Janusz Steinhoff: Czy polskie górnictwo jest dziś rentowne? Unikam takich ocen

Piotr Skwirowski
Bardzo krytycznie oceniam poprzedni rząd, który prowadząc dialog ze związkowcami, unikał koniecznych, osadzonych w realiach ekonomii, decyzji właścicielskich. Unikano trudnych społecznie decyzji o likwidacji kopalń trwale nierentownych. Zaklinano rzeczywistość. Górnictwo jest w takim stanie, w jakim jest, bo było źle zarządzane - mówi Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka.

Piotr Skwirowski: W jakiej kondycji jest polskie górnictwo?

Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka: W lepszej niż rok czy dwa lata temu. Ceny węgla są bowiem bardzo wysokie. Ale przed górnictwem jest wiele problemów do rozwiązania. Z jednej strony to jest kwestia inwestycji. Z drugiej – restrukturyzacja i likwidacja kopalń o kończących się zasobach oraz trwale nierentownych.

Ta likwidacja jest w ogóle możliwa?

- Obecny rząd podjął szereg decyzji o likwidacji. To trudne, ale konieczne. Natomiast powołanie Polskiej Grupy Górniczej traktuję jako w miarę racjonalny krok o tymczasowym charakterze. Docelowo widziałbym rentowne kopalnie w strukturach spółek elektroenergetycznych. Bo przecież kopalnia jest zakładem nawęglania elektrowni. Spółki elektroenergetyczne, które są właścicielami Polskiej Grupy Górniczej, działają na konkurencyjnym rynku energii elektrycznej. W związku z tym wydaje mi się, że racjonalnym działaniem byłaby inkorporacja kopalń do tych podmiotów. Natomiast nie ma mowy o włączaniu doń kopalń trwale nierentownych. Czyli przerzucanie kosztów nierentownych kopalń na barki konsumentów energii elektrycznej. Byłoby to ze stratą dla konkurencyjności polskiego przemysłu i poziomu życia odbiorców komunalnych.

Czy można powiedzieć, że górnictwo jako całość jest dzisiaj rentowne?

- Unikam takich ocen. Z jednej strony jest bowiem Jastrzębska Spółka Węglowa, produkująca węgiel koksujący, którego ceny są bardzo wysokie i dlatego spółka ta osiąga potężne zyski. Myślę, że ten rok zamknie zyskiem netto powyżej 2 mld zł. To bardzo dobry wynik. Z drugiej strony są kopalnie węgla energetycznego, zgrupowane w PGG, które generują minimalny zysk. Jako grupa. W PGG jest potrzebna restrukturyzacja, zwiększenie wydajności pracy, inwestycje. Górnictwo jest w takim stanie, w jakim jest, bo było źle zarządzane. Unikano trudnych społecznie decyzji o likwidacji kopalń trwale nierentownych. Zaklinano rzeczywistość. Bardzo krytycznie oceniam poprzedni rząd, który prowadząc dialog ze związkowcami, unikał koniecznych, osadzonych w realiach ekonomii, decyzji właścicielskich.

Odsuwał te problemy na przyszłość?

- Słynne spotkanie premiera Tuska z górnikami w Katowicach określałem mianem balu na Titanicu. Obie strony z pełną świadomością ceny, którą przyjdzie za to zapłacić, zaklinały rzeczywistość. Nie da się oszukać ekonomii.

Obecny rząd podchodzi do tego lepiej?

- Myślę, że tak.

Czym to się przejawia?

- Przede wszystkim podjął decyzję o likwidacji kopalń trwale nierentownych. Tego nie zrobił poprzedni rząd. Kondycja większości kopalń węgla kamiennego zgrupowanych w Polskiej Grupie Górniczej jest bardzo zła, ponieważ utrzymywano kopalnie trwale nierentowne ze środków inwestycyjnych kopalń dobrych. I w ten sposób pogrążano całą branżę

No dobrze, ale decyzja o likwidacji kopalń trwale nierentownych nie oznacza ich rzeczywistego zamknięcia. Myśli pan, że to przebiegnie bezproblemowo?

- Rząd Jerzego Buzka zlikwidował częściowo i całkowicie 23 kopalnie. Wcześniej zredukował zatrudnienie w branży o 100 tys. w ciągu 4 lat. Nikomu w Europie nie udało się przeprowadzić restrukturyzacji w takim tempie i w takim zakresie. Zrobiliśmy to prawie bez napięć społecznych. Udało się to osiągnąć w efekcie odpowiedzialnego dialogu z partnerami społecznymi i zastosowaniu osłon socjalnych dla odchodzących dobrowolnie z pracy górników. Podobne rozwiązania stosowano w Niemczech oraz w Wielkiej Brytanii w czasach Margaret Thatcher. Mam nadzieję, że doświadczenia z tamtych lat zostaną wykorzystane.

Rząd ciągle dokłada do górnictwa?

- Dokładać nie może, bo jesteśmy w Unii Europejskiej, wiążą nas przepisy dotyczące pomocy publicznej. Nie da się więc dotować trwale nierentownej kopalni. Można to robić w grupie poprzez tworzenie większych organizmów. Ale to droga donikąd. To zarzucam poprzedniemu nadzorowi nad górnictwem. Tę niechęć do podejmowania decyzji, które dyktowały ekonomia i geologia.

Podobno młodzi ludzie nie garną się do pracy w kopalniach. I to w naturalny sposób rozwiązuje problem redukcji zatrudnienia.

- Tak jest. Nasze kopalnie mają bardzo trudne warunki górniczo-geologiczne. Szczególnie na Górnym Śląsku. Ponadto w wielu kopalniach wyczerpują się zasoby. Bardzo trudne warunki pracy, niekonkurencyjne płace oraz demografia powodują, iż chętnych do pracy w kopalniach jest coraz mniej. Jeżeli więc chcemy zasilać polskim paliwem naszą elektroenergetykę opartą w znacznym stopniu na węglu, to musimy budować nowe kopalnie. Ale budować ma nie państwo, tylko prywatni inwestorzy. Tacy inwestorzy się pojawiają, trzeba stworzyć im warunki do realizacji tych projektów. Nic nie stoi na przeszkodzie, by jeszcze jaśniej zapalić zielone światło dla inwestycji prywatnych.

Wspieramy górnictwo węglowe, równocześnie rzucając kłody pod nogi wytwórcom energii ze źródeł odnawialnych. To dobry kierunek?

- Od energii odnawialnej nie ma odwrotu. Mamy zobowiązania unijne. Wprawdzie korzystamy z derogacji, ale i tak do 2020 r. powinniśmy mieć w miksie energetycznym 15 proc. energii z odnawialnych źródeł. Natomiast trzeba mieć świadomość, że obecnie nasza elektroenergetyka oparta jest na paliwach stałych. Minister energii Krzysztof Tchórzewski zapowiedział, że inwestycja w elektrowni w Ostrołęce w blok, który ma być tam budowany, będzie ostatnim opartym na paliwach stałych. Musimy dywersyfikować nośniki energii. Powinniśmy mieć siłownie zasilane gazem, żeby zabezpieczyć się przed ewentualnymi zakłóceniami dostaw z elektrowni wiatrowych czy fotowoltaiki. To są niestabilne źródła energii. Musimy odejść od monokultury paliw stałych, czyli od węgla kamiennego i brunatnego. Musimy brać pod uwagę, że pakiet klimatyczny będzie generował wysokie koszty w elektrowniach opartych na paliwach stałych, bo będziemy płacić coraz więcej za emisję CO2. Otwarta jest sprawa dokumentu o podstawowym znaczeniu: Polityka energetyczna do 2050 r. i odpowiedź na pytanie czy zbudujemy elektrownię atomową czy nie.

Zbudujemy?

- Taka elektrownia oznacza bardzo wysokie koszty inwestycyjne.

Powinniśmy więc budować?

- Nie da się zbudować elektrowni atomowej bez istotnych regulacji, które przyjmuje państwo. Kontrakty różnicowe, gwarancje kredytowe itp. To jest elektrownia bezemisyjna, o niskich kosztach produkowanej energii. To plusy. Natomiast koszty inwestycyjne są niesamowicie wysokie. Mniej więcej cztery razy wyższe niż w elektrowniach gazowych i trzy razy wyższe niż w elektrowniach opartych na węglu. I trzeba mieć tego świadomość.

Rząd nie umie podjąć decyzji w tej sprawie. Ciągle ją odkłada.

- Poprzednicy odkładali tę decyzję co najmniej 10 lat. Obecnego rządu za brak decyzji jeszcze więc nie ganię. Tym bardziej, że słyszę, iż decyzja ma zostać podjęta do końca roku.

Jaka ona będzie? Ma pan jakieś podejrzenia?

- Tego nie wiem. Tu ścierają się argumenty specjalistów. W jedną i w drugą stronę. Z jednej strony jest profesor Jan Popczyk, wybitny znawca problemów elektroenergetyki, który jest zwolennikiem energetyki rozproszonej, prosumenckiej, czyli pójścia w kierunku odnawialnych źródeł energii: biomasy, fotowoltaiki, wiatru. Ale pamiętajmy o tym, że w miksie energetycznym, odnawialne źródła znajdują się tylko dlatego, że są one dotowane przez odbiorców energii. Niemcy dopłacają do OZE 25 mld euro rocznie. Nasze 15 proc. osiągniemy w 2020 r. Nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej. Pozostaje pytanie, co dalej.

Zapotrzebowanie na prąd w Polsce rośnie. Grożą nam niedostatki energii?

- Zdecydowanie tak. Dlatego, że musimy odstawić część starych, 50 letnich, 200 megawatowych bloków o bardzo niskiej sprawności. Jedynym sposobem redukcji emisji CO2 bez zastąpienia węgla innymi nośnikami energii jest podniesienie sprawności energetycznej naszych bloków. Mniej więcej 1 proc. podwyższenia sprawności, to 2 proc. redukcji emisji dwutlenku węgla. W tej chwili emitujemy średnio około jednej tony dwutlenku węgla na jedną megawatogodzinę. Czyli bardzo dużo.

Na świecie emitują mniej?

- No tak. Bo nikt nie ma takiej monokultury węglowej. Jeśli w miksie energetycznym ma atom, gaz i OZE, to emituje znacznie mniej dwutlenku węgla. W UE emisja CO2 jest zbliżona do 50 proc. tego co w Polsce. Czyli emitują około 500 kg na jedną megawatogodzinę. U nas jest 1000 kg. Na węglu brunatnym więcej, na kamiennym nieco mniej. Musimy więc dywersyfikować nośniki energii. Tym bardziej, że nasze górnictwo nie będzie w stanie zapewnić paliwa dla funkcjonujących elektrowni. Bo wydobycie węgla spada.

Twierdzi pan, że Polsce brakuje inwestycji w infrastrukturę elektroenergetyczną. Co pan ma na myśli?

- O bezpieczeństwie energetycznym kraju, w równym stopniu jak moce wytwórcze, decyduje infrastruktura przesyłowa i dystrybucyjna. W tę drugą inwestują dystrybutorzy, czyli spółki elektroenergetyczne. Infrastruktura przesyłowa, czyli 256 linii o łącznej długości ponad 14 tys. km sieci wysokich napięć (750, 400 i 220 kV) należy do państwowego operatora, czyli Polskich Sieci Elektroenergetycznych. I tutaj mam zastrzeżenia do tempa inwestycji. Przykład: linia Kozienice-Ołtarzew. W tym roku oddamy nowo wybudowany blok 1000 megawatowy w elektrowni Kozienice. Mieliśmy budować linię do Ołtarzewa, po to, by zamknąć pierścień energetyczny wokół Warszawy i tym samym zwiększyć bezpieczeństwo zasilania Mazowsza oraz północno-wschodniej Polski. I wyprowadzić moc z Kozienic. Ponad rok trwały konsultacje społeczne, których celem było wyznaczenie jak najmniej konfliktowego przebiegu trasy. Po zmianie władz zmieniono trasę, po czym w ogóle wycofano się z tej inwestycji. To decyzja nieracjonalna z punktu widzenia bezpieczeństwa dostaw energii dla ponad 8 mln odbiorców i nieodpowiedzialna, bo podważająca wiarygodność wcześniej uwzględnionych czynników uzasadniających planowanie tej inwestycji.

Musimy też rozbudowywać transgraniczne sieci przesyłowe. Po to, żeby uczestniczyć w europejskim konkurencyjnym rynku energii elektrycznej.

Nie robimy tego?

- W niewystarczającej skali. Tu jest potrzebne zdecydowane przyspieszenie.

Czy zmiana modelu motoryzacji z samochodów spalinowych na elektryczne to szansa czy zagrożenie dla naszego rynku energetycznego?

- Program elektromobilności przyjęty przez obecny rząd nie napawa mnie optymizmem.

Nie wierzy pan w to, że możemy się stać światową potęgą w motoryzacji elektrycznej?

- Państwo nie powinno zajmować się ogłaszaniem konkursów na karoserię do samochodu elektrycznego. To biznes powinien się tym zajmować. Państwo powinno wykorzystać funkcje regulacyjne. Czyli zdecydować np. o eliminacji akcyzy, obniżeniu VAT na energię elektryczną do zasilania pojazdów. Może przyjąć rozwiązania, które inspirowałyby przedsiębiorców do instalacji punktów zasilania tych pojazdów. Warszawa ma kilkanaście takich punktów - Londyn 750.

Bez pomocy państwa pojawili się w Polsce producenci autobusów elektrycznych. MAN w Starachowicach, Solaris i Ursus. Te firmy trzeba wspierać w ramach możliwości, jakie dopuszcza  prawo UE. Państwo z pewnością jednak nie powinno zajmować się produkcją samochodów elektrycznych. Robią to wielkie koncerny motoryzacyjne, które dodatkowo łączą w tej materii swoje siły.

Mają wieloletnie doświadczenie w budowaniu samochodów.

- Oczywiście. Nie wygramy z nimi. Oczywiście samochody elektryczne są przyszłością. Trzeba jednak rozwiązać wiele problemów. Przede wszystkim znaleźć sposób magazynowania energii elektrycznej do zasilania aut. To, plus rozwinięta infrastruktura do zasilania baterii w samochodach oraz koszty ich produkcji, przesądzą o przyszłości samochodów elektrycznych. Technologie stosowane w tej chwili są nieadekwatne do oczekiwań użytkowników samochodów elektrycznych.

Ale w sytuacji, kiedy większa część energii w Polsce produkowana jest z węgla, to aż tak wielkich korzyści ekologicznych nie będziemy mieć. Wyższe zapotrzebowanie na prąd, to wyższa jego produkcja i wyższa emisja CO2. Zwracają na to uwagę ekolodzy.

- Nie, nie. Nasza elektroenergetyka będzie przecież coraz niżej emisyjna. W tej chwili ją modernizujemy. Nowe bloki, które budujemy, mają sprawność często o 10 proc. wyższą niż stare. Idziemy w tym kierunku konsekwentnie. Natomiast rzeczywiście miksu energetycznego nie zmienimy w ciągu 5 czy 10 lat. Dlatego musimy rozmawiać z UE. Bo wykluczenie z europejskiego rynku mocy, elektrowni opartych na paliwach stałych, jest dla Polski nie do przyjęcia. KE wpisała do tzw. pakietu zimowego normę emisji dla elektrowni, które można by włączyć do rynku mocy. Ta norma to 550 gramów na kilowatogodzinę. To oznacza eliminację wszystkich elektrowni opartych na paliwach stałych. Czy więc kraj, który ma energetykę w znaczącym stopniu opartą na węglu, nie może być krajem bezpiecznym energetycznie? Kompletny absurd.

Możemy się temu skutecznie przeciwstawić?

- Stanowisko rządu jest jednoznaczne.

I UE nas posłucha?

- Zobaczymy. Budujemy koalicję.

Ale z tym budowaniem koalicji ostatnio nie idzie nam najlepiej.

- Jesteśmy pełnoprawnym krajem członkowskim. Powinniśmy umieć artykułować swoje oczekiwania. I je skutecznie przeprowadzić. To, że pojawiają się różnice zdań między krajami Unii, to normalne. Bo inne preferencje mają Francuzi, ponieważ mają elektrownie atomowe, zeroemisyjne, a inne oczekiwania ma Polska, której elektroenergetyka oparta jest na rodzimych paliwach stałych. Dlatego polityka w ramach UE to sztuka zawierania kompromisów.

Tu ostatnio jest słabo.

- Podzielam te opinie. Ale to nie tylko nasza wina. Egoizmy narodowe coraz trudniej przezwyciężyć. Podobnie jak socjotechnikę i populizm nader często widoczny w polityce. Myślę, że UE zbyt często zapomina o idei Europy Schumanna, Gaspariego i Adenauera, czyli opartej na swobodnym przepływie ludzi, towarów i kapitału. Nie budują europejskiej wspólnoty np. arogancka wypowiedź prezydenta Francji Emanuela Macrona, żeby sięgnąć tylko do aktualiów. Racjonalną koncepcją budowy wspólnoty jest sztuka zawierania kompromisów, które nie naruszają podstawowych zasad. Dla mnie Unia to swobodny przepływ ludzi, towarów, usług i kapitałów. I polski rząd powinien uczestniczyć w tej debacie. Na najwyższym poziomie profesjonalizmu. A z tym rzeczywiście nie jest ostatnio najlepiej.