Rosną jak na drożdżach, ale wzbudzają też kontrowersje. Wkrótce Polacy będą mogli zainwestować w Robinhooda

W poszukiwaniu atrakcyjnych form inwestowania Polacy mogą (i robią to!) kierować swoją uwagę także na rynki zagraniczne i nieco mniej popularne rozwiązania niż np. lokaty bankowe czy fundusze inwestycyjne. Jedną z takich interesujących opcji może być udział w IPO, czyli tzw. pierwszej ofercie publicznej (IPO). Wkrótce inwestorzy z całego świata - także znad Wisły - będą mogli zainwestować w spółkę Robinhood, czyli dużą, amerykańską firmę brokerską, o której szczególnie w ostatnich miesiącach było naprawdę głośno.

IPO - co to jest?

IPO (Initial Public Offer, po polsku: pierwsza oferta publiczna) to szczególny moment w życiu każdej spółki. Najprościej rzecz ujmując, to jej debiut na giełdzie - pierwszy raz, gdy inwestorom oferuje się objęcie udziałów w danym przedsiębiorstwie.

Osoby zainteresowane udziałem w ogłoszonym IPO dokonują tzw. zapisów na akcje, czyli określają, ile udziałów chcieliby objąć (przy danej cenie ulokowania). Co ważne, nierzadko pierwsze oferty publiczne cieszą się tak dużym zainteresowaniem inwestorów, że konieczna jest redukcja zapisów. Dzieje się tak w sytuacji, gdy popyt na akcje przewyższa ich podaż. Wówczas udziały są zwykle przydzielane proporcjonalnie - czyli jeśli np. konieczna jest 50-krotna redukcja, to osoba, która zapisała się na 100 akcji spółki, ostatecznie otrzymuje tylko dwie.

IPO cieszą się zainteresowaniem inwestorów na całym świecie. Wiele przykładów pokazuje, że może to być atrakcyjna forma inwestycji i akcje debiutującej, rozwijającej się spółki zwyżkują. Szczególnie, jeśli inwestorów w kwestii stabilności spółki oraz realności jej planów na przyszłość przekonuje prospekt emisyjny. To dokument, który jest niezbędnym warunkiem debiutu na giełdzie.  Przedsiębiorstwo szczegółowo informuje w nim o swojej sytuacji finansowej oraz projektach rozwojowych.

W Polsce IPO to rzadkość. W 2020 r. na giełdzie zadebiutowało raptem 19 spółek, z czego tylko pięć na głównym parkiecie. W ogóle - cała Europa raczej "nie stoi" licznymi debiutami giełdowymi, w 2020 r. doszło raptem do 135 takich wydarzeń na rynku. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych było ich czterokrotnie więcej - aż 552. Nic dziwnego więc, że część inwestorów z Europy - także w Polski - z zainteresowaniem spogląda na amerykański rynek, widząc na nim okazje do dywersyfikacji portfela inwestycyjnego.

IPO potrafią dać duże zyski, ale i straty

Żeby nie było wątpliwości - IPO zawsze wiążą się z ryzykiem. Czy chodzi o debiut w Polsce czy w USA - nigdy nie ma żadnej gwarancji, że inwestycja w giełdowego debiutanta w założonym przez inwestora horyzoncie czasowym przyniesie zyski, a nie straty. Tym bardziej, że często inwestorów (wszystkich albo część) wiąże tzw. lock-up. To okres, w którym nie mogą sprzedać akcji nabytych w ramach IPO (a teoretycznie może się zdarzyć, że po piorunującym debiucie, w kolejnych tygodniach spółka nie będzie radziła sobie już tak dobrze na giełdzie). Zwykle dla IPO na amerykańskiej giełdzie wynosi 93 dni, chociaż oczywiście wszystko zależy od konkretnej sytuacji.

Historia zna wiele przykładów zarówno imponujących zysków na IPO na amerykańskiej giełdzie, jak i przykrych strat. Pokaźne wzrosty - czasem rzędu nawet ponad 100-200 proc. - odnotowały w ostatnich miesiącach choćby spółki: Eargo (producent urządzeń medycznych; wzrost 205 proc. po lock-upie), BioAtla (producent farmaceutyczny; 294 proc. zysku), Upstart (platforma pożyczkowa; 475 proc.) czy AirBnB (twórca platformy do krótkoterminowej wynajmu nieruchomości; 189 proc.).

Oczywiście to te najbardziej udane debiuty, wiele innych przyniosło zyski, ale mniejsze, np. Telus International (firma telekomunikacyjna; 25 proc.), Affirm (firma pożyczkowa; 42 proc.) czy AbCellera (firma biofarmaceutyczna; 34 proc.).

Z drugiej strony, nie brakuje i IPO, które mogą być przestrogą dla inwestorów liczących na szybki i łatwy zysk. Przykłady? Ot, choćby debiut firmy Gracell Biotechnologies (firma badawcza z branży medycznej; strata 27 proc. po lock-upie), Sana Biotechnology (firma biotechnologiczna;  strata 25 proc.), Root Insurance (spółka ubezpieczeniowa;  strata 24 proc.) czy Wish (internetowa platforma sprzedażowa; strata 28 proc.).

Wszystkie te historie pokazują dwie kluczowe prawdy. Po pierwsze - IPO nigdy nie są złotym środkiem dla inwestorów, zawsze wiąże się z nimi ryzyko inwestycyjne. Po drugie - że zawsze należy stosować dywersyfikację, czyli nigdy nie inwestować wszystkich środków w dane IPO. Inwestorzy powinni na wiele różnych sposobów zabezpieczać się, m.in. inwestując także w inne aktywa.

Robinhood wchodzi na giełdę

Jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń na giełdzie w USA w 2021 r. będzie IPO firmy Robinhood. To bardzo popularna amerykańska firma brokerska. Oferuje aplikację mobilną i system internetowy, których użytkownicy mogą - przy zerowej prowizji - inwestować w wiele instrumentów finansowych, m.in. w akcje, ETF-y, opcje czy kryptowaluty.

Spółka może pochwalić się imponującymi liczbami. We wrześniu 2020 r. była wyceniana na ok. 11,7 mld dolarów, ale w po złożeniu wniosku o IPO jej wartość mogła podskoczyć nawet do 40 mld. Choć działa od 2013 r., szczególnie w 2020 r. i 2021 r. wykazuje niezwykłe wzrosty. W 2020 r. osiągnęła przychody rzędu 700 mln dolarów, co oznaczało wzrost o ok. 250 proc. rok do roku. Na koniec 2020 r. spółka miała ok. 13 mln użytkowników (o ok. 3 mln więcej niż rok wcześniej i 7 mln więcej niż w 2018 r.), a w lutym 2021 r. poinformowała, że jego usługi handlu kryptowalutami pozyskały w dwóch pierwszych miesiącach roku aż 6 milionów nowych użytkowników. W 2020 r. łączna wartość transakcji za pośrednictwem aplikacji Robinhood wyniosła 350 mld dolarów, wobec 150 mld rok wcześniej.

Niezwykły wzrost spółki Robinhood to efekt dwóch czynników. Po pierwsze, absolutnego szału na inwestowanie w Stanach Zjednoczonych. Po drugie, aplikacja Robinhooda jest świetnie "skrojona" pod giełdowych nowicjuszy. Jest chwalona za intuicyjność i prostotę, ograniczenie formalności dosłownie do minimum. Rozpoczęcie inwestowania jest możliwe w kilka chwil. Bardzo ważne jest także "zaprzęgnięcie" do aplikacji funkcjonalności społecznościowych.

Robinhood zainteresował przede wszystkim młodych inwestorów - generację Z z nosami w smartfonach. Średni wiek użytkownika aplikacji to 31 lat. Robinhood stał się w 2020 r. jedną z najczęściej pobieranych aplikacji.

Ta łatwość inwestowania to z jednej strony wielka zaleta, ale z drugiej - także "przekleństwo" dla rynku i wielu inwestycyjnych żółtodziobów skuszonych wizjami szybkich zarobków. Robinhood jest ganiony za to, że jego użytkownicy mogą podejmować pochopne, błędne decyzje i kończyć inwestycje nie z zyskami, ale potężnymi długami. Tym bardziej, że pod inwestycje użytkownicy aplikacji mogą zaciągać pożyczki.

Dlatego w kontekście Robinhooda na rynku często obok słów "nowoczesność", "innowacyjność" czy "intuicyjność" pojawiają się "hazard", "grywalizacja", "loteria" albo "spekulacja". Robinhood zapewnia, że aktualnie koncentruje się właśnie m.in. na działaniach, które mają podnieść świadomość inwestorów w zakresie ryzyka inwestycyjnego.

Również wpływ spółki Robinhood na rynek jest oceniany niejednoznacznie. Z jednej strony - na pewno dyktuje warunki i sprawia, że inni gracze muszą się do nich dostosowywać. Z drugiej - nie brakuje opinii, że model bezprowizyjnego handlu - opartego o programy subskrypcyjne - psuje rynki finansowe.

W Polsce o spółce Robinhood na początku 2021 r. mogły usłyszeć osoby, które światem inwestycji interesują się tylko od święta. W styczniu głośno było bowiem o "bitwie" małych inwestorów z wielkimi funduszami hedgingowymi. Ci pierwsi skrzyknęli się i podbili kurs akcji upadającej sieci sklepów z grami wideo GameStop o kilka tysięcy procent. To wpędziło w kłopoty fundusze, które miały na akcjach GameStop krótkie pozycje, czyli grały na spadek ich kursu. Wkrótce pojawiły się oskarżenia o manipulowanie kursem akcji. Tłumaczyć musieli się właśnie m.in. właściciele aplikacji Robinhood, posądzani o ograniczanie i blokowanie transakcji sprzedaży akcji GameStop, rzekomo na zlecenie funduszy hedgingowych.

Prospekt emisyjny Robinhooda zostanie opublikowany bliżej daty IPO. Ta nie została jeszcze ustalona, choć spekuluje się, że może to być nawet koniec czerwca br. Wiele danych o biznesie Robinhooda można poznać jednak z doniesień medialnych.

Polacy mogą inwestować za pośrednictwem Freedom24.com

W IPO firmy Robinhood - jak i oczywiście w innych, wyselekcjonowanych debiutach na amerykańskiej giełdzie - mogą wziąć udział także polscy inwestorzy. Taką możliwość daje platforma Freedom24.com, należąca do spółki Freedom Finance Europe. Bezpośredni nadzór rynkowy nad spółką prowadzi Cypryjska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd, w Polsce działa ona na podstawie notyfikacji Komisji Nadzoru Finansowego. Spółka działa zgodnie z unijną dyrektywą MiFID II, regulującą rynek instrumentów finansowych. Chwali się ok. 140 tys. założonych rachunków inwestycyjnych dla klientów, których aktywa łącznie wynoszą ok. 1,5 bln dolarów (stan na 2018 r.).

Inwestorzy zainteresowani usługami Freedom24.com mogą otworzyć rachunek inwestycyjny, który następnie należy zasilić kwotą co najmniej 2 tys. dolarów. Jest to minimalna kwota umożliwiająca udział w IPO. Co kluczowe, dla przelewu w kwocie przekraczającej 15 tys. euro, zgodnie z regulacjami prawnymi, należy przedstawić dowód pochodzenia środków. Mogą to być np. dokumenty podatkowe, oświadczenie majątkowe, poświadczone przez pracodawcę potwierdzenie wynagrodzenia albo dokumenty poświadczające otrzymanie darowizny czy spadku albo sprzedaż nieruchomości. Wszystkie dokumenty należy przetłumaczyć na język angielski. Kopie powinny być poświadczone przez notariusza, audytora lub prawnika.

Udział w wybranym IPO inwestor deklaruje wybierając spółkę na swoim indywidualnym koncie klienta oraz podając kwotę, którą chce ulokować. Dalej klient będzie na bieżąco informowany np. o redukcji akcji. Po IPO, zakupione akcje pojawią się na rachunku. Będzie można je sprzedać po okresie lock-upu.

Prowizja za udział w IPO waha się od 3 do 5 proc. Dodatkowe koszty klient może ponosić m.in. za prowadzenie konta (czy konkretnie - "planu usług") oraz przy okazji innych inwestycji. To np. prowizje za akcje czy obligacje, prowizje za pożyczkę depozytu zabezpieczającego albo opłaty za powiadomienia SMS.

Więcej o: