują się do tego, by go zaspokoić. Duże inwestycje nie są uruchamiane. Nie sprzyja bowiem temu niepewna sytuacja związana z możliwymi zmianami prawnymi. Z powodu tego klimatu nie wykorzystujemy na sto procent najlepszego okresu dla naszej gospodarki. Najwyższa pora na zmianę tego stanu rzeczy. Szkodliwe projekty trzeba pogrzebać i przywalić ciężkim kamieniem. Musi zostać odbudowane wzajemne zaufanie, a państwo być przewidywalne w swoich działaniach.

Jak rozumiem, restrykcje nakładane na handel można uznać za podcinanie gałęzi, na której siedzimy? Wszak wzrost gospodarczy w dużej mierze oparty jest dziś na konsumpcji.

- Oczywiście, wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę byłoby strzałem w stopę. Przekonali się już o tym Węgrzy, którzy po wprowadzeniu takich przepisów bardzo szybko zaczęli się z nich wycofywać rakiem. Otrzeźwiły ich negatywne skutki ekonomiczne oraz fatalny odbiór społeczny zakazu.

A może sytuacja gospodarki jest na tyle dobra, że rząd może sobie pozwolić na spełnienie zobowiązania wobec związku zawodowego Solidarność i wprowadzić obiecany mu zakaz handlu w niedzielę? Może gospodarka poradzi sobie jednak z jego skutkami?

- Sytuacja gospodarcza jest dobra. Decydujące będzie, jak ją wykorzystamy. Mam na myśli to, że w nadchodzącym budżecie mamy rekordowy transfer socjalny. Zgoda, może trzeba było zasypać głęboki rów wykopany w społeczeństwie przez dekady. Zasypujmy więc i kierujemy wszystkie siły na inwestycje! One przyniosą nam stabilność, gdy przyjdzie spowolnienie gospodarki. Nie możemy przejeść chwilowego wzrostu.

Hiszpania i Portugalia w okresie wielkich odkryć i podboju Ameryk zgarnęły góry złota. I przejadły zupełnie! Wygrały państwa takie jak Anglia, które zainwestowały w produkcję dóbr, kupowanych następnie przez Hiszpanów za to złoto. To jest strategia budowania państwa o silnych fundamentach – inwestycje w nowoczesność, nie przejadanie wygranej w totolotka.

Obecnej, bardzo korzystnej sytuacji gospodarczej w Polsce, sprzyja koniunktura światowa oraz mocny popyt wewnętrzny. Bezrobocie jest rekordowo niskie, a fundusz wynagrodzeń w całej gospodarce rośnie najszybciej od lat. Nie nastąpiło jednak zakładane odbicie w inwestycjach. Obawy budzi także struktura wzrostu gospodarczego. Wynik za II kwartał bieżącego roku był bardzo dobry, ale gdy zajrzymy naszej gospodarce pod maskę, okazuje się, że tak solidny wzrost PKB, na poziomie 3,9 proc. rok do roku, zawdzięczamy w dużej mierze przyrostowi zapasów. A to nie jest stabilny czynnik wzrostu.

To groźne? Mamy się niepokoić o przyszłość?


- Choć aktualna sytuacja polskiej gospodarki jest bardzo dobra, to stoimy przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Musimy wreszcie uruchomić inwestycyjny motor wzrostu, gdyż na samej konsumpcji daleko nie zajedziemy. Trzeba przywrócić równowagę finansów publicznych, które mimo pierwszych efektów uszczelniania systemu podatkowego wciąż balansują na granicy bezpieczeństwa.

W USA podnoszone są stopy procentowe i wkrótce może okazać się, że stopa funduszy federalnych amerykańskiego banku centralnego będzie wyższa niż stopa referencyjna NBP. To rodzi ryzyko odpływu kapitału z naszego rynku na rynki rozwinięte. A za tym idzie spadek wartości złotego, osłabienie giełdy i wzrost rentowności obligacji skarbowych. Zaostrzanie kursu polityki pieniężnej przez główne banki centralne to na ogół zwiastun końca fazy ożywienia w cyklu koniunkturalnym. Na to nakładają się długofalowe problemy polskiej gospodarki – starzenie się społeczeństwa oraz zbyt niska innowacyjność.

To niezbyt różowe perspektywy.

- To zagrożenia. Nie znaczą one jednak, że przyszłość nie kryje przed nami nowych szans. Polskie firmy udowadniają to na każdym kroku. Mimo rozmaitych przeciwności, niechętnych biurokratów i fatalnego prawa - rozwijają się. Zdobywają kolejne przyczółki na zagranicznych rynkach. Jak tu nie podziwiać polskich przedsiębiorców? Dla mnie to mistrzowie świata.