Co będą o nas wiedzieć za 1000 lat? Dostaną zera i jedynki. Jak era cyfrowej informacji może pozbawić przyszłość przeszłości

Być może nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale przyszłe pokolenia mogą mieć ogromny problem z uzyskaniem jakichkolwiek informacji o czasach, w których obecnie żyjemy. Jak to możliwe? Za bardzo polegamy na elektronicznym zapisie danych. Czy staniemy się przez to kolejną zaginioną starożytną cywilizacją?

Na pierwszy rzut oka powyższa hipoteza może się wydawać absurdalna. Żyjemy w końcu w erze informacji, gdzie każde wydarzenie z naszego życia jest dokumentowane na wiele różnych sposobów. Tekst, dźwięk, obraz nieruchomy i ruchomy - tak szerokich możliwości utrwalania naszej historii nie było przecież w dotychczasowych dziejach ludzkości. Może się wydawać, że zostawimy po sobie bezprecedensową dawkę informacji o sobie. Z jednym zastrzeżeniem - gromadzimy je głównie w formie cyfrowej.

Uzależnieni od zer i jedynek

I tu pojawia się problem. Żywotność dotychczas stosowanych nośników danych pozostawia wiele do życzenia. Zarówno nośniki magnetyczne (kasety, dyskietki, twarde dyski), jak i optyczne (płyty CD, DVD, Blu-ray) nie wytrzymają próby czasu tak dobrze jak pergamin, którego najstarsze zachowane fragmenty pochodzą z III wieku p.n.e. Pozornym ratunkiem może się okazać przechowywanie danych w chmurze, ale warto pamiętać, że w tym wypadku mamy również do czynienia z centrami danych bazującymi na nietrwałych nośnikach.

Oczywiście od pewnego czasu prowadzone są badania nad nowymi typami nośników danych, które pozwolą zachować zapisane na nich dane trwale i bezpiecznie.

 

Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie są dyski 5D - niewielkie krążki wykonane z nanostrukturalnego szkła o trwałości sięgającej kilkunastu miliardów lat. Oczywiście na razie projekt znajduje się jeszcze w fazie testów laboratoryjnych, aczkolwiek już teraz wygląda obiecująco, również pod względem pojemności. Na szklanym dysku o średnicy 2,5 cm naukowcom z Uniwersytetu Southampton udało się upchnąć 360 TB danych.

Mam taką płytkę, ale nie wiem co na niej jest

Sam nośnik i jego trwałość to jednak nie wszystko. W odległej przyszłości będziemy potrzebować także urządzeń do ich odczytywania, a przede wszystkim oprogramowania, które będzie w stanie poprawnie zinterpretować zawartość takiego nośnika. Dodatkową przeszkodę może stanowić aspekt coraz częstszego szyfrowania danych. Problem wydaje się zatem bardziej złożony, niż pierwotnie mogło się wydawać.

Wyobraźmy sobie sytuację, że na początku następnego millenium mierzymy się z zadaniem opisania jak wyglądało życie w XXI wieku. Nawet jeśli bity informacji pochodzących z naszych czasów zostały gdzieś na stałe zarchiwizowane, może się okazać, że oprogramowanie służące do czytania tych plików jest już od dawna niedostępne, a formaty plików zostały zastąpione innymi i to bez wstecznego wsparcia.

Trudno też oczekiwać, że dzisiejsze komputery, komponenty i systemy operacyjne przetrwają w niezmienionej postaci przez najbliższe 1000 lat.

Houston, mamy problem

Żywym przykładem problemu, z jakim możemy się zetknąć w przyszłości był przypadek taśm magnetycznych pochodzących z marsjańskiego programu Viking z 1976 roku. Do analizy zebranych podczas obu misji materiałów zabrano się dopiero ponad dekadę później. To wystarczyło, aby część informacji okazała się nie być zdatną do odczytania ze względu na nieznany format plików. Do tego czasu część programistów pracujących przy misji zmarło lub dawno opuściło szeregi NASA.

Ostatecznie brakujące zdjęcia udało się odzyskać, ale wymagało to wielu miesięcy ciężkiej pracy i analizy sposobu zapisu informacji przez urządzenia pierwotnie znajdujące się na pokładzie statków kosmicznych.

Kolejnych przykładów nie trzeba szukać aż tak daleko. Wystarczy spojrzeć na trywialny temat gier wideo. Produkcji sprzed 20 - 30 lat nie jesteśmy w stanie swobodnie uruchomić na obecnym sprzęcie ze względu na brak wstecznej kompatybilności i coraz rzadziej dostępny oryginalny sprzętu, na który zostały zaprojektowane. Obecnie radzimy sobie z tym za pomocą emulatorów i maszyn wirtualnych, jednak w dłuższej perspektywie czasu to nie wystarczy.

Cyfrowe średniowiecze

Nad zagadnieniem Digital Dark Age (cyfrowego wieku ciemnego) już od drugiej połowy lat 90 pochylają się zarówno duże firmy z sektora technologii (między innymi Microsoft, IBM czy Google), jak i ośrodki badawcze oraz uniwersytety na całym świecie. Skalę zagrożenia dobrze ilustruje wykład Vinta Cerfa, amerykańskiego informatyka uważanego za jednego z ojców internetu. Cerf pracując dla amerykańskiej agencji rządowej DARPA odegrał kluczową rolę w opracowaniu protokołu modelu TCP/IP.

 

Problem  określa mianem "Bit rot", wskazując jednocześnie jedno z potencjalnych rozwiązań - Digital Vellum (cyfrowy pergamin). W istocie mamy tu do czynienia z całym systemem archiwizacji informacji (nie tylko samych danych) zawierających również wszelkie wskazówki dotyczące aplikacji służącej do ich odczytywania, systemu operacyjnego oraz komputera. Dopiero w takim środowisku możemy być teoretycznie pewni, że otrzymamy pełen dostęp do danych sprzed kilkudziesięciu, a może nawet kilkuset lat.

Jak podkreśla Vint Cerf, w przyszłości nie wystarczy nam posiadanie samych bitów informacji. Ostatecznie musimy również wiedzieć, jak je poprawnie zinterpretować.