Bożena Lublińska-Kasprzak: Szkoda, że zarezerwowane dla nas pieniądze z UE leżą, zamiast pracować w polskiej gospodarce

Piotr Skwirowski
Tempo wykorzystania pieniędzy unijnych jest słabe i przez ostatni rok urosło w części programów nie więcej niż o 1 proc. na kwartał. Przy takim tempie zagrożenie, że stracimy euro z UE jest bardzo duże - mówi, była prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, Bożena Lublińska-Kasprzak

Piotr Skwirowski: Jak wygląda wykorzystanie funduszy unijnych?

Bożena Lublińska-Kasprzak, ekonomistka, w latach 2009-16 prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, minister ds. przedsiębiorczości i innowacji w gospodarczym gabinecie cieni Business Centre Club: Na poziomie umów wygląda to nie najgorzej. Natomiast dużo gorzej na poziomie płatności. Polska na lata 2014-20 otrzymała z budżetu Unii Europejskiej 82,5 mld euro, czyli około 354 mld zł w ramach polityki spójności. Do tej pory zakontraktowano, czyli podpisano umowy na realizację projektów o wartości 131,45 mld zł. Problem w tym, że realnie wypłacono z tego 28 mld zł. To zaledwie 8 proc. całej przyznanej nam kwoty. Weźmy Program Operacyjny Inteligentny Rozwój. Wnioski o przyznanie dofinansowania z pieniędzy UE opiewają tu na kwotę 55 mld zł. Sam Program umożliwia przyznanie łącznie 35 mld zł. Do tej pory podpisano umowy na 13,9 mld zł, czyli około 40 proc. pieniędzy zapisanych w Programie. Na poziomie płatności wykorzystano jednak zaledwie 1,92 mld złotych co stanowi 5,58 proc. wartości programu. Do przedsiębiorców trafiło jeszcze mniej, bo tylko ok. 1,2 md zł, co stanowi 3,42 proc. kwoty przeznaczonej na POIR. W Programie Polska Wschodnia poziom wykorzystania pieniędzy unijnych jest również niski. Zakontraktowano około 1,1 mld zł, czyli około 12,5 proc. wartości Programu. Wypłacono 176 mln zł, czyli 2,2 proc. Do przedsiębiorców trafiło z tego jedynie 68 mln zł. To dane Ministerstwa Rozwoju z początku października.

Łącznie we wszystkich programach do polskich przedsiębiorców trafiło około 5 mld zł, z czego prawie 2 mld zł to pieniądze z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, gdzie realizowane są duże projekty infrastrukturalne dużych podmiotów gospodarczych, w tym firm państwowych.

Ale może jest tak, że na początku wszystko to wolno się rozkręcało, a teraz jednak przyspiesza?

- No właśnie nie za bardzo przyspiesza. Tempo uruchamiania pieniędzy unijnych rośnie bardzo wolno. W dalszym ciągu mamy też istotne przesunięcie czasowe między etapami wnioskowania, kontraktowania i wypłaty pieniędzy. Oznacza to, że przedsiębiorcy, nawet jeśli ich wnioski zostaną przyjęte do realizacji, muszą bardzo długo czekać na wypłatę. To powoduje, że wydłuża się czas od pomysłu do wprowadzenia innowacyjnego produktu na rynek, o co przecież w tych projektach badawczo-rozwojowych i innowacyjnych chodzi. Niepokoi też niski wskaźnik sukcesu, czyli duża liczba odrzucanych wniosków o pieniądze unijne, szczególnie tych przygotowywanych przez przedsiębiorców. Jeżeli wymagania zostały postawione za wysoko, są procedury aby to zmienić i dostosować programy do możliwości firm. Można organizować więcej spotkań i pomocy dla firm przygotowujących wnioski, więcej konsultacji przed ich składaniem. Podawać wcześniej informacje dla firm i nie zaskakiwać ich zmianami. Teraz na przykład, na koniec października firmy nie wiedzą jak wyglądają plany konkursowe instytucji wdrażających na przyszły rok. A projektów nie da się przygotować w miesiąc.

Z czego wynika to rozciągnięcie w czasie uruchamiania pieniędzy? Dlaczego przedsiębiorcy, po tym, gdy ich wniosek zostanie przyjęty do realizacji, muszą tak długo czekać na wypłatę?

- W wielu przypadkach zapewne ze słabości instytucjonalnej. Są instytucje w Polsce, które bardzo szybko radzą sobie z oceną i są takie, które rozciągają te oceny na wiele miesięcy. Są instytucje, do których aplikacje trzeba składać papierowo, choćby samo Ministerstwo Rozwoju. Samo kopiowanie później tych dokumentów i wprowadzanie do systemu zajmuje dużo czasu urzędnikom, którzy mogliby w tym czasie zająć się oceną.

Urzędnicy obawiają się podejmowania decyzji?

- Nie. Myślę, że to nie to. Przyznanie pieniędzy to nie jest decyzja jednego urzędnika. Wnioski przechodzą przez bardzo wiele rąk. Są procedury, które opisują procesy podejmowania decyzji. Są precyzyjne kryteria oceny. Część ocen przeprowadza specjalna komisja, która bada wartość wniosku, są angażowani eksperci zewnętrzni. Raczej więc nie ma tutaj obawy o to, że urzędnik może wstrzymywać decyzję ze strachu przed odpowiedzialnością. Jeśli już to rozliczenia projektów są trudniejsze. Z pewnością pomogłoby uproszczenie procesu przyznawania pieniędzy. Sądzę, że jeszcze w wielu instytucjach, które zajmują się przyznawaniem pomocy, nie robiono nigdy analizy procesów pod kątem ich optymalizacji.

Jak to, co się dzieje, wypada w porównaniu z uruchamianiem poprzedniej puli unijnych pieniędzy?

- Myślę, że nastąpiło pewnego rodzaju rozprężenie instytucjonalne. W minionych latach, przy drugiej perspektywie unijnej, presja na sprawne wydatkowanie pieniędzy UE była ogromna. Dzisiaj przy równie dużych pieniądzach, a jednocześnie dużo trudniejszych projektach, mówi się o tym mniej. Dotyczy to również mediów. Szkoda, bo zarówno tempo, jak i jakość wydatkowania, powinny być pod szerokim oglądem społecznym. Te pieniądze to niezwykle ważne źródło rozwoju polskiej gospodarki.

Mówiła pani o dużej liczbie odrzucanych wniosków o wsparcie unijne. Skąd to się bierze?

- Programy są trudniejsze zarówno na etapie aplikowania jak i realizacji. Bardzo często trzeba mieć doświadczenie badawczo rozwojowe i zgromadzić doświadczony w takich pracach zespół.  Przedsiębiorcy jeszcze często tego nie rozumieją, a firmy doradcze i instytucje wdrażające nie tłumaczą im, że działalność innowacyjna to nie jest jednorazowa akcja. Że musi to wynikać z DNA firmy, z etapu rozwoju na jakim się znajduje. Że musi być do tego przygotowana również menedżersko. Taki brak przygotowania wychodzi później na etapie np. panelu oceniającego wartość. Bardzo dużo mówi się teraz w Polsce o innowacyjności, ale bardzo trudno jest ocenić poziom innowacyjności pomysłu. To również częsta przyczyna porażki, zarówno po stronie przedsiębiorców, jaki i instytucji oceniających .

Odrzucenie wniosku oznacza, że przedsiębiorca traci szansę na unijne euro?

- Nie. Często przedsiębiorca, którego wniosek przepadnie, przenosi firmę w inne miejsce, modyfikuje wniosek i składa go w innym województwie. Nie ma w tym nic nagannego. Wręcz przeciwnie. Wynika to ze zróżnicowania regionalnego, priorytetów województwa, regionalnych inteligentnych specjalizacji.

To ma jakieś uzasadnienie?

- Jeśli to są właśnie zaplanowane różnice, wynikające z różnych specjalizacji regionalnych, to tak. Gorzej, jeśli to wynika, co również często się zdarza, z wymogów formalnych albo kryteriów, które wynikają właściwie nie wiadomo z czego. Na przykład w jednym z województw wymóg działania na rynku przez co najmniej sześć miesięcy blokuje firmy nowopowstałe. I nie wynika ze struktury przedsiębiorczości w regionie . Bardzo często kryteria przyznawania pieniędzy zmieniają się w trakcie naboru wniosków. Przedsiębiorca pracuje rok nad projektem, dokonuje na przykład zakupu nieruchomości, żeby stworzyć centrum badawczo-rozwojowe, a organizator konkursu, w ostatniej chwili, zawęża preferencje branżowe w konkursie. Projekt idzie do kosza, albo trzeba czekać kolejny rok, na nowy konkurs.

Czy to niskie tempo uruchamiania pieniędzy unijnych oznacza, że możemy ich nie wykorzystać? Że nam przepadną?

- Oczywiście, że zagrożenie jest zawsze, choć wiadomo, iż do tej pory udało nam się wszystko wykorzystywać. Teraz tempo wykorzystania pieniędzy unijnych jest słabe i przez ostatni rok urosło w części programów nie więcej niż o 1 proc. na kwartał. Przy takim tempie zagrożenie jest bardzo duże.

Na szczęście jest jeszcze trochę czasu. Do 2020 r. musimy mieć wszystko zakontraktowane. Teraz mamy bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę jakościową . Boję się, że pod presją czasu zaczniemy ją gwałtownie obniżać. Możliwe są również pewnego rodzaju działania, które na papierze zwiększają wydatkowanie, ale w praktyce pieniądze nie idą do beneficjentów ostatecznych. czyli np. przedsiębiorców. Szkoda, że te pieniądze, które są przecież dla nas zarezerwowane nie pracują w polskiej gospodarce.

Czy dla przedsiębiorcy to, że dużo czasu upływa od przyjęcia wniosku do wypłaty pieniędzy, to poważny problem?

- Oczywiście. To jest problem. Przedsiębiorcy długo czekają na podpisanie umowy. Jeśli dziś firma ma świetny pomysł i zespół gotowy do jego realizacji, to musi czekać, żeby wstrzelić się w konkurs, a niektóre konkursy są organizowane raz na rok. Potem pan czeka około pół roku na podpisanie umowy. Jak dobrze pójdzie, będzie mogła ruszyć za rok. Ale pieniędzy ciągle nie ma, bo przecież nie przychodzą od razu. Tak naprawdę więc, realistycznie rzecz biorąc, trzeba się liczyć z tym, że pomysł, produkt, będzie mógł wejść na rynek najwcześniej za jakieś dwa-trzy lata. 

Strasznie późno. Za dwa lata mój pomysł może już nie być tak atrakcyjny. To nie zniechęca firm do korzystania z pieniędzy unijnych?

- No właśnie trochę zniechęca. Wiele firm wybiera dlatego często finansowanie prywatne Choć wniosków jest jednak dużo. Polska gospodarka się jednak rozwija, innowacje są modne, a wsparcie inwestycji unijnymi euro jest atrakcyjne.

W czasie niedawnego posiedzenia gospodarczego gabinetu cieni BCC mówiła pani o spadku inwestycji zagranicznych w Polsce.

- Zajrzałam do danych NBP i okazuje się, że wartość inwestycji zagranicznych spada. W 2016 r. napływ netto inwestycji bezpośrednich do Polski wyniósł 54,9 mld zł. W 2015 r. było to 57,5 mld zł. Największy napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich odnotowano z Niderlandów - 20,2 mld zł, Niemiec - 13,7 mld zł i Luksemburga - 8,7 mld zł. Dezinwestycje, czyli wycofanie się inwestorów, miały miejsce m.in. w przypadku Irlandii – minus 2,3 mld zł i Włoch – minus 1,6 mld zł. Wygląda więc na to, że inwestorzy nie ustawiają jednak do nas w długiej kolejce.

Może być tak, że sytuacja w Polsce może jakoś zniechęcać inwestorów do przychodzenia tutaj?

- Przedsiębiorcy, którzy planują inwestycje, zwłaszcza długoterminowe, biorą oczywiście pod uwagę nie tylko sytuację gospodarczą kraju, ale również sytuację polityczną i stabilność prawa w kraju, w którym chcą zostawić pieniądze.

Problemem naszej gospodarki w ogóle są słabe inwestycje. Skąd to się bierze?

- Po II kwartale tego roku relacja inwestycji brutto do PKB jest najniższa od II kw. 1996 roku. Mówił o tym niedawno prof. Stanisław Gomułka. Fundusze europejskie nie napędzają ich już tak bardzo. Po pierwsze dlatego, że projekty są opóźnione, po drugie w programach jest dużo mniej działań o charakterze inwestycyjnym niż w poprzednich pulach. W latach 2009-2015 PARP rocznie przekazywała firmom ok. 4-6 mld zł roczne na realizację projektów i były to pieniądze głównie na projekty inwestycyjne.

Dane firm windykacyjnych pokazują, że rośnie liczba firm, które sygnalizują problemy z wypłacalnością i tych, które upadają. 

- To też jest pewien sygnał z rynku, który może niepokoić. Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością, bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. W ciągu ośmiu miesięcy tego roku, liczba firm, które sygnalizują niewypłacalność jest o 17 proc. wyższa, niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Można wskazać jakieś przyczyny?

- Przedsiębiorcy wskazują na zmiany w systemie podatkowym. Szczególnie dużo problemów obserwujemy w budownictwie. Mamy tu rekordową liczbę upadłości wyspecjalizowanych podwykonawców, zmagających się z kosztem odwróconego VAT. Firmy bardzo długo czekają tu na zwrot należnego im podatku z urzędów skarbowych. To podmywa ich płynność finansową.

Coraz więcej firm sygnalizuje problemy ze znalezieniem pracowników. 

- To prawda. Nie tylko dlatego, że pracowników brakuje. Ci, którzy są, mają nieodpowiednie kwalifikacje. A ci, którzy mają odpowiednie kwalifikacje, zaczynają stawiać wysokie wymagania płacowe. Wzrost wynagrodzeń coraz mocniej przekracza też wzrost produktywności polskich pracowników. To niedobry sygnał. Produktywność polskich firm jest kilka razy niższa niż produktywność firm np. niemieckich, chcielibyśmy jednak zarabiać tyle, ile Niemcy. Nic dziwnego, że firmy coraz chętniej zwracają się w stronę starszych pracowników. Ostatnio byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, kiedy na jednej z konferencji gospodarczych, zatrudniono do obsługi panie 60+. Słyszałam o przypadku ściągnięcia do firmy inżyniera 70+. To pozytywna choć wymuszona zmiana na rynku pracy. Niestety brakuje u nas rozwiązań systemowych, które sprzyjałyby tej zmianie.