50 zł za kg truskawek, 100 zł za kg wieprzowiny albo wołowiny? To nie żart, to realne ryzyko. Ale możemy mu przeciwdziałać

Co roku zwykliśmy już narzekać na drogie owoce i warzywa na bazarkach, czy ogólnie - na coraz wyższe ceny żywności na sklepowych półkach. O ile jeszcze dziś, widząc "drożyznę", z przekąsem mówimy, że np. truskawki, chleb czy fasolka szparagowa są "towarem luksusowym", o tyle za kilkadziesiąt lat taka może być po prostu rzeczywistość.

Zboża, mięsa, warzywa, owoce – według szacunków ekspertów do 2050 r. zdrożeją one od kilkudziesięciu do nawet ponad 100 proc. Jaka będzie przyszłość? Oczywiście tego nie wiemy. Możemy natrafić na różne prognozy i projekcje ekspertów dla wzrostu cen żywności. Wszyscy są jednak zgodni co do jednego – zmiany klimatu są jednym z głównych lub wręcz najważniejszym czynnikiem, który z roku na rok będzie windował ceny żywności.  

Z jednej strony – rosnąca populacja świata. Szacunki wskazują, że produkcja żywności do 2050 r. na świecie będzie musiała wzrosnąć nawet o ok. 50 proc. Dziś na świecie mieszka ok. 7,8 mld ludzi. Według szacunków ONZ w 2050 r. może nas być o jedną czwartą więcej – nawet ok. 9,7 mld. Słowem, Ziemia będzie miała niemal 10 mld ludzi do wykarmienia. A przecież wykarmić będzie musiała nie tylko nas, ale i zwierzęta – w tym te hodowane na ubój. O ile w ogóle dieta mięsna będzie za kilkadziesiąt lat wskazana, bo hodowla i produkcja mięsa pozostawia za sobą zdecydowanie większy ślad wodny niż produktów roślinnych, przyczyniając się też już w kilkunastu procentach do globalnej emisji CO2. 

Z drugiej strony – coraz gorsza jakość gleb (z powodu m.in. pustynnienia i monokulturowości), kurczenie się terenów pod uprawy i hodowle zwierząt, problemy z dostępem do wody czy ekstremalne zjawiska pogodowe. Gradobicia, nawalne deszcze (zamiast dłuższych, ale "umiarkowanych"), niespodziewane przymrozki, długie okresy suszy – już dziś produkcja rolnicza nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, regularnie mierzy się z tymi zjawiskami. Niedawno specjaliści alarmowali, że jeśli nic się nie zmieni, to z powodu braku wody do 2050 r. zagrożona będzie połowa światowej produkcji zbóż. 

Efekt? Nie tylko drożejąca żywność, ale także produkty, które mogą zwyczajnie zniknąć. Na długiej liście zagrożonej żywności jest m.in. kakao, awokado, truskawki, winogrona, banany, ryż, pszenica albo kukurydza. To naprawdę już za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat mogą być produkty luksusowe.  

Szacunki unijne wskazują, że w 2050 r. import do UE wielu produktów hodowanych głównie na innych kontynentach – poza niektórymi wymienionymi wyżej także np. oliwek, trzciny cukrowej, soi czy oleju palmowego - może być o ponad 30 proc. bardziej narażony na problemy związane z suszami niż obecnie. Trudno wobec tego nie mieć obaw o wolumen dostaw tych towarów na Stary Kontynent, a co za tym idzie – o ich ceny. 

ShutterstockShutterstock Shutterstock

To ważny czynnik. Eksperci zauważają, że problemy rolnictwa wynikające z czynników klimatycznych, w tym m.in. niedoborów wody – będą zaburzać łańcuchy dostaw żywności. Słowem – realnym scenariuszem jest postępująca „regionalizacja" żywności i odwrót od importu. Owoce, warzywa czy inne produkty żywnościowe z drugiego końca świata mogą być mniej dostępne, droższe, bardziej luksusowe. 

Z drugiej strony – niedobory wody to nie tylko problem hodowców ryżu czy awokado gdzieś w Azji czy Ameryce Południowej. Warto pamiętać, że Polska jest jednym z najmniej zasobnych w wodę krajów Europy, a problem postępuje. Eksperci ostrzegają, w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat powierzchnia nawadnianych upraw owoców i warzyw w naszym kraju może wzrosnąć niemal o połowę. To niechybnie będzie prowadziło do wzrostu ich cen. Także dlatego, że sama woda prawdopodobnie będzie dużo droższa w związku z coraz większym "zachodem" z jej pozyskiwaniem. A to z kolei może być problem nie tylko dla rolnictwa, ale i wodochłonnych gałęzi przemysłu, w tym dla energetyki. Trudno mieć złudzenia, że te koszty nie znajdują odzwierciedlenia w cenach produktów dla sklepowych półkach.  

Co ważne, o ile bogatsza część świata po prostu w razie braku jakichś towarów lub ich wysokich cen będzie mogła "przerzucić" się na tańsze czy po prostu dostępne zamienniki, o tyle globalnie zmiany klimatu będą oznaczały po prostu znacznie większe problemy z głodem. Z szacunków ONZ wynika, że o ile w 2019 r. głód cierpiało blisko 700 mln osób na świecie, to w 2030 r. może to być nawet ok. 840 mln. Dodatkowo, dynamicznie rosnąć może także liczba osób na świecie – już dziś szacowana na ok. 2-3 mld – których dieta nie zapewnia odpowiedniej "dawki" składników odżywczych. Zagrożone są przede wszystkim Afryka oraz południowa Azja.

Jakie ceny czekają nas w przyszłości?Jakie ceny czekają nas w przyszłości? Shutterstock


  

Zostawić po sobie jak najmniejszy ślad wodny 

Realnym scenariuszem w obliczu globalnych i lokalnych niedoborów wody wydaje się w perspektywie najbliższych dziesięcioleci rosnąca presja na spożywanie żywności, której produkcja zostawia stosunkowo niewielki ślad wodny.  

Przykład pierwszy z brzegu to mięso. Wyprodukowanie jednego kilograma wołowiny wymaga aż 15 tys. litrów wody. W przypadku drobiu czy wieprzowiny te liczby są na poziomie kolejno ok. 4,5 tys. litrów i 6 tys. litrów. Dla porównania, 1 kg kukurydzy wymaga ok. 1,2 tys. litrów, a kilogram sałaty czy pomidorów ok. 200-300 litrów. Dodatkowo, jakkolwiek brutalnie dla zwolenników mięsa to zabrzmi – do wyprodukowania jednego kilograma mięsa potrzeba wielu kilogramów zboża. Z punktu widzenia zdolności planety do wyżywienia jej mieszkańców – dużą korzyścią dla niej byłoby, gdyby spożycie mięsa spadało.  

Szacunki poczynione przez naukowców wskazują, że przy zachowaniu diety bogatej w mięso, nabiał i jajka, do 2050 r. zabrakłoby wody potrzebnej do produkcji żywności dla całej populacji.  

Ale recepta na światowe problemy z wodą jest znacznie trudniejsza niż tylko ograniczenie spożycia mięsa. O tym, jak skomplikowana jest to sytuacja niech świadczy przykład ryżu. Do wyprodukowania tylko kilograma ryżu potrzeba blisko 3 tys. litrów wody. Długotrwałe zaleganie pól ryżowych nie tylko wykorzystuje wielkie zasoby wody, ale także przyczynia się do dużej produkcji metanu.  

Co z tym zrobić? 

Najwięcej do zrobienia jest oczywiście w szeroko pojętym rolnictwie. Konieczne są inwestycje w badania oraz zmiany technologii i technik rolniczych. Ale tak naprawdę w codziennych decyzjach każdego z nas jest klucz do choć niewielkiej poprawy.  

To paradoks w kontekście zagrożenia coraz i coraz droższą żywnością, ale żeby temu przeciwdziałać, de facto… należy po prostu dziś wydawać mniej pieniędzy. Chodzi m.in. o większą roztropność podczas codziennych zakupów tak, aby nie kupować za dużo i potem nie marnować jedzenia. Warto zapoznać się choćby z zagadnieniem śladu wodnego. Każdy kilogram żywności wyrzucony na śmietnik to zmarnowane przynajmniej kilkadziesiąt (do nawet kilkunastu tysięcy) litrów wody, które było potrzebne do jego wyprodukowania.  

To także kwestia wody pitnej. "Inwestycja" w butelkę czy dzbanek filtrujący, na przykład polskiej marki Dafi, zwróci się błyskawicznie, a woda jest równie (jeśli nie bardziej) smaczna jak np. z butelek szklanych czy plastikowych. Szacunki wskazują, że litr "kranówki" to koszt niespełna jednego grosza. Filtr znajdujący się w butelce usuwa z wody smak i zapach chloru, jednocześnie nie demineralizując jej. Woda jest jak najbardziej zdatna do picia. Tak naprawdę butelka filtrująca to "przyjaciel" nie tylko w domu, ale także np. w podróży, podczas uprawiania sportu, a także w innych sytuacjach życiowych. Sprawdza się (acz obyśmy jak najrzadziej mieli taką konieczność) choćby podczas pobytu w szpitalu, by rodzina nie dźwigała zgrzewek wody dla chorego, a ten mógł po prostu samodzielnie nalać sobie jej z kranu lub poprosić kogoś o pomoc. 

Wskazówki dotyczące prostych zmian w codziennym życiu słyszymy od lat. Niemal spowszedniały nam one – zakręcanie kranu, wyłączanie niepotrzebnego światła, odłączanie nieużywanych sprzętów od prądu, redukcja plastiku. Tak naprawdę jednak mogą one mieć niebagatelny wpływ na życie osób nie tylko na drugim końcu świata, ale i nas, naszych dzieci i wnuków nawet za kilkadziesiąt lat.  

Wszystko to jest ze sobą sprzężone. Przykładowo – większe zapotrzebowanie na energię to więcej (szczególnie przy polskim miksie energetycznym, opartym na węglu) większa emisja gazów cieplarnianych i niekorzystne dla rolnictwa ocieplanie się klimatu. Jednocześnie to większe zapotrzebowanie na wodę, która wykorzystywana jest m.in. do chłodzenia. A już dziś przecież polskie zasoby wody są niemal najniższe w Europie. Na marginesie – o tym, jak cennym darem jest woda, przekonamy się także, gdy wzrosną drastycznie ceny jej dostawy do naszych domów. A to, że jest to bardzo możliwe choćby ze względu na stepowienie i konieczność ujmowania wód z coraz głębszych powierzchni Ziemi, eksperci także alarmują od dawna.  

To brzmi banalnie, wręcz infantylnie, ale być może nasze dzisiejsze wybory – a także zainteresowanie tematem przemian klimatycznych i ich wpływu na życie na Ziemi - sprawią, że za 20, 30 czy 50 lat świat nie będzie gorszy. I nie będziemy musieli naszym wnukom opowiadać o smaku truskawek, malin, awokado czy czekolady, ale po prostu im je kupimy, nie wydając na to majątku.  

 
Więcej o: