Borowski o 2017 r.: Gospodarkę oceniam na 4 z plusem. Gdyby nie rząd, mogła być 6 [WYWIAD NEXT+]

Piotr Skwirowski
Gdybyśmy nie obniżyli wieku emerytalnego, a program 500+ zrobili w bardziej okrojonej formie, można by było spokojnie zaoszczędzić 20 mld zł. To więcej niż wyniósł zeszłoroczny deficyt całego sektora finansów publicznych. Czyli można by było zbliżyć się do stanu równowagi budżetowej - mówi ekonomista Jakub Borowski.

Piotr Skwirowski: 2017 r. mamy za sobą. Jaki był dla polskiej gospodarki?

Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole: To był bardzo dobry rok. Nie mamy jeszcze wszystkich danych za IV kwartał, wstępnie jednak wzrost gospodarczy można szacować na 4,5 proc. To bardzo dobry wynik na tle lat minionych.

A na tle innych krajów europejskich?

- Też bardzo dobry. Pamiętajmy jednak o tym, że jesteśmy krajem doganiającym, w związku z tym nie ma powodu do tego, byśmy się jakoś szczególnie szczycili tym, że mamy wzrost dwukrotnie wyższy niż strefa euro. Taki on właśnie powinien być, jeśli to doganianie, rozumiane jako zmniejszanie luki w dochodzie na mieszkańca, ma postępować. Należy się więc cieszyć, ale spoczywanie na laurach nie jest tu uzasadnione.

Gdy patrzę na swoje prognozy, to ten rok był lepszy niż oczekiwałem.

Co pana zaskoczyło?

- Niespodzianek jest kilka. Po pierwsze konsumpcja. Spodziewałem się, że będzie ona dynamicznie rosła do momentu, kiedy wpływ programu 500+ na jej tempo wzrostu, będzie obecny. Oczekiwałem więc wyhamowania wzrostu konsumpcji w drugiej połowie roku. Tymczasem ono nie nastąpiło.

Z czego to wynika?

- Przede wszystkim z lepszej niż oczekiwałem sytuacji na rynku pracy. I to właśnie rynek pracy najbardziej mnie zaskoczył.

Na plus?

- Tak, na plus. Rok temu spodziewałem się, że dobijemy do bariery w postaci naturalnej stopy bezrobocia i że będzie bardzo trudno dalej znacząco ją zmniejszać. Tymczasem, spadek stopy bezrobocia, liczony rok do roku, w zasadzie nie spowolnił. Był bardzo znaczący.

To efekt obniżenia wieku emerytalnego?

- Nie. Obniżenie wieku emerytalnego dołożyło się do tego nieznacznie, 30 tys. osób, w zasadzie tylko w październiku. Ciągły spadek bezrobocia pokazuje, że trochę nie docenialiśmy możliwości aktywizacji zawodowej osób, które pozostawały bezrobotne.

Dane dotyczące liczby pracujących w pierwszej połowie roku zaskoczyły na plus. To był wzrost o 2,1 proc. liczone rok do roku w pierwszym kwartale i 2,4 proc. w drugim kwartale. W trzecim kwartale to trochę spowolniło, ale wzrost o 1,8 proc. był ciągle przyzwoity. To też był czynnik, który spowodował, że z jednej strony bezrobocie spadało szybciej, z drugiej strony szybciej rosła też konsumpcja. Stopniowo dobijamy jednak do punktu, w którym bezrobocie będzie coraz trudniej obniżać.

Rosły też wynagrodzenia.

- Tu nie pomyliliśmy się bardzo. Spodziewaliśmy się lekkiego przyspieszenia i ono się zrealizowało.

Wróćmy do niespodzianek. Co jeszcze zaskoczyło?

- Inwestycje.

Ale tu chyba nie na plus?

- No nie. Spodziewałem się, że ożywienie inwestycji będzie trochę szybsze.

Co stanęło na przeszkodzie?

- Są dwie bariery. Niepewność prawno-fiskalna, czyli szybko zmieniające się otoczenie podatkowe firm. Zmieniający się w praktyce system podatkowy, jego uszczelnienie. Nowe przepisy, nowe obowiązki. Ta niepewność skłaniała przedsiębiorców do ostrożności jeśli chodzi o procesy inwestycyjne. Drugi element to rynek pracy.

Przed chwilą pan go chwalił.

- Tak, ale pomimo tego, że zatrudnienie rosło, mogłoby rosnąć znacznie szybciej, gdyby przedsiębiorcy znajdowali pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Bardzo często nie znajdowali. Chodzi głównie o pracowników, którzy staliby się częścią nowych mocy produkcyjnych. Moce te są dziś wykorzystane w bardzo wysokim stopniu. Porównywalnym do okresu sprzed globalnego kryzysu. A przecież pierwsza połowa 2008 r. to był okres przegrzania polskiej gospodarki. Jeśli więc przedsiębiorca nie może znaleźć pracowników, to ma też związane ręce jeśli chodzi o inwestycje. Do zwiększenia mocy produkcyjnych potrzeba ludzi.

Oczywiście jest tak, że firmy na barierę w postaci rynku pracy w jakimś stopniu będą mogły odpowiedzieć realizując inwestycje w techniki produkcji inne niż dotychczas. Takie, które są mniej pracochłonne i zwiększają wydajność. Odpowiedzią firm na sytuację na rynku pracy może być więc zwiększenie automatyzacji produkcji.

Ale tego nie da się zrobić z dnia na dzień.

- To prawda. Dlatego do takich hipotez trzeba podchodzić z ostrożnością. Tym bardziej, że w wielu firmach techniki są już bardzo wydajne. Są branże, w których trudno sobie wyobrazić jeszcze większe zautomatyzowanie produkcji. Weźmy produkcję napojów. Wszystko tu jest zautomatyzowane i często trzeba się dobrze rozglądać, by dostrzec w hali produkcyjnej jakiegoś pracownika. Ale już branży mięsnej można sobie wyobrazić inwestycje w maszyny, które zwiększą wydajność rozbiórki mięsa. W branży spożywczej takie możliwości są. W motoryzacyjnej? Trudno powiedzieć. Zwykle mamy tu nowoczesne, zautomatyzowane fabryki.

Wśród barier, które hamowały inwestycje, nie wymienił pan polityki.

- Wymieniłem. Mówiłem o niepewności prawno-fiskalnej.

Aha, czyli to tu się mieści?

- Polityka jako taka, jest zawsze źródłem niepewności. Trudno dziś moim zdaniem postawić tezę, że sytuacja polityczna ogranicza inwestycje w większym zakresie niż kilka lat temu. Oczywiście mamy sytuację bez precedensu. Chodzi mi o uruchomienie przez Komisję Europejską w stosunku do Polski art. 7. Nie wiemy jak to się skończy.

Ale myślę, że przedsiębiorcy starają się budować średnioterminowy scenariusz. I na razie mamy dyskusję o zagrożeniach jakie się z tym wiążą. Tu w grę wchodzi przede wszystkim zmniejszenie napływu pieniędzy unijnych w ramach kolejnej perspektywy. Zmniejszenie w stosunku do poziomu, który moglibyśmy uzyskać, gdyby sporu z UE nie było. Ale jak będzie skala tego ewentualnego zmniejszenia, bardzo trudno dziś powiedzieć.

Nie mamy też sygnałów, które wskazywałyby, że kapitał zagraniczny odwraca się od Polski. Mamy dane za trzeci kwartał, które pokazują, że inwestycje firm zagranicznych w naszym kraju przyspieszyły. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że one byłyby wyższe, gdyby nie sytuacja polityczna, ale to czysta spekulacja. Nie wiemy jak by było. Wygląda na to, że na razie kapitał zagraniczny jest bardzo pragmatyczny i po prostu uznaje, że sytuacja polityczna w Polsce i toczący się spór, który dotyczy praworządności, nie jest na tyle mocnym argumentem, by ograniczać inwestycje i wycofywać się z naszego kraju.

No dobrze, a co z inflacją? Pojawiła się w miejsce deflacji. Była tu niespodzianka?

- Inflacja raczej nie zaskoczyła. W końcówce roku małą niespodzianką był wzrost cen żywności. Był silny. Ale to stanowi dobrą podstawę do tego, by zakładać, że inflacja silnie wyhamuje w drugiej połowie 2018 r. Ze względu na efekt bazy oraz obserwowane w dłuższym horyzoncie tendencje do spadku cen niektórych produktów żywnościowych. To wyhamowanie inflacji nastąpi mimo przyspieszenia wzrostu płac i związanego z tym wzrostu cen dóbr w niewielkim zakresie konkurujących z dobrami importowanymi.

Dług i deficyt. Co z nimi? Jak wyglądały w 2017 r.?

- Zeszły rok upłynął pod znakiem uszczelniania systemu podatkowego, w szczególności VAT. Tu rząd odniósł niewątpliwy sukces. Musimy poczekać jeszcze na pełne dane dotyczące struktury inwestycji i struktury PKB, żeby móc na tej podstawie, konstruując bazę podatkową dla VAT, ocenić w sposób możliwie pełny, wpływ tego uszczelnienia na dochody z tego podatku.

W pierwszej połowie roku szacowaliśmy, że w całym 2017 r. dodatkowe wpływy z VAT, uzyskane dzięki jego uszczelnieniu, wyniosą od 8 do 15 mld zł. Niebawem będziemy weryfikować te szacunki. Pewne efekty w postaci uszczelnienia rząd miał też w przypadku podatku od dochodów dużych firm, czyli CIT. W sumie deficyt sektora finansów publicznych w 2017 r. będzie pewnie w okolicy 1 proc. PKB.

To sukces?

- Mógłby być znacznie niższy. I tu mam pewne zastrzeżenia. Chodzi o wykorzystanie dobrej koniunktury do tego, by trwale zmniejszać deficyt. Trwale czyli tak, by w dół poszedł deficyt strukturalny. To ten deficyt, który jest niezależny od wahań koniunktury, długoterminowy. W 2017 r. ten deficyt strukturalny najprawdopodobniej nie został istotnie obniżony, a w najbliższych dwóch latach można spodziewać się jego zwiększenia.

Na razie mamy sytuację, w której dług publiczny w zeszłym roku spadł w relacji do PKB i wyniesie ok. 52 proc. PKB, mamy dobry wynik po stronie sektora finansów publicznych, ale jesteśmy trochę uśpieni tą sytuacją i nie wykorzystujemy dobrej koniunktury do tego, by przygotować się na gorsze czasy.

W wieloletnim planie finansowym państwa rząd zobowiązał się do stopniowej redukcji deficytu strukturalnego. Gdzieś daleko poza 2020 r. jest cel w postaci deficytu strukturalnego na poziomie 1 proc. PKB. Gdybyśmy mieli taki deficyt, bylibyśmy bardziej odporni na wahania koniunktury. Bo, gdy tempo wzrostu spowalnia, do tego spowalnia tempo wzrostu dochodów, rosną wydatki...

...to możemy się podratować wzrostem deficytu.

- Właśnie tak. Działają wówczas tzw. automatyczne stabilizatory fiskalne. Na to trzeba jednak zrobić sobie wcześniej miejsce w finansach publicznych. Rząd uznał, że nawet deficyt w okolicach ponad 2 proc. PKB, w sytuacji kiedy mamy solidny wzrost PKB, zapewnia stabilizację relacji długu do PKB, a nawet jej spadek. Oczywiście tak można funkcjonować, przy założeniu, że dobra koniunktura jest wieczna. Tak jednak nie będzie. Powinniśmy więc wykorzystywać dobrą koniunkturę do tego by przygotować się na gorsze czasy.

A jak to zrobić?

- Recepta jest prosta - ograniczanie tempa wzrostu wydatków.

O, to chyba nie z tym rządem.

- Na razie rząd zrealizował dwa swoje flagowe projekty. Pierwszy to 500+. Drugi obniżenie wieku emerytalnego. Razem 35 mld zł.

Ogromne pieniądze.

- Gdybyśmy nie obniżyli wieku emerytalnego, a program 500+ zrobili w bardziej okrojonej formie, wsłuchując się w głosy ekspertów od demografii, to można by było spokojnie zaoszczędzić 20 mld zł. To więcej niż wyniósł zeszłoroczny deficyt całego sektora finansów publicznych. Czyli można by było zbliżyć się do stanu równowagi budżetowej.

Teraz już raczej nie ma powrotu do tego. Rząd nie zdecyduje się przecież na ograniczenie 500+ i podwyżkę wieku emerytalnego.

- To prawda. Nie ma powrotu. Nie zakładam więc w swoich prognozach, że rząd będzie jakoś znacząco ograniczał wydatki. Taki moment przyjdzie w chwili...

...kryzysu.

- Słowa kryzys bym używał ostrożnie. To dlatego, że kryzys utożsamiam z recesją. Oczywiście recesja w Polsce może się pojawić, przy jakimś silnym tąpnięciu, ale raczej mówimy o spowolnieniu, które może się pojawić na przykład w 2019 r. I wtedy będzie nam trudniej.

Nie ma tu pełnej analogii, ale staram się przyrównywać finanse państwa do finansów gospodarstwa domowego. Racjonalnie zachowujące się gospodarstwo domowe, w sytuacji kiedy ma jakieś dodatkowe dochody, zwykle jakąś ich część odkłada na gorsze czasy, buduje sobie poduszkę bezpieczeństwa. Nie przeznacza wszystkiego na konsumpcję, nie przejada. W finansach publicznych taki model działania również powinien być stosowany. W okresie bardzo dobrej koniunktury, połączonej z dodatkowymi wpływami z uszczelnienia podatków, warto jakąś część dodatkowych dochodów odłożyć na bok, nie wydać, lecz starać się wzmacniać fundamenty gospodarki. Takim fundamentem jest bez wątpienia relacja długu publicznego do PKB.

Państwo jest z reguły w lepszej sytuacji niż gospodarstwo domowe. Łatwiej zaciąga długi, łatwiej pozyskuje pieniądze. Ma więc silniejszą pokusę, żeby swoją politykę finansową poluzowywać.

- To prawda. Tym bardziej, że perspektywa polityków nigdy nie jest perspektywą gospodarstwa domowego, bo oni zbierają i wydają pieniądze publiczne, a nie swoje. Sądzę jednak, że takie długofalowe myślenie powinno być obecne.

Tym bardziej, że strefa euro wciąż nie jest organizmem zdrowym. Do strefy euro powrócił wzrost, relatywnie szybki. Sytuacja na rynku pracy poprawia się. Ale strefa euro nie jest dziś dobrze przygotowana na kolejny wstrząs. Nie wykorzystano poprawy koniunktury do tego, by znacząco obniżyć dług publiczny, w takich krajach jak Włochy. Dług publiczny jest też wysoki we Francji, w Hiszpanii.

Pozostaje mieć nadzieję, i tego wszyscy się trzymają, że nawet jeśli jakieś spowolnienie przyjdzie, to to będzie spowolnienie łagodne, z którym uporamy się takimi samymi sposobami, jakimi uporaliśmy się z poprzednimi spowolnieniami, z wyłączeniem kryzysu globalnego, bo wtedy tąpnięcie było bardzo silne. A więc wykorzystamy rozluźnienie polityki pieniężnej, m.in. obniżki stóp.

Ale problem nadmiernego zadłużenia wróci. Strefę euro można przyrównać do pacjenta, który zwalczył najbardziej dotkliwe objawy choroby, ale z samą chorobą się nie uporał.

Skoro przy tym jesteśmy: powinniśmy wstępować do strefy euro?

- To bardzo skomplikowany temat. Doświadczenia związane z kryzysem finansowym i jego następstwa każą trochę inaczej spojrzeć na bilans korzyści i kosztów wejścia do strefy euro. Przewaga gospodarczych korzyści nad kosztami nie jest znacząca.

Z jednej strony mamy oczekiwane zwiększenie wymiany handlowej dzięki eliminacji ryzyka kursowego i wyższemu napływowi inwestycji bezpośrednich. Mamy potencjalne korzyści dla przedsiębiorców związane z obniżeniem stóp procentowych. Dzisiaj stopa depozytowa Europejskiego Banku Centralnego to minus 0,4 proc. Nasza stopa - plus 1,5 proc.

Z drugiej strony pojawiają się jednak zagrożenia. Zagrożeniem jest stan finansów publicznych strefy euro. Przy silnym tąpnięciu aktywności w strefie euro inwestorzy mogą uznać że dług publiczny w kilku największych krajach strefy euro jest nie do utrzymania na dłuższą metę. Efektem byłby kolejny i większy niż w latach 2011-2012 kryzys zadłużenia w obszarze wspólnej waluty.

Pojawiają się też obawy o stabilność finansową. Dziś duża obniżka stóp procentowych rodziłaby ryzyko powstania bąbli spekulacyjnych na rynku nieruchomości i akcji. Ponadto, w sytuacji tąpnięcia w strefie euro, dla stabilizowania gospodarki przydałby się nam płynny kurs złotego. Z chwilą przyjęcia euro to narzędzie byśmy stracili. Badania wskazują wprawdzie na niższe niż przed kryzysem finansowym korzyści z płynnego kursu walutowego, ale jego stabilizujący wpływ trudno zakwestionować. W sumie więc ekonomiczny bilans trochę się pogorszył, ale wciąż jest pozytywny.

Do tego trzeba jednak dołożyć czynniki o charakterze politycznym, których rola znacząco wzrosła. Jeżeli strefa euro miałaby się integrować, tworzyć wewnętrzne instytucje i na przykład wspólny budżet, to to jest niezaniedbywalny koszt pozostawania poza strefą euro.

Wejście oznacza wymierną korzyść: jesteśmy tam, gdzie są unijne pieniądze. To zdaje się przechylać szalę. Pytanie też, gdzie Polska będzie bardziej bezpieczna: w strefie euro, czy poza nią. Intuicyjnie możemy powiedzieć, że wewnątrz strefy, a niektórzy eksperci ds. bezpieczeństwa podzielają ten pogląd. Jeśliby strefa stworzyła silne bodźce do tego, by przekonać, że nie opłaca się pozostawać poza nią, a do strefy weszłyby takie kraje jak Bułgaria, Rumunia, Czesi czy Węgrzy, to trudno sobie wyobrazić pozostawanie Polski poza organizmem, w który podejmowane są kluczowe decyzje.

Jeśli połączymy to wszystko, to w sumie argumenty za tym by być w strefie euro są wciąż mocne. Trochę słabsze z punktu widzenia ekonomii, wyraźnie mocniejsze od strony politycznej.

Gdyby miał pan wystawić naszej gospodarce ocenę za zeszły rok, w szkolnej skali od 1 do 6, to jaka byłaby to ocena?

- 4 z plusem. Gospodarka rosła szybko na tle historycznym oraz na tle krajów rozwiniętych. Nie było w niej istotnych nierównowag. Natomiast w coraz większym stopniu zderzała się z barierą podażową w postaci trudności ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników. To problem, który na dłuższą metę będzie hamował wzrost gospodarczy.

Na ocenie ciąży też obniżenie wieku emerytalnego. Jednym ruchem stworzyliśmy 400 tysiącom osób, z których wiele cieszy się zdrowiem pozwalającym na dalszą pracę, możliwość wyjścia z rynku pracy. W jakim stopniu wyjdą - trudno powiedzieć. Sądzę, że w niewielkim. Dominująca strategia będzie taka, żeby łączyć dochód z emeryturą, czyli uzyskać dodatkowy dochód od państwa. Koszt tego „bonusa” wyniesie 10 mld zł, które zostaną przeznaczone na konsumpcję a nie na oszczędności. Obniżenie wieku emerytalnego znacząco pogorszy zatem sytuację finansów publicznych.

Jaki wpływ na tę 4 z plusem miał rząd?

- Do tego, bym mógł postawić polskiej gospodarce szóstkę, musiałyby wystąpić dodatkowo trzy rzeczy. Przede wszystkim nieobniżenie wieku emerytalnego. To ruch, który w następnych latach trwale będzie hamował nasz wzrost gospodarczy i utrudniał znalezienie wykwalifikowanych pracowników.

Dalej, konieczny byłby wyraźny wzrost inwestycji przedsiębiorstw, do czego istniały silne przesłanki makroekonomiczne. Nie mogę postawić lepszej oceny gospodarce, która rosła w szybkim tempie, ale rosła napędzana w znaczącym stopniu przez konsumpcję, w warunkach niskiego wzrostu inwestycji. W pierwszej połowie roku one w ogóle nie wzrosły. W trzecim kwartale wzrosły o 3,3 proc., ale były napędzane głównie przez samorządy, bo inwestycje firm nie wzrosły. Na koniec - nie wykorzystaliśmy świetnej koniunktury i nie obniżyliśmy deficytu strukturalnego finansów publicznych.

A jaki będzie 2018 r.? Co ze wzrostem gospodarczym, z inflacją?

- Spodziewamy się wzrostu gospodarczego w okolicach 4 proc. Prognoza to 3,8 proc. Będzie to przy tym wzrost o lepszej strukturze, bardziej zrównoważony.

Czyli inwestycje jednak ruszą?

- W pierwszym kwartale spodziewam się ich wzrostu o 8,6 proc. licząc rok do roku, a w całym 2018 r. o 7,2 proc., przy konsumpcji, która trochę spowolni. A spowolni, bo wzrost zatrudnienia spowolni. Coraz trudniej będzie tak dynamicznie zwiększać zatrudnienie.

Spodziewam się też, że gospodarstwa domowe, po okresie, gdy szybko zwiększały konsumpcję kosztem oszczędności, teraz trochę te oszczędności będą odbudowywać.

Wzrost eksportu będzie niewiele wolniejszy niż w 2017 r., co jest zgodne z prognozami dotyczącymi światowej wymiany handlowej, która już tak dynamicznie nie będzie rosła. Import podobnie jak w zeszłym roku wzrośnie o ok. 7 proc. Inflacja spadnie z zeszłorocznych 2 proc. do 1,7 proc. Głównie w końcówce roku, z powodu spadku cen żywności. Natomiast wzrost wynagrodzeń przyspieszy, z 5 proc. w 2017 r., do 6,4 proc. w tym roku.

Czy zbliżający się serial wyborczy może jakoś zaburzyć te prognozy? Czy może mieć jakiś wpływ na gospodarkę?

- Uwzględniam to w prognozach. Wybory to czynnik mobilizujący inwestycje publiczne. Najpierw samorządów, w 2017 i w 2018 r.. Potem na szczeblu centralnym, przede wszystkim drogowe i kolejowe. Tam jest pełna mobilizacja. Ale są też potężne ograniczenia podażowe. Firmy, które realizują te inwestycje, nie mają wystarczających mocy produkcyjnych. W związku z tym rośnie koszt inwestycji, które są przedmiotem przetargów, a niektórych inwestycji nie da się zrealizować tak szybko, jak to było planowane.

A jakieś dodatkowe kosztowne obietnice socjalne. Coś w stylu 1000+ w miejsce 500+?

- Mogą się pojawić, ale one będą w sposób naturalny konfrontowane z sytuacją fiskalną. Oczywiście rząd może sobie próbować stworzyć bazę do wyższych wydatków socjalnych poprzez np. likwidację limitu 30-krotności dla składek emerytalnych lub dalszą poprawę ściągalności podatków, ale te kolejne przyrosty dochodów z uszczelnienia systemu podatkowego będą coraz mniejsze. Wydaje mi się, że 2017 r. był wyjątkowy. Mieliśmy do czynienia ze wstrząsem prawno-fiskalnym, który z pewnością podbił dochody z VAT w sposób znaczący. Ale bardzo trudno to będzie powtórzyć w takiej skali w kolejnych latach.