Coś bardzo dziwnego dzieje się z pieniądzem w Polsce. Przy takim tempie wzrostu gospodarczego powinno być go więcej

Rafał Hirsch
W roku 2017 pierwszy raz od trzynastu lat wartość pieniędzy w obrocie rosła w Polsce wolniej niż PKB. Nie ma w tym nic złego, ale to bardzo zaskakujące - zazwyczaj jest odwrotnie, a ekonomiści nazywają to rosnącą monetyzacją gospodarki. W państwach najbogatszych proporcja wartości pieniędzy do PKB jest wyraźnie większa niż u nas. Dlaczego więc w 2017 było inaczej niż dotychczas?

Dziwne dane 

Do tej pory w Polsce było tak, że wartość pieniędzy w obiegu rosła szybciej w latach z szybkim wzrostem gospodarczym, a w okresach spowolnienia, gdy ocieraliśmy się o recesję, pieniędzy przybywało wolniej.

2017 jest przypadkiem ciekawym, bo tak zwana podaż pieniądza, czyli właśnie wartość pieniędzy w obrocie wzrosła najwolniej od 2012 roku. Tylko o 4,7 procent. Wolniej było tylko we wspomnianym 2012, a wcześniej w 2002 - wtedy jedyny raz podaż pieniądza spadła (o 1,1 procent).

Wzrost podaży pieniądza w PolsceWzrost podaży pieniądza w Polsce dane: NBP

Co ważne: rok 2002 to był sam środek kryzysu z bardzo niskim wzrostem gospodarczym i bezrobociem na poziomie 20 procent. Z kolei lata 2012 i 2013 to też poważne spowolnienie (i stopa bezrobocia przekraczająca 14 procent na początku 2013).

Tak więc do tej pory podaż pieniądza rosła tak wolno jak ostatnio tylko wtedy, kiedy był kryzys. Tylko, że teraz kryzysu nie ma. Wręcz przeciwnie, za chwilę gospodarka może rosnąc realnie nawet o 5 procent. Dlaczego więc przestało przybywać pieniędzy? I co może nawet ważniejsze - czy to, że przybywa ich wolniej oznacza, że za chwilę znów będziemy mieć kryzys? Bo w przeszłości tak przecież było.

Osobną ciekawostką jest to, że w 2017 roku dopiero trzeci raz i jednocześnie pierwszy raz od trzynastu lat podaż pieniądza rosła wolniej niż nominalne PKB.

Wzrost PKB i podaży pieniądza w kolejnych latach w PolsceWzrost PKB i podaży pieniądza w kolejnych latach w Polsce dane: GUS, NBP

Skąd się biorą pieniądze?

Gospodarka każdego państwa potrzebuje pieniędzy, żeby się rozwijać. Pieniądze są konieczne do tego, żeby zawierać transakcje handlowe. Im większa jest gospodarka, tym więcej składa się na nią transakcji, a więc także tym więcej potrzeba pieniędzy, żeby ją prawidłowo obsłużyć i uniknąć zatorów płatniczych. Dlatego zwykle jest tak, że kiedy rośnie PKB, to rośnie także wartość pieniędzy, które są w obiegu.

Nowy pieniądz pojawia się w gospodarce z dwóch źródeł, ale w obydwu przypadkach to, ile się go pojawia, zależy od nas wszystkich - to my z naszymi portfelami tworzymy bowiem gospodarkę.

Nowe pieniądze może emitować NBP w postaci banknotów i monet, a także zwykłe banki w postaci kredytów, które po ich uruchomieniu automatycznie stają się nowymi depozytami na czyimś rachunku bankowym. Możemy oczywiście zamieniać depozyt bankowy na gotówkę z NBP (w bankomacie), albo też zamieniać gotówkę na depozyt (we wpłatomacie), ale nie zmienia to faktu, że w kraju mamy dwa źródła pieniędzy.

Obydwa są uzależnione od tego, co się dzieje w gospodarce. NBP emituje gotówki tylko ile trzeba, a tego, ile to jest, dowiaduje się od banków komercyjnych, które z kolei potrafią przewidzieć, kiedy ludzie potrzebują więcej gotówki (np. przed weekendem majowym), a kiedy mniej (np. w styczniu, po tym, jak już i tak wszystko wydali na święta). Z kolei pieniądz elektroniczny, który powstaje dzięki nowym kredytom, jest uzależniony od tego, ile tych kredytów ludzie i firmy chcą wziąć. Nie da się udzielić kredytu komuś, kto tego nie chce.

Tak więc tempo, w którym pieniądze są wpuszczane w obieg, zwykle zależy od tego, ile tych pieniędzy w obiegu faktycznie potrzeba.

Skoro w 2017 wpuszczano je najwolniej od pięciu lat, to znaczy, że widocznie nie było potrzeby wpuszczać je szybciej. 

Dlaczego?

Zarządzający funduszami w Noble Funds TFI, Mikołaj Raczyński wskazuje na trzy przyczyny. Wszystkie dotyczą kredytów

Mocniejszy złoty powoduje, że potrzebujemy mniej pieniędzy na spłaty rat kredytów walutowych - to zmniejsza popyt na pieniądz, lepsze wyniki budżetu powodują, że także rząd nie potrzebuje pożyczać takich kwot jak wcześniej. Ekonomista Ignacy Morawski wskazuje, że to też ma wpływ na wolniejszy przyrost kredytów

Proszę jednak nie ulegać pokusie uznania, że to rząd jest największym kredytobiorcą w całej gospodarce. Jeszcze ważniejsze są firmy i gospodarstwa domowe. A kredyt dla nich także ostatnio rośnie wolniej. To dziwne, bo według wszelkich badań mamy rekordowy optymizm konsumentów i firm. A optymizm sprzyja nowym zakupom i braniu nowych kredytów na inwestycje. Nowych kredytów akurat teraz powinno więc szybko przybywać.

Zdaniem głównego ekonomisty PKO BP Piotra Bujaka nowych kredytów jest niewiele, bo na banki narzucono dość ostre ograniczenia dotyczące polityki kredytowej, a do tego dołożono im podatek. Z kolei rekordowo niskie stopy procentowe oznaczają dla banków także dość niskie marże.

Skoro na kredytach nie da się obecnie zarabiać tyle co kiedyś, to też bankom niespecjalnie się chce starać i udzielać ich jak najwięcej. Dlatego wartość kredytów, a co za tym idzie także kreacja nowego pieniądza odbywa się w tempie najwolniejszym od kilku lat.

Ale to wyjaśnienie oczywiście nie odpowiada na najciekawsze pytanie.

Dlaczego to nie hamuje gospodarki?

Po pierwsze, to, że PKB rośnie o blisko 5 procent, nie musi oznaczać, że gospodarki nic nie hamuje. Przecież mogłaby rosnąć jeszcze szybciej, chociaż zdaniem P. Bujaka wiązałoby to się z ryzykiem rozchwiania na przykład rynku nieruchomości (być może nieco w stylu tego co działo się w 2007 roku, kiedy przy bardzo szybkim wzroście PKB i szybkim wzroście kredytów, ceny mieszkań szły w górę jak szalone).

Po drugie, zdaniem głównego ekonomisty Credit Agricole Bank Polska Jakuba Borowskiego, powolny wzrost kredytów i podaży pieniądza nie spowalnia gospodarki, bo mamy dość specyficzną strukturę tego wzrostu.

Jakub Borowski napisał swoim tweecie "przez jakiś czas" i to doprowadza nas do kolejnego ważnego pytania.

Jak długo tak można?

Oczywiście, jak to zwykle w gospodarce bywa, odpowiedź brzmi: to zależy.

Czyli można się obawiać, że jeśli sytuacja by się nie zmieniała przez kolejnych kilkanaście miesięcy, to w efekcie gospodarka faktycznie zaczęłaby zwalniać. Ale proszę tego nie traktować jak prognozy.

Przez te kilkanaście miesięcy może wydarzyć się dużo rzeczy, z ponownym ożywieniem kredytowym na czele - tak samo jak w latach 2005-2007, zaraz po 2004, kiedy ostatni raz mieliśmy wzrost podaży pieniądza mniejszy niż wzrost PKB.

Wtedy sytuacja ponownie stanie się normalna. Dzisiaj jest bardzo ciekawa i trochę dziwna.