Jakub Olipra: Święta w tym roku będą droższe. Ale na horyzoncie widać już spadki cen żywności

Piotr Skwirowski
Podwyżki cen żywności przyszły w dobrym momencie dla rządu? Gdybyśmy mieli wysokie bezrobocie, płace by spadały, a nastroje konsumenckie się obniżały, to byłoby one dla rządu znacznie gorsze - mówi Jakub Olipra, ekspert do spraw sektora rolno-spożywczego.

Piotr Skwirowski: W sklepach, na ulicach, w rozmowach towarzyskich coraz częściej słychać narzekania na szybko rosnące ceny żywności. Od wielu lat tego nie było.

Jakub Olipra, ekonomista w banku CreditAgricole, ekspert do spraw sektora rolno-spożywczego: Rzeczywiście nie było, gdyż dynamika cen żywności w październiku osiągnęła najwyższy poziom od czerwca 2012 r.

Czyli ludzie mają dobry ogląd sytuacji?

- Żywność już dawno tak szybko nie drożała. Jednocześnie w przypadku niektórych produktów ceny osiągnęły niespotykane od wielu lat poziomy. Jest to odczuwalne przy codziennych zakupach. Ludzie zauważają, że żywność drożeje.

Można podać jakąś jedną przyczynę takiego stanu rzeczy?

- Jednej nie. Złożyło się na to wiele przyczyn. W znacznym stopniu zupełnie niezależnych od polskich producentów żywności. Często są to bowiem przyczyny globalne. Ceny żywności w Polsce coraz bardziej zależą od sytuacji na światowym rynku, a w mniejszym stopniu od czynników krajowych.

To dotyczy także masła? Ostatnio to ono było numerem jeden. Skąd wziął się gwałtowny wzrost cen masła?

- Nie tylko masła, bo drożały też pozostałe produkty mleczarskie.

Ale ceny masła najmocniej biły po oczach.

- To prawda i dalej biją. 7 zł za kostkę, które ostatnio płaciłem, to dalej, w porównaniu z cenami z początku 2016 r., bardzo dużo. Wtedy płaciliśmy niewiele ponad 3 zł. Ten wzrost robi więc wrażenie. To nie jest jednak tak, że w Polsce krowy zaczęły nagle dawać mniej mleka i ceny poszły w górę. O ich wzroście zdecydowały czynniki globalne.

Co się działo?

- Rynek mleka charakteryzuje się cyklicznością. Tak jak są cykle koniunkturalne w gospodarce, tak samo występują one również na rynku żywności. Zwłaszcza jeśli chodzi o produkcję zwierzęcą. To wynika z tego, że rolnicy mają ograniczone możliwości szybkiego dostosowania produkcji do gwałtownie zmieniającego się popytu. Jeśli bowiem rolnik widzi wysoką cenę mleka, to nie jest w stanie od razu znacząco zwiększyć produkcji, nawet jeśli da swoim krowom lepsze pasze. Trzeba powiększyć stado, kupić dodatkowe krowy, a zanim te krowy zaczną dawać mleko, miną 2-3 lata. W tym czasie ceny mogą wzrosnąć tak bardzo, że dojdzie do silnego osłabienia popytu. W konsekwencji zwiększona produkcja przypadnie na czas obniżonego popytu i ceny spadną.

A rolnicy zostają z tymi krowami.

- Tak. Często ceny spadają tak bardzo, że zmuszeni są oni do zmniejszenia swoich stad. Wtedy produkcja obniża się, co oddziałuje w kierunku ponownego wzrostu cen. I mamy taki ruch falowy, w którym okresy nadpodaży i niskich cen przeplatają się z okresami niedoboru mleka i wysokich cen. Ostatni szczyt na rynku mleka mieliśmy na przełomie 2013 i 2014 r., a wzrostowi cen sprzyjał silny popyt na proszki mleczne w Chinach. Okazało się jednak, że był to popyt w znacznym stopniu spekulacyjny i doszło do jego załamania. Do tego w 2014 r. Rosja wprowadziła embargo na zachodnią żywność, w tym produkty mleczarskie. A to drugi największy importer produktów mlecznych na świecie. Później, w 2015 r., zniesiono kwoty mleczne w Unii Europejskiej. Kwoty to były limity produkcyjne. Teraz ich nie ma i każdy kraj UE może produkować tyle mleka, ile chce.

Czyli powinno być lepiej?

- Przeciwnie. Zniesienie kwot mlecznych przypadło bowiem na okres spadkowej fazy cyklu na rynku mleka i dodatkowo ją wydłużyło. Wcześniej bowiem unijni rolnicy przewidując zniesienie ograniczeń inwestowali w zwiększenie mocy wytwórczych. Unia jest największym producentem mleka na świecie. Tym samym w warunkach osłabienia chińskiego popytu oraz rosyjskiego embarga, wzrost produkcji mleka w UE dodatkowo zwiększył nadpodaż na światowym rynku mleka i doprowadził do pogłębienia spadku cen.

Bo nie było gdzie sprzedać tych produktów?

- W pewnym momencie cena skupu mleka była tak niska, że wielu rolnikom nie opłacało się go produkować.

Rolnicy porzucili więc produkcję?

- Tak. Część z nich zaczęła wychodzić z mlecznego biznesu. Do tego doszły niekorzystne warunki pogodowe wśród największych eksporterów produktów mlecznych na świecie. W Nowej Zelandii i Australii, gdzie El Niño doprowadził do suszy, mleka było mniej. W Argentynie dla odmiany była powódź. Tymczasem, w pewnym momencie, doszło do silnego ożywienia światowego popytu na produkty mleczne, w szczególności w Chinach. I mniej więcej od kwietnia 2016 r. ceny produktów mlecznych zaczęły silnie rosnąć. Masło stało się produktem, którego cena rosła jednak w oderwaniu od cen serów, czy też jogurtów…

Po latach do obiegu znów weszły terminy: spekulacja, zmowa cenowa.

- Choć określenie spekulacja nabrało negatywnego znaczenia, w mojej ocenie użycie tego słowa w tym przypadku jest uzasadnione. Dodałbym do niego jeszcze jednak asymetrię informacji.

Niewiele osób ten ostatni termin zrozumie.

- No tak, a spekulacja jest hasłem, które trafia do serc.

Zostawmy hasła. Jak to działało?

- W mojej ocenie mamy tutaj do czynienia z typową bańką cenową. Każda bańka cenowa ma w sobie ziarenko prawdy, które staje się podstawą do wzrostu cen. Tak było i w tym przypadku. Wraz z rosnącymi cenami masła zaczęły pojawiać się informacje o tym, że spożycie masła na świecie gwałtownie rośnie, a zwiększony popyt może sprawić, że na święta Bożego Narodzenia masła zabraknie.

Przypuśćmy, że jestem producentem mleka, a pan redaktor konsumentem. Wszyscy dookoła mówią, że ceny masła wzrosną i wkrótce go zabraknie. Pojawiają się zdjęcia z pustymi sklepowymi półkami. Jako producent nie jestem więc skłonny wyprzedawać swoje zapasy. Wolę poczekać, aż cena wzrośnie bardziej. Masło można stosunkowo długo przechowywać. Z kolei pan redaktor, chce kupić masło teraz, póki ono jeszcze jest i uniknąć przyszłych podwyżek cen. Ja nie chcę sprzedać po obecnej cenie, pan za to chce bardzo kupić. W takiej sytuacji oczywiście mogę sprzedać masło, ale oczekuję wyższej ceny - takiej, jakiej spodziewam się, że będzie za kilka miesięcy. I to się tak nakręca. Cena sztucznie idzie w górę. Takie zachowania producentów i konsumentów, to nic innego, jak spekulacja oparta o oczekiwania na wzrost cen.

Teraz ta bańka cenowa pęka?

- Jak każda bańka. W pewnym momencie uzna pan, że masło nie jest warte swojej ceny. Do tego nagle okazuje się, że historia o nagłym zainteresowaniu konsumentów masłem nie znajduje odzwierciedlenia w danych, gdyż jego spożycie rośnie od lat w umiarkowanym tempie i w ostatnich miesiącach nie wydarzyło się tutaj nic szczególnego. Co więcej, pojawiają się informacje, że zaczyna rosnąć produkcja mleka na świecie i coraz trudniej uwierzyć w opowieści o tym, że masła zabraknie na święta. W tej sytuacji ja, jako producent, szybko chcę sprzedać masło, tylko pan nie chce go teraz ode mnie kupić i woli poczekać, aż cena spadnie jeszcze bardziej. Teraz ja jestem skłonny pójść na ustępstwa, coraz bardziej obniżać ceny.

W drugiej połowie września hurtowa cen masła w UE wynosiła 650 euro za 100 kg. Teraz jest już niewiele ponad 500 euro. To wszystko w ledwie ponad miesiąc.

Czy taki gwałtowny wzrost cen może spowodować odwrót konsumentów od masła? Czy zaczniemy jeść więcej margaryny?

- W sytuacji, kiedy mamy wiele substytutów masła, bo chleb można smarować margaryną, a jajecznicę zrobić na boczku, zamiast na maśle, coś takiego może oczywiście nastąpić. Jeśli spojrzymy na dane dotyczące spożycia masła w Polsce w zależności od jego ceny, to mamy silną ujemną korelację. Innymi słowy, jeśli cena masła rośnie, to jego spożycie spada. Najprawdopodobniej dane za 2017 r. wskażą na silne obniżenie konsumpcji masła w Polsce. I nie tylko w Polsce.

Czyli jego producenci dużo zarobili, ale teraz nadchodzą dla nich trudne czasy?

- Tak. Może wystąpić podobna sytuacja jak z kryzysem naftowym w latach 70. Przed kryzysem mieliśmy w samochodach silniki o dużej pojemności. Potem ceny paliw poszły gwałtownie w górę. W reakcji na to pojawiły się małe pojemności silników. Ale gdy ceny ropy wreszcie spadły, silniki już nie urosły. Branża mleczarska ma obawy, że wzrost cen masła doprowadzi do zmian strukturalnych na rynku. Konsumenci mogą w warunkach wysokich cen masła znaleźć dla niego inne ciekawe alternatywy i zmienić swoje przyzwyczajenia. W efekcie spożycie masła może być w przyszłości niższe.

Czyli możliwe też, że teraz popyt wyhamuje. Tymczasem rolnicy pewnie zwiększają produkcję mleka?

- O tak, ożywienie produkcji mleka wśród największych eksporterów produktów mlecznych na świecie już widać. W UE, w Nowej Zelandii, w USA, Australii i Argentynie… Nowa Zelandia, która jest największym eksporterem masła na świecie i odpowiada za połowę światowego eksportu tego produktu, teraz wchodzi w szczytową fazę sezonu produkcji mleka. Gdy u nas zaczyna się zima, tam zaczyna się lato. Na razie w Nowej Zelandii utrzymują się nadmierne opady deszczu. Biorąc jednak pod uwagę dane wskazujące na wzrost pogłowia bydła mlecznego w Nowej Zelandii w ostatnich kwartałach, jeśli złe warunki pogodowe ustąpią, to będziemy mieli silny wzrost podaży masła.

Czyli ceny będą spadać.

- Wszystko na to wskazuje. Już spadają.

I mogą spaść w okolice dawnych cen, czyli w okolice trzech złotych?

- Tak, ale nie w horyzoncie miesiąca czy dwóch. Za rok jednak cena w okolicy 3-4 zł za kostkę masła wcale mnie nie zdziwi. W trzecim kwartale weszliśmy w fazę spadkową na rynku mleka. Cykle trwają tu 30-40 miesięcy. Od szczytu do szczytu. Czyli około 1,5 roku przypada na fazę wzrostową. Teraz czeka nas więc najpewniej kilka kwartałów spadku cen.

Cieszymy się. Ale masło to nie wszystko. Teraz mamy problemy z jajkami. Zaczyna ich brakować w sklepach. Ceny idą w górę.

- Rzeczywiście. Zaczynamy sięgać rekordowych poziomów.

Skąd te problemy?

- Na zachodzie Europy doszło do skażenia jaj fipronilem. To środek owadobójczy. W Holandii, Belgii, w Niemczech stwierdzono skażenie jaj tym środkiem. W efekcie trzeba było wybić kury nioski, wyczyścić kurniki, a teraz walczyć o odzyskanie zaufania odbiorców. To trwa. Tak samo jak oczekiwanie na to, aż nowe nioski wsadzone do kurników zaczną znosić jaja. Muszą upłynąć 3-4 miesiące.

Ale czy kłopoty na zachodzie Europy to powód do tego, by jaj brakowało w Polsce?

- Jesteśmy znaczącym eksporterem jaj w UE. Drugim po Holandii. W sytuacji więc, gdy odbiorcy mają mniej jaj z Holandii, szukają innych dostawców. A że są skłonni zapłacić więcej niż odbiorcy w Polsce, to ten popyt zagraniczny drenuje nasz rynek. Czyli mamy w kraju albo wysokie ceny, albo pustki na półkach. Jeśli producent ma do wyboru sprzedać w kraju taniej albo drożej za granicą, to wybiera to drugie.

To będzie trwało tyle ile na rynku masła?

- Zdecydowanie krócej. Kilka miesięcy. Myślę, że już w grudniu powinniśmy obserwować spadek cen. Bo produkcja w Holandii i innych krajach na zachodzie odbuduje się. Choć oczywiście producenci będą jeszcze musieli odbudować relacje z odbiorcami i odzyskać zaufanie klientów.

Wiele osób zszokowała informacja, że jaja są dziś, w przeliczeniu na kilogramy, w podobnej cenie, a nawet droższe, niż mięso drobiowe. To tak zaskakujące?

- Drób w Polsce jest najtańszy w całej UE. To źródło sukcesu naszego drobiu na świecie. To, że cena jaj mu dorównuje jest jednak zaskoczeniem. I wynika z gwałtownego wzrostu ich cen. Ale to przejściowe.

Dostrzega pan kolejne produkty, które mogą zacząć drożeć?

- O tak. Już rosną, i to silnie, ceny owoców. W szczególności owoców z drzew.

To efekt zimnej wiosny?

- Tak. Wiosną ktoś wrzucił na Twittera zdjęcie przysypanych śniegiem drzew owocowych, które niedawno wypuściły pierwsze liście. Podpisał to zdjęcie: „Inflacja za oknem”. Doskonale przewidział, co będzie się działo za kilka miesięcy, bo rzeczywiście przymrozki wiosenne doprowadziły do znaczących strat u producentów owoców. Czereśnie, wiśnie, śliwki, jabłka, gruszki – ich zbiory w tym roku były o wiele niższe niż w poprzednich latach. Co gorsza, przymrozki wystąpiły nie tylko w Polsce. W całej Europie. We Francji mieliśmy bardzo niskie zbiory winogron. We Włoszech podobnie. W internecie pojawiały się zdjęcia ludzi, którzy palili świece w winnicach, by ratować owoce przed nadchodzącymi przymrozkami. Walczyli o swoje plantacje. Gdyby przymrozki były tylko w Polsce, mniejszą podaż owoców kompensowalibyśmy większym importem. Skoro jednak straty są wszędzie, to takie możliwości są ograniczone. W efekcie ceny silnie wzrosły. Ceny jabłek są wyższe o kilkadziesiąt procent niż przed rokiem. Tam, gdzie jabłka kosztowały 2 zł, teraz trzeba zapłacić ponad 3 zł.

Kolejne niemiłe niespodzianki?

- Ceny zbóż poszły w górę. Pieczywo drożeje.

Skąd te wzrosty?

- Mieliśmy suszę w USA na Wielkich Równinach. Częściowo dotknęła ona też Kanadę. Susza wystąpiła również w Australii. Zbiory zbóż, szczególnie kukurydzy, były w tym roku niższe niż w poprzednich latach. Doszło do obniżenia zapasów. Te zapasy nadal są bardzo duże, bo w poprzednich latach zbiory rosły. I dzięki tym zapasom wzrost cen zbóż jest teraz ograniczony. No, ale jest. I to widać w cenach pieczywa. Ale to jest przejściowe. Bo jeśli warunki pogodowe w przyszłym roku będą normalne, to produkcja wzrośnie do poziomów, do których jesteśmy przyzwyczajeni, a ceny spadną. Dotyczy to też owoców.

I to tyle jeśli chodzi o to, co będzie w najbliższych miesiącach drożeć?

- Myślę, że jesteśmy teraz na szczycie rocznej dynamiki cen żywności. W grudniu te ceny będą o około 4,5 proc. wyższe niż przed rokiem. Teraz mamy ponad 5-proc. wzrost.

Ale nadchodzące święta będą chyba droższe niż te przed rokiem?

- Niestety tak. Jeśli wzięlibyśmy GUS-owski koszyk z produktami spożywczymi, to trzeba będzie w okresie przedświątecznym zapłacić za niego o ok. 4-5 proc. więcej niż w grudniu 2016 r.

A czy to, że ludzie dostrzegają wzrost cen i na ten wzrost narzekają, to jest jakieś zagrożenie dla rządu? Może się przełożyć na spadek jego notowań w sondażach?

- Dużo zależy od świadomości społeczeństwa co do przyczyn wzrostu cen. Wysokich cen żywności w żaden sposób nie można wiązać z polityką rządu. Bo cóż ma nasz rząd do deszczu w Nowej Zelandii albo suszy w Stanach Zjednoczonych? Rząd ma zatem ograniczone możliwości wpływu na bieżącą sytuację.

Mógłby na przykład obniżyć VAT.

- Przez to, że w naszej gospodarce utrzymuje się dobra koniunktura, bezrobocie jest rekordowo niskie, nastroje konsumenckie rekordowo wysokie…

…Płace rosną.

- Płace rosną. Zadowolony pracownik, to zadowolony konsument.

Czyli podwyżki cen przyszły w dobrym momencie dla rządu?

- Gdybyśmy mieli wysokie bezrobocie, płace by spadały, a nastroje konsumenckie się obniżały, to byłoby one dla rządu znacznie gorsze. Oczywiście zależy to od indywidualnej sytuacji gospodarstw domowych, ale czysto statystycznie, teraz podwyżki cen nie bolą nas aż tak bardzo. W kolejnych miesiącach ceny żywności będą już jednak rosły wolniej. A pod koniec przyszłego roku mogą nawet spadać. W mojej ocenie istnieje wysokie prawdopodobieństwo deflacji cen żywności w IV kw. 2018 r.

Lekko powiało optymizmem. Trzymajmy się tego. Może już dziś są produkty żywnościowe, które tanieją?

- Są. W ostatnim kwartale rynek wieprzowiny wszedł w spadkową fazę cyklu. Mieliśmy wysoki popyt na wieprzowinę w Chinach. Teraz on wyraźnie wyhamował. Tymczasem pogłowie trzody chlewnej rośnie w całej strukturze stada. Rolnicy zobaczyli, że ceny są wysokie, zwiększyli pogłowie i to widać w podaży. A jeśli podaż rośnie, a popyt spada, to automatycznie cena się obniża. Będziemy tu zatem mieć presję na spadek cen. I tak będzie w najbliższych kwartałach.

Tanieć będzie też drób. Tu akurat cenę w znacznej mierze kształtują czynniki lokalne. Przez to, że jesteśmy najtańsi w UE, przez długi czas wysyłaliśmy za granicę tyle drobiu, ile byliśmy w stanie wyprodukować. Ostatnio jednak produkcja przyrasta szybciej niż eksport. W efekcie, cena drobiu utrzymuje się w trendzie spadkowym. Przejściowo na początku 2017 r. podbiła ją ptasia grypa. Ale trend spadkowy trwa. Ceny będą spadać łagodniej niż w przypadku wieprzowiny, ale będą.

W naszych przemyśleniach na temat cen wołowina nas mniej interesuje, bo Polacy mało jej jedzą.

Bo jest droga.

- Droga, ale to jest nasz hit eksportowy. Mamy tu szanse powtórzyć sukces drobiu.

A co z cukrem?

- W październiku w UE zniesiony został system kwot cukrowych, czyli ograniczeń narzucanych producentom. Co prawda cukier z buraków cukrowych to ok. 20 proc. światowej podaży cukru, ale jeśli się silnie zwiększy produkcję, to pojawi się presja na spadek cen. Można oczekiwać, że ceny w UE będą zbiegać w kierunku cen światowych. System kwot cukrowych utrzymywał je sztucznie na wyższym poziomie. W tym roku pierwszy raz od dwóch lat wzrosły światowe zapasy cukru. To kolejny czynnik, który będzie sprzyjał spadkowi jego cen.

W sumie więc nie jest chyba źle? Akurat teraz jesteśmy w najtrudniejszym okresie dla konsumentów, ale perspektywy są raczej dobre?

- Tak. Wszystko na to wskazuje. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że prognozowanie cen żywności obciążone jest bardzo dużą niepewnością. Pogoda, która dla rolnictwa jest szczególnie ważna, może tu bowiem dużo namieszać. Podobnie inne zdarzenia losowe. Skażenia jaj fipronilem czy wiosennych przymrozków nie dało się wcześniej przewidzieć, a silnie odcisnęły się one na cenach.