"Męskie Granie" od kulis - nawet nie zauważyliśmy, kiedy wyrósł nam najbardziej kultowy festiwal w Polsce

"Męskie Granie" w tym roku wybrzmiało szczególnie mocno. Impreza, która cieszy się rekordową popularnością na stałe wpisała się z muzyczny krajobraz polski. Zmieniła artystów i publiczność. Jak wygląda od kulis i skąd bierze się fenomen jej wyjątkowości? Rozmawiamy o tym z Arkadiuszem Stolarskim, szefem agencji LIVE, która przygotowuje i organizuje koncerty "Męskiego Grania".

Męskie Granie można określić, jako połączenie trasy koncertowej z festiwalem muzycznym. To dość nietypowy pomysł. Skąd się wziął?

Nowatorskość "Męskiego Grania" polegała na tym, że wspólnie z marką Żywiec i agencją Just zdecydowaliśmy się stworzyć wydarzenia miejskie i oprzeć cały koncept tylko i wyłącznie na polskich wykonawcach. Podjęliśmy taką decyzję świadomi tego, że wiele innych festiwali zapraszało gwiazdy zagraniczne. Sporo było też w Polsce imprez otwartych, niebiletowanych. My zdecydowaliśmy się zrobić imprezę w oparciu o polskich wykonawców i biletowaną, co rodziło wątpliwości: czy to się uda? Jak widać udało nam się zbudować niecodzienny format miejskiej trasy koncertowej, który jest obecny w kilku największych miastach w Polsce.

Dziś, z perspektywy lat "Męskie Granie" można już określić, jako sukces. Ale osiem lat temu decyzja o jego stworzeniu była dość odważna.

Frekwencje po ośmiu latach budowania tego formatu wynosi dziś około 50 tys. osób, a to już czyni "Męskie Granie" znaczącym festiwalem o skali na przykład "Openera". Sądzę, że to ile dziś sprzedajemy biletów jest potwierdzeniem sukcesu. Polscy wykonawcy są interesujący.

A co leży u podstaw tego sukcesu?

Męskie Granie tworzą ludzie, których pasją jest muzyka. Ta pasja sprawiła, że funkcjonowaliśmy w środowisku muzycznym, mieliśmy okazję współpracować z wieloma artystami, których później zaprosiliśmy do "Męskiego Grania". Na początku nie każdy wykonawca szybko decydował się na współpracę, bo nie był pewien, w jaką stronę to pójdzie. Podczas pierwszej edycji "Męskiego Grania" ważną rolę odegrał Wojciech Waglewski, który swoją osobowością i renomą zagwarantował, jakość temu przedsięwzięciu. Wojtek jest autorytetem nie tylko dla publiczności, która chodzi na koncerty, ale i środowiska muzycznego. Był naszym ambasadorem w branży. Po pierwszej edycji wszyscy przekonali się, że "Męskie Granie" wyróżnia się, ponieważ
szczególnie szanuje i ceni polskich artystów.

Arkadiusz Stolarski -   szef agencji LIVE, która przygotowuje i organizuje koncerty 'Męskiego
Grania', jeden z  głównych kreatorów imprezy.Arkadiusz Stolarski - szef agencji LIVE, która przygotowuje i organizuje koncerty 'Męskiego Grania', jeden z głównych kreatorów imprezy. Fot. LIVE

Czyli "Męskie Granie" od początku tworzyło specjalną przestrzeń nie tylko dla publiczności, ale i artystów?

Tak, ale to zapewnił mecenat "Żywca", który potrafił świetnie wyważyć proporcje pomiędzy kreowaniem marki, a szacunkiem dla artystów. Żywiec docenia dorobek muzyków, traktuje ich, jako autorytety, darzy dużym szacunkiem. Z wzajemnością zresztą. Ten projekt to ewenement, by jedna marka przez osiem lat inwestowała w tworzenie muzycznego formatu. To zarówno muzykom, jak i nam, jako organizatorom dawało sporo swobody i dodawało wartości. Dziś "Męskie Granie" to solidna marka, a polscy artyści chętnie biorą udział w naszych koncertach, bo wiedzą jak wielki
prestiż niesie ze sobą ten format, jaką artystyczną swobodę zapewnia jednocześnie przy świetnej oprawie i bardzo świadomej muzycznie publiczności.

A co w tegorocznej edycji "Męskiego Grania" jest według pana najbardziej godne zapamiętania?

Sądzę, że rzeczy niespodziewane. Dążymy do tego, aby na "Męskim Graniu" artyści prezentowali program, którego nie można usłyszeć nigdzie indziej, na standardowym koncercie danego muzyka. Naszym oczekiwaniem jest to, by artyści przygotowywali projekty specjalne, żeby zapraszali gości, przearanżowywali swoje utwory. W tym roku wielką niespodzianką dla mnie był Zbyszek Hołdys, który w Katowicach zagrał ze Krzysztofem Zalewski, ciągle młodym i wschodzącym artystą. Hołdys,
który swą działalność muzyczną zawiesił na kołku dawno temu i zajął się bardziej pisaniem wiedział, że "Męskie Granie" zapewni mu warunki do powrotu. Wiedział, jakiej publiczności można się spodziewać - nieprzypadkowej, wrażliwej na muzykę. Zdecydował się zagrać dwa utwory. Wiem, bo rozmawiałem ze Zbyszkiem, że dla niego to było bardzo duże wyzwanie, a jednocześnie przetarcie szlaku, by być może w przyszłym roku zrobić (…) coś więcej. Innym artystą, którego bardzo szanujemy,
my, muzycy i publiczność jest Janek Borysewicz, który zagrał pierwszy raz na Męskim
Graniu zarówno z MG Orkiestrą jak i Organkiem. Szczególnym dla mnie wydarzeniem było zaproszenie przez Wojtka Mazzolewskiego do wspólnego grania w Krakowie legend polskiej sceny punkowej: Tomka Lipińskiego (Tilt), Tomasz Budzyńskiego (Siekiera), Roberta Brylewskiego (Brygada Kryzys) i Roberta „Robala” Matery (Dezerter).

Czyli "Męskie Granie" premiuje artystów ambitnych?

Możemy się pochwalić, że w pewnym sensie na nowo definiujemy polską scenę muzyczną. Udało się nam stworzyć takie warunki muzykom, które sprawiają, że nie boją się grać utworów trudniejszych w odbiorze. Wiedząc, dla jakiej publiczności grają, sięgają, bo dzieła ambitniejsze. "Męskie Granie" jako format stał się też trampoliną dla młodych wykonawców. Publiczność ma możliwość zobaczenia na jednym koncercie oprócz czołówki polskiej sceny również tych młodych, zapowiadających się dobrze
artystów.

Właśnie, porozmawiajmy o składzie Orkiestry. Jak pan ich ocenia jako artystów?

Uważam, że ostatnia płyta Moniki Brodki idzie "pod włos", jest ambitna, zrobiona inaczej, co świadczy o jej dużym doświadczeniu i ugruntowanej pozycji. Monika zrobiła płytę, która nie schlebia publiczności. Piotr Rogucki długo nie mieścił się w konwencji "Męskiego Grania", ale w tym roku postanowiliśmy nieco zaryzykować licząc na ciekawe sceniczne zderzenie. Dla mnie Rogucki to największe tegoroczne odkrycie. Jest doskonałym "spoiwem" pomiędzy niezależną i kobiecą Brodką, a Organkiem, które ma swoje "pięć" a może i "dziesięć minut". Rogucki wprowadza do orkiestry naprawdę pozytywną energię. To daje efekty na scenie. Trójka artystów zderza się na niej, co daje
nową jakość. W trakcie koncertów pojawiają się po prostu wyjątkowe aranże, często połączone w zaskakujący sposób jak choćby utwory "Republiki", "Bandy i Wandy" czy "Tiltu".

Piotr RoguckiPiotr Rogucki Fot. Adam Stpie / Agencja Gazeta

A czy według pana artyści dzielą się na tych "komercyjnych" i "prawdziwych"?

Dla mnie wartością artysty w pierwszej kolejności jest jego dzieło. A jeśli uzyskuje akceptację dużej rzeszy odbiorców można to uznać za sytuację idealną. Artyści, którzy występują w "Męskim Graniu" nie określiłbym, jako łatwych w odbiorze, nie należą do mainstreamu, a mimo to udaje się nam każdego roku sprzedać komplet biletu w każdym mieście. Jesteśmy trasą koncertową, która bazuje na autorytetach.

Czy ma pan jakieś szczególnie marzenia dotyczące artystów, którzy powinni wystąpić na "Męskim Graniu"?

Tak, to artyści, których jeszcze nie znam, których nawet jeszcze nie ma. Mam w pamięci piękną scenę związaną z Darią Zawiałow, którą zaprosiliśmy w tym roku. Po koncercie zagranym w Poznaniu już za kulisami stwierdziła: "Sześć lat temu była na Męskim Graniu, miałam naście lat i marzyłam, że kiedyś tu wystąpię. I to marzenie się spełniło". To wspaniale, że możemy pomóc artystom tego formatu.

A jak zmieniała się publiczność "Męskiego Grania"?

Z roku na rok nasza impreza ma coraz większą publiczność, ale widzimy też, że ten rok jest szczególny dla innych festiwali. Spory sukces odniosła tegoroczna edycja Tauron Nowa Muzyka Katowice, Opener również zaliczył rekordową jednodniową sprzedaż. Widzimy też jak zmienia się drugi format, który realizujemy we współpracy z Żywcem czyli "Miejskie Granie". W tym roku zagrało w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu w miejscach, gdzie oprócz kontaktu z filmem czy różnego rodzaju artystami publiczność może usłyszeć młode zespoły takie jak Xxanaxx, Zamilska, Julia Marcell, Kroki, Kortez i tak dalej. W tym roku na tych imprezach jest dużo więcej ludzi niż na "Męskim Graniu”, kiedy zaczynaliśmy w 2010 r. "Miejskie Granie" miało być w założeniu małą formą, a w tej chwili pod względem frekwencji są naprawdę duże. A to świadczy tylko o tym, że jest zapotrzebowanie na tego typu formę spędzania wolnego czasu, bo tym właśnie stały się nasze imprezy. Myślę, że bez wątpienia w jakimś sensie przyczyniliśmy się do wykształcenia publiczności i artystów, którzy definiują się "Męskim Graniem". Niezwykłe jest też to, że publiczność, która przychodzi na koncerty jest wielopokoleniowa.

To zwiększenie zapotrzebowania sprawi, że festiwal będzie się zmieniał?

Oczywiście, bo przecież "Męskie Granie" ewoluuje i to od początku. Kiedyś myśleliśmy, że dobrym pomysłem jest granie w pomieszczeniach zamkniętych, dziś zdecydowanie wolimy plenery, a na imprezę przychodzi co najmniej 5000 osób. Na początku cieszyliśmy się widząc 1000 widzów. W  zeszłym roku rozwijając "Męskie Granie" uruchomiliśmy małą scenę, na którą zapraszamy młode zespoły. Mają szansę zagrać dla tej samej publiczności, która przyszła na Brodkę czy Organka. To jest niezwykła szansa i niezwykle warunki, by pozwolić się poznać, to często jest trampolina do dalszej
kariery. Formuła "Męskiego Grania" jest stworzona w taki sposób, by dać szansę publiczności na poznanie jakiegoś spektrum nowej, świeżej muzyki, po to, by później, jesienią, mogła pójść na pełnowymiarowy koncert konkretnego zespołu, który zobaczyła i polubiła dzięki naszemu festiwalowi. Po tegorocznej edycji "Męskiego Grania" z pewnością podejmiemy decyzję o tym, w jaką stronę powinien zmierzać festiwal, być może zdecydujemy się na uruchomienie dodatkowej sceny,
czas pokaże.

A co może pan powiedzieć o kuchni "Męskiego grania"?

Każdą imprezę obsługuje ponad 200 osób. Oprócz tego na wcześniejszym etapie przygotowań - promocji, teledysku, sesji fotograficznych, działań PR - pracuje dodatkowy sztab ludzi. Przy produkcji koncertów współpracujemy z najlepszymi specjalistami i mamy naprawdę wielu cenionych ludzi w zespole takich jak Karramba, Janek Taraszkiewicz, Darek „Filek” Filozof, Paweł „Spider” Pająk czy
Krzysztof Bąk - dyrektor wykonawczy trasy.

Oprawa sceniczna imprezy faktycznie wygląda imponująco. Kto za tym stoi?

Za reżyserię, realizację i produkcje całej oprawy wizualnej MG odpowiada Paweł "Spider" Pająk. Na "Męskim Graniu" po raz pierwszy na świecie używany jest Media Server Gx2 angielskiej firmy D3 wraz z oprogramowaniem służącym do tworzenia obrazów video w czasie rzeczywistym. W tej chwili korzystają z niego na swoich na światowych trasach zespoły U2 czy Queen. Podczas festiwalu swoje
światowe premiery miał też specjalny sprzęt oświetleniowy. To wszystko pokazuje jak zaawansowana technologicznie jest tegoroczna trasa.

Organizacja "Męskiego Grania" jest sporym wyzwaniem - mamy siedem koncertów, siedem razy musimy wszystko zmontować i rozmontować. Za każdym razem 200 osób, które obsługuje trasę musi gdzieś przenocować, mieć zapewnione wyżywienie. Sprzęt i scena jest przewożona 22 tirami - musimy znaleźć dla tych pojazdów parkingi, zapewnić ich dojazd na czas, a do pokonania mają łącznie 6072 kilometry. Podczas ośmiu lat pracy nad  trasą stworzył się sztab kilkunastu osób, które rozumieją się bez słów i wiedzą, co trzeba zrobić.

Skąd pomysł na interaktywny teledysk promujący tegoroczny hymn?

To pomysł agencji VML, która odpowiada za aktywność w social mediach. Zawsze staramy się prowokować ciekawy proces twórczy. To dotyczy również teledysku, który można obejrzeć w trzech różnych formatach: smutnym, wesołym i podstawowym. Zdecydowaliśmy się na taką formę promocji, bo każdy aspekt festiwalu ma mieć w sobie jakiś pierwiastek kreatywny, twórczy.

Jak remiksować teledysk emocjami - aplikacja Męskie Granie

Czy sądzi pan, że kontakt z żywą muzyką da się zastąpić nowoczesną technologią?

Myślę, że bezpośredni kontakt z muzyką jest nie do zastąpienia. Ilość bodźców i niuansów, które daje tylko żywa muzyka nie da się niczym zamienić. Oczywiście, że technologia jest ważna, mam dzieci, które same tworzą własne płyty, playlisty, bo sposób "konsumpcji" muzyki się zmienia, zmierza w kierunku indywidualnych potrzeb zależnych od nastroju, okoliczności itp. Z drugiej strony do łask wraca płyta analogowa, coraz więcej zespołów chce wydać swój materiał na czarnym winylu.

Nie boicie się nowych technologii?

Nie, aktywnie z nich korzystamy. Na wielu płaszczyznach. W tym roku Krzysztof Zalewski na koncercie w Katowicach dzięki technologii zaśpiewał z Natalią Przybysz, mimo, że jej nie było. Natalia zaśpiewała z nim na ekranie. To świetne wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań, bo wyglądało to rewelacyjnie, jakby naprawdę razem śpiewali. Podobnym przykładem jest streaming - finałowy koncert "Męskiego Grania" obejrzało w zeszłym roku 350 tys. osób. Korzystamy też z Facebooka - fanpage Męskiego Grania obserwuje 250 tys. osób, z którymi się komunikujemy i wymieniamy poglądami. Technologia pomaga nam tworzyć żywą społeczność.

Jak pan ocenią zmianę roli mediów w procesie promowania artystów? Kiedyś liczyło się głównie radio, potem telewizja. Dzisiaj odbiorcy mają YouTube i całą masę innych kanałów, które pozwalają dotrzeć do artystów.

To faktycznie odwieczne pytanie: kiedy artysta miał łatwiej. Czy kiedyś, kiedy nie miał takiej technologii, a materiał było trudniej wyprodukować? Pamiętajmy jednak, że wtedy było mniej zespołów, mniej mediów, ktoś, kto już zaistniał w mediach, np. radiowej Trójce, łatwiej docierał do publiczności. Radiowa "Trójka" zawsze zresztą była dla mnie autorytetem w kwestiach muzycznych i "Męskie Granie" od początku zostało z nią skojarzone. Zaczęliśmy współpracować, bo "Trójka" gra ten rodzaj muzyki. W radiu są też ludzie rozumiejący nasz format jak choćby Piotr Stelmach, który jest bez wątpienia osobą bardzo mocno promującą na antenie młode polskie zespoły, zwłaszcza rockowe. Od zawsze pełni rolę autorytetu muzycznego. Jego narracja konferansjerska na Męskim Graniu przypomina audycje radiowe - opowiada historie związane z muzyką, artystą.

Męskie Granie w Katowicach 2017Męskie Granie w Katowicach 2017 Damian Kramski/LIVE / FgI

A pan lubi całą tę muzyczną chmurę? Jest pan w końcu człowiekiem, który żyje muzyką na żywo.

Muzyka dociera do mnie z różnych źródeł również z YouTube, słucham radia, rzadziej z telewizji, korzystam z różnych aplikacji. Sądzę, że to niezwykłe, a najlepszym dowodem na to, że muzyczne innowacje mogą być inspirujące będzie cytat z Tomasza Stańki. Zapytany przez jakiegoś dziennikarza jaki jest jego ulubiony zespół odpowiedział "Mieszaj utwory". Funkcja dostępna na iPadzie jest czasem najlepszym często bardzo zaskakującym wyborem.

A teraz chciałbym spytać o to, o czym dżentelmeni nie rozmawiają. Czy "Męskie Granie" to dobry biznes?

Bez zaufania i wsparcia marki Żywiec taka jakość, taka skala nie byłaby możliwa. Czy "Męskie Granie" to przedsięwzięcie, które można rozpatrywać w skali biznesowej? Bez wsparcia sponsora impreza kulturalna na poziomie, który chcemy prezentować nie byłaby możliwa. Gdyby chodziło nam o pieniądze moglibyśmy znacznie podnieść ceny biletu. My szukamy jednak kompromisu, dlatego cena biletu jest ustalona na dostępnym dla fana muzyki poziomie. Poza tym Męskie Granie daje pracę setkom ludzi. W tym aspekcie można oceniać to jako dobrze prosperujący biznes.

Wygląda więc na to, że nie raz jeszcze zobaczymy się i usłyszymy na koncercie "Męskiego Grania"?

Jestem tego pewien i gorąco zapraszam.