Trump nie mógł wymyślić nic głupszego niż wojna handlowa z resztą świata

Rafał Hirsch
To na pewno będzie jedno z najważniejszych wydarzeń roku 2018. Nie tylko gospodarczych, ale potencjalnie także politycznych. Być może jesteśmy na początku drogi do globalnego kryzysu, choć na pewno da się go jeszcze uniknąć. Bez wątpienia jednak Trump pokazał, jak fatalnie błędny jest jego sposób myślenia o globalnej gospodarce i roli USA w świecie.

Przepis na upadek roli USA

Jeśli ktoś chciałby doprowadzić do poważnego osłabienia gospodarczej hegemonii Stanów Zjednoczonych na świecie (która generalnie dla świata jest dobra), to powinien zrobić dwie rzeczy jednocześnie. Powinien maksymalnie jak najmocniej nadmuchać amerykańską dziurę budżetową, tak aby jak najmocniej uzależnić USA od finansowania z zewnątrz, po czym powinien całemu światu znacząco to finansowanie utrudnić.

Donald Trump to pierwsze już zrobił, a teraz bardzo stara się osiągnąć to drugie. Oczywiście nie robi tego świadomie, po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje mogą mieć jego działania. Zapowiedź nałożenia ceł na importowane aluminium i stal może być tylko początkiem większej wojny handlowej z całym światem, jeśli Trump rzeczywiście chce zlikwidować amerykański deficyt handlowy. A nie ma powodu, żeby mu nie wierzyć, bo powtarza to od lat przy każdej nadarzającej się okazji. Ostatnio napisał też, że "wojny handlowe są dobre i łatwo je wygrać" (trade wars are good and easy to win).

Świat oparty na amerykańskim dolarze, długu i deficycie handlowym

Dziś Stany Zjednoczone są w absolutnie wyjątkowej sytuacji na świecie. Są krajem najpotężniejszym militarnie i gospodarczo. Światowy system gospodarczy oparty jest na amerykańskim dolarze, ale także na amerykańskim długu i amerykańskim deficycie handlowym.

Dolar jest oczywiście najważniejszą walutą świata, którą posługują się prawie wszyscy, w której wartość nikt nie wątpi i która jest fundamentem rezerw walutowych absolutnie wszystkich państw na świecie, które takie rezerwy posiadają. Spora część inwestycji rozwojowych na całym świecie, a zwłaszcza w jego biedniejszej części jest finansowana przez kredyty w dolarach.

Dlatego amerykański dolar jest prawie na całym świecie obiektem pożądania i to zarówno ze strony zwykłych ludzi, jak i ze strony rządów. Nie są w stanie mu zagrozić ani chiński juan, ani bitcoin, ani euro czy frank szwajcarski. Dolar USA jest w swojej, osobnej lidze.

Z kolei amerykański dług, czyli obligacje emitowane przez rząd w Waszyngtonie, jest uznawany za absolutnie najbezpieczniejszą inwestycję świata. Jeśli tylko więc rządy albo jakieś większe instytucje finansowe na świecie (banki, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe) mają jakiś zapas dolarów, to najchętniej inwestują ten zapas w amerykański dług. Takie przeświadczenie całego świata jest dla Waszyngtonu niesamowicie wygodne – to jeden z największych atutów amerykańskiego państwa. Dziś Amerykanie mogą mieć dowolnie dużą dziurę w budżecie i nigdy nie mają problemu z tym, żeby ją sfinansować. Cały świat chętnie pożyczy amerykańskiemu rządowi swoje dolary nawet na niewielki procent.

Rynek finansowy może się przestraszyć finansów Grecji, Argentyny czy Polski, ale prawdopodobieństwo tego, że wystraszy się ryzyka niewypłacalności Stanów Zjednoczonych jest zerowe. Mówiąc precyzyjniej: jest zerowe dzisiaj. Przyszłości nie znamy.

Kluczowa rola deficytu handlowego USA

Mamy więc globalny system oparty na dolarze. Jest jednak jeden warunek, który musi być spełniony, aby ten system działał sprawnie. Dostęp do dolara musi być stosunkowo łatwy na całym świecie. Aby tak było, potrzebne są: wolny rynek, globalizacja i duuuży deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych. No bo skąd te wszystkie małe i biedne państwa w Azji, Afryce czy nawet Europie mają te dolary, którymi potem finansują amerykańską dziurę budżetową, pozyskać? Oczywiście mogą je pożyczyć, ale znacznie wygodniej je zarobić eksportując coś do USA.

Nie każde państwo handluje z USA bezpośrednio i na dużą skalę, ale każde handluje z kimś, kto na końcu jest głównym partnerem handlowym Stanów Zjednoczonych. Chodzi generalnie o to, że kiedy USA mają duży deficyt handlowy, czyli znacznie więcej importują niż eksportują, to tym samym pompują miliardy swoich dolarów do gospodarki światowej. Za każdą zaimportowaną rzecz płacą dolarami komuś, kto znajduje się poza granicami USA. Tak więc dzięki deficytowi handlowemu Amerykanie podtrzymują kluczową rolę dolara na świecie.

Oczywiście w historii były momenty, w których USA miały zamiast deficytu nadwyżkę handlową, ale w ostatnich 40 latach było tak tylko raz i trwało to naprawdę krótko (za Billa Clintona). Wcześniej były inne czasy, bo nie było globalizacji, a jeszcze wcześniej mieliśmy system sztywnych kursów walutowych powiązanych za pośrednictwem dolara z wartością złota. W czasach gospodarki zliberalizowanej i zglobalizowanej USA mają deficyt handlowy prawie bez przerwy.

Co ciekawe, ten deficyt jest mniejszy wtedy, kiedy gospodarka światowa rośnie wolniej, albo wręcz ma recesję, natomiast w czasach ożywienia gospodarczego amerykański deficyt handlowy szybko się powiększa. Im lepiej na świecie, tym gorzej w handlu zagranicznym USA. Najwyraźniej taki jest koszt bycia najpotężniejszym elementem światowej układanki gospodarczej. Ale ten koszt jest niczym w porównaniu z ogromnymi korzyściami jakie Ameryka ma z powodu roli dolara i obligacji USA w świecie.

No i teraz przychodzi Donald Trump i mówi, że chce zlikwidować amerykański deficyt handlowy i mówi to zupełnie serio.

O co chodzi Trumpowi?

Trump robi to, bo głęboko i szczerze wierzy w to, że Ameryka na tym deficycie traci. Wolałby mieć nadwyżkę handlową, czyli uzyskiwać z zagranicy więcej dolarów, niż wydaje na zakupy za granicą w postaci importu. Innymi słowy, według Trumpa celem Stanów Zjednoczonych powinno być zarabianie kosztem reszty świata. "Kosztem" bo zdaje się, że Trump tak właśnie to postrzega, wielokrotnie mówi, że dziś to reszta świata zarabia "kosztem" Stanów Zjednoczonych.

Donald Trump myśląc w ten sposób widzi państwo tak samo jak przedsiębiorstwo. Dla każdej firmy jak największe wpływy z eksportu są czymś dobrym. Można wtedy zdobyć pozycję na rynkach zagranicznych i w efekcie stać się w przyszłość firmą jeszcze bardziej potężną i w efekcie więcej zarobić. Zarabianie jest przecież głównym celem każdej firmy.

Trump zupełnie nie bierze pod uwagę, że państwo to nie firma i nie dostrzega tej zawiłości związanej z rolą dolara w świecie. Pomija to, że jeśli przestanie pompować dolary do świata za pomocą importu, a zacznie poprzez swój eksport te dolary światu odbierać, to tym samym zacznie podkopywać rolę amerykańskiej waluty.

Wtedy inne państwa nie będą mieć czym zasilać swoich rezerw walutowych, a co za tym idzie, nie będą miały czego inwestować w amerykańskie obligacje. W efekcie globalny popyt na amerykański dług może spaść. Wtedy cena tych obligacji też spadnie, co będzie oznaczać większe wydatki na obsługę tego długu dla amerykańskiego rządu.

To mało ciekawy scenariusz zwłaszcza teraz, kiedy w wyniku obniżki podatków deficyt budżetowy USA ma sięgnąć blisko biliona dolarów rocznie, czyli ponad 5 procent ich PKB. Co ważne, taka ma być wielkość tej dziury przy całkiem niezłym tempie wzrostu gospodarczego. W razie spowolnienia ten deficyt będzie zapewne wyraźnie większy.

To wszystko może w końcu doprowadzić do tego, że świat może zacząć powątpiewać w absolutną i nienaruszalną reputację i solidność długu USA. A to byłaby najgorsza rzecz, jaka mogłaby się Stanom Zjednoczonym przytrafić.

To oczywiście nie jest scenariusz bazowy, ale potencjalnie taki łańcuch wydarzeń może się światu przytrafić. Prezydent Stanów Zjednoczonych powinien to wiedzieć, tak samo jak powinien wiedzieć, że po pierwsze państwa to nie przedsiębiorstwa, a po drugie USA to nie takie samo państwo jak każde inne. Jeśli tego nie wie, albo w to nie wierzy, to można podejrzewać, że jest delikatnie mówiąc mało mądry.

Na ten trop pośrednio wskazuje reakcja na zapowiedziane wprowadzenie cła ze strony przedstawiciel Chin. Powiedział on, że to po prostu głupi ruch. Co ciekawe jego reakcja była zdecydowanie bardziej stonowana niż pełne irytacji komentarze ze strony np. Kanady czy Komisji Europejskiej. Można podejrzewać, że akurat Chińczykom taka samobójcza strategia Ameryki podkopująca rolę dolara na świecie może się podobać.

Z drugiej strony, członek Fed William Dudley, prezentując wielką wiarę w dolara powiedział, że Trump wprowadzając cła i tak nie zlikwiduje ani nie ograniczy deficytu handlowego, tylko co najwyżej zmieni jego strukturę. Dudley w przeciwieństwie do Trumpa wie, skąd się ten deficyt bierze i z czym jest związany.

Ryzyko tego, że Trump samodzielnie umniejszy rolę dolara w świecie i przeciwnie do swojego hasła „Make America Great Again” uczyni swój kraj mniej wielkim i potężnym, jest więc małe. Ale istnieje ryzyko inne, również groźne i niestety znacznie bardziej prawdopodobne.

Inne ryzyko

To ryzyko rozpętania światowej wojny handlowej na większą skalę. Szef Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker już zapowiedział kroki odwetowe (cła na produkty Harley'a Davidsona, Levi’s i na niektóre alkohole), po czym Trump zagroził kolejnymi krokami odwetowymi w reakcji na kroki odwetowe z Europy - miałby oclić samochody europejskich firm. W ten sposób wojnę handlową można eskalować praktycznie bez końca.

W efekcie wszystko może stać się droższe i trudniej dostępne, co samo w sobie może oznaczać pogorszenie jakości życia w wielu miejscach na świecie. Jeszcze gorszym efektem może być wprowadzenie nastroju dużej niepewności gospodarczej praktycznie na całym świecie.

Firmy przestaną inwestować, jeśli nie będą wiedzieć, czy mają wpisywać do swoich biznesplanów cła czy nie. A jeśli tak to jakie, w jakiej skali i na których rynkach. Te firmy, których to nie przestraszy, mogą mieć problem ze sfinansowaniem swoich inwestycji, bo trudniej będzie dostać kredyt w banku albo kapitał od inwestorów. Z tych samych powodów finansowanie inwestycji swoim kapitałem będzie bardziej ryzykowne.

To wszystko może doprowadzić do ograniczenia skali produkcji, a więc do recesji, a więc także do ograniczania zatrudnienia, a więc do wzrostu bezrobocia. Recesja może też doprowadzić wiele firm do bankructwa, a te z kolei mogą zatruć system bankowy, jeśli będą problemy z odzyskaniem kredytów udzielonych upadłym firmom. Zatruty system bankowy może oznaczać spore problemy także wśród wcześniej zupełnie zdrowych przedsiębiorstw, które nagle zostaną odcięte od linii kredytowych w bankach, bo banki nie będą miały innego wyjścia.

To brzmi nieprawdopodobnie, bo to scenariusz skrajnie negatywny, ale zawsze trzeba pamiętać, że to już się kiedyś ludzkości przydarzyło. Jakieś 80 lat temu, w latach trzydziestych XX wieku. 

Jak z tego wyjść?

Wygląda na to, że dziś w zetknięciu z wyraźnie pobudzonym Donaldem Trumpem reszta świata powinna się pohamować i ograniczyć kroki odwetowe do gestów czysto symbolicznych, ale w rzeczywistości nieistotnych. Takich, których celem będzie tylko ochrona własnej reputacji w oczach swoich wyborców, ale nie nasilenie wojny handlowej. Warunkiem koniecznym realizacji najgorszego scenariusza jest bowiem spirala niekończących się kroków odwetowych. Byłoby lepiej gdyby J.C Juncker został przy cłach na dżinsy od Levisa i nie próbował oclić na przykład Forda, filmów z Hollywood albo iPhonów. 

A wpływowi Amerykanie w Kongresie, w Fed i w bliskim kręgu współpracowników prezydenta USA powinni wywalczyć u niego dopisanie do przepisów o taryfach celnych jak najwięcej wyjątków, tak aby ich przełożenie na handel globalny było jak najmniejsze.

Wtedy stracą głównie sami Amerykanie, bo cła na stal i aluminium przyniosą więcej krzywdy amerykańskim firmom korzystającym z tych surowców, niż korzyści amerykańskim producentom stali czy aluminium, którzy zatrudniają około 130 tysięcy ludzi.

Firmy, które muszą kupować stal i aluminium i których funkcjonowanie po wprowadzeniu cła się pogorszy, zatrudniają w USA ponad 6 milionów ludzi. Rachunek jest więc prosty. Chociaż Donald Trump liczy to najwyraźniej jakoś inaczej.