Aktualnie tylko w trzech krajach świata na COVID-19 umiera więcej ludzi niż w Polsce. W Europie - w ani jednym [WYKRES DNIA]

Łukasz Rogojsz
Rząd dopiero co wprowadził nowe obostrzenia na najbliższe dwa tygodnie, a mimo tego politycy obozu władzy zaznaczają, że szczyt trzeciej fali pandemii wciąż przed nami. To tym bardziej niepokojące, że już teraz jesteśmy najmocniej dotkniętym przez wiosenną falę zachorowań państwem w Europie i jednym z najmocniej poszkodowanych na świecie.
Mnie się wydaje, że na tle innych krajów Polska wypada naprawdę dobrze, jeśli chodzi o działania podejmowane w walce z pandemią. Decyzje następują szybko i są, wtedy kiedy trzeba, stanowcze

- ocenił rankiem 25 marca na antenie Radia Wrocław Michał Dworczyk. Szef Kancelarii Premiera zaznaczył, że na "dokładną analizę" przyjdzie jednak czas "po zakończeniu pandemii".

embed

Słowa ministra Dworczyka są o tyle zaskakujące, że w dniu, w którym padły, zanotowaliśmy najwyższy dobowy wynik wykrytych nowych przypadków koronawirusa od początku epidemii w Polsce - 34 151. To także o ponad 4 tys. zakażeń więcej od poprzedniego niechlubnego "rekordu", który padł raptem dzień wcześniej. 25 marca życie w walce z COVID-19 straciło kolejne 520 osób - to trzeci najwyższy wynik w tym roku.

Zobacz wideo Jakie nowe obostrzenia sanitarne rząd wprowadza od 27 marca?

Niechlubna czołówka

Jaki naprawdę jest obraz epidemii w Polsce i jak wypadamy w porównaniu z innymi państwami w Europie i na świecie? Niestety trudno tu o optymizm. Skupmy się na danych z 24 marca, bo to ostatni dzień, za który dostępne są pełne informacje dla wszystkich walczących z pandemią państw.

W Europie nie ma państwa, które aktualnie byłoby dotknięte trzecią falą pandemii mocniej od Polski. 24 marca w Polsce zaraportowano 29 978 nowych dobowych przypadków zakażenia koronawirusem. Pod tym względem wyprzedziła nas jedynie Francja, w której przybyło 33 389 zakażonych. Rzecz w tym, że pod względem liczby osób, które zmarły na COVID-19, to my byliśmy przed Francuzami. I to zdecydowanie - u nas zaraportowanych zgonów było tego dnia aż 575 (najwięcej na Starym Kontynencie), a nad Sekwaną ponad dwukrotnie mniej, bo 272.

embed

W skali świata wypadamy tylko nieznacznie lepiej niż na europejskim podwórku. Co prawda, jeśli chodzi o dobową liczbę nowych zakażeń, jesteśmy na piątym miejscu w stawce, a poza wspomnianą już Francją przed nami są również Indie (53 419), Stany Zjednoczone (66 538) i Brazylia (90 504). Jeśli jednak chodzi o zgony jesteśmy już "oczko" wyżej, a więcej ofiar śmiertelnych COVID-19 24 marca odnotowały jedynie Meksyk (809), Stany Zjednoczone (1405) i Brazylia (2244).

embed

Oczywiście już pojawiły się głosy, że sytuacja Polski wcale nie jest taka zła, jak przedstawiają ją media czy środowisko medyczne, bo przecież w przeliczeniu czy to liczby przypadków, czy liczby zgonów na milion mieszkańców wypadamy wciąż lepiej od wielu państw zarówno w Europie, jak i na świecie. Polska notuje tutaj odpowiednio wartości na poziomie 56 078 (27. miejsce w Europie i 41. na świecie) oraz 1331 (20. miejsce w Europie i 25. na świecie).

Rzecz w tym, że przeliczenie przypadków i zgonów z całego okresu trwania pandemii na milion mieszkańców zupełnie nie oddaje realnych rozmiarów obecnego kryzysu. Nasz względnie umiarkowany wynik zawdzięczamy bowiem temu, że osiem pierwszych miesięcy pandemii było dla nas wyjątkowo łagodnych w porównaniu do innych państw Europy czy świata. Dopiero w kolejnych pięciu miesiącach sytuacja zrobiła się w Polsce bardzo poważna. Teraz jest najgorsza od początku pandemii, więc sugerowanie się danymi za cały okres walki z koronawirusem zakłamuje rzeczywistość.

Lockdown nie-lockdown

A rzeczywistość wygląda tak, że wśród dziesięciu najwyższych dobowych wyników zakażeń od marca 2020 roku aż pięć jest z ostatniego tygodnia. Połowa. W tym trzy z czterech najwyższych. Średnia dziennych zakażeń z ostatnich dwóch tygodni to 21,8 tys. przypadków; z ostatniego tygodnia - niemal 24,5 tys. W samym tylko marcu zanotowaliśmy już 447 836 przypadków zakażenia koronawirusem. To już ponad 20 proc. z całkowitej liczby wszystkich zdiagnozowanych przypadków COVID-19 w Polsce (25 marca było ich dokładnie 2 154 821), a przecież do końca miesiąca jeszcze prawie tydzień.

embed

Powagę sytuacji pokazuje też stopień wykorzystania respiratorów i tzw. łóżek covidowych. W pierwszym przypadku zajętych jest 2620 z 3473 maszyn, co oznacza 75,4 proc. Jeśli chodzi o łóżka "covidowe" to wskaźnik obłożenia wynosi minimalnie mniej, bo 74,8 proc. - zajętych jest 27 118 z 36 231 miejsc. O powadze sytuacji powiedział na czwartkowej konferencji prasowej minister zdrowia Adam Niedzielski.

Najważniejszym zagadnieniem w tej chwili jest baza łóżkowa. Najtrudniejszym problemem jest zapewnienie obsady, ale stosujemy takie rozwiązania, które mają zapewnić infrastrukturę i personel

- powiedział polityk i dodał, że celem resortu jest odbudowanie bazy łóżkowej z jesieni ubiegłego roku, a więc na poziomie 40 tys. łóżek. Rzecz w tym, że skoro już teraz tych łóżek jest ponad 36 tys., a zdaniem epidemiologów i wirusologów szczyt trzeciej fali pandemii dopiero przed nami, to nie ma gwarancji, że pułap 40 tys. łóżek okaże się wystarczający.

Niepokoi też fakt, że chociaż minął ponad rok od wybuchu epidemii w Polsce, to wciąż nie znamy jej pełnej, realnej skali. Nie znamy jej, bo nadal nie testujemy ludzi na masową skalę. Na testy na koronawirusa kierowanie są niemal jedynie pacjenci objawowi. Chociaż niemal 11,5 mln testów, które przeprowadziliśmy do tej pory nominalnie wydaje się dużą liczbą i daję nam 9. miejsce na Europie oraz 22. na świecie, to znacznie bardziej obrazowe jest przeliczenie ogólnej liczby wykonanych testów na milion mieszkańców. Wówczas w przypadku Polski otrzymujemy wartość 301 469. To zaś daje nam zawstydzające 41. miejsce na Starym Kontynencie i 86. w skali globu.

embed

Warto byłoby rozszerzyć testowanie, żeby mieć lepszy pogląd na to, jak naprawdę wygląda dzisiaj sytuacja epidemiologiczna w kraju. I jak będzie wyglądać w najbliższym, niesłychanie trudnym czasie. Prof. Tomasz Wąsik, kierownik Katedry i Zakładu Mikrobiologii i Wirusologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, w rozmowie z Gazeta.pl podkreślił, że prognozy dla Polski nie są dobre. Jak dodał, środowisko medyczne ostrzegało w tej sprawie od kilku tygodni.

Rząd zamiast reagować szybko i zdecydowanie, czekał nie wiem na co. Te restrykcje, które niedawno przywrócono na terenie całego kraju, to już powinien być tzw. twardy lockdown. Tak jak zrobili to wcześniej Niemcy czy Francuzi

- irytuje się wirusolog.

Podkreśla również, że efekt zwlekania z wprowadzeniem "twardego" lockdownu poskutkował jednym z najwyższych w Europie poziomów śmiertelności na COVID-19, jaki mamy obecnie w Polsce.

Poza tym, jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o nadumieralność rok do roku. W przypadku Polski ten wskaźnik wynosi 14,3 proc. Dla porównania: w przypadku Niemiec 3,3, a w Szwecji 1,5 proc. To chyba o czymś świadczy

- dodaje prof. Wąsik.

Rzecz w tym, że nawet w obecnej sytuacji epidemiologicznej, bez porównania groźniejszej od tej sprzed roku, rząd nie zdecydował się na wprowadzenie "twardego" lockdownu. Nawet nie takiego jak wiele krajów europejskich - z godziną policyjną i zakazem opuszczania miejsca zamieszkania poza absolutnie podstawowymi celami (apteka, lekarz, zakupy w najbliższym sklepie) - ale takiego jak w marcu i kwietniu 2020 roku.

Nie sposób więc zgodzić się z cytowanym na wstępie tego artykułu ministrem Dworczykiem, że w porównaniu do innych państw wypadamy "naprawdę dobrze, jeśli chodzi o działania podejmowane w walce z pandemią". Nie wypadamy. I to na bardzo wielu poziomach.

Można śladem premiera Mateusza Morawieckiego rzucać na konferencji prasowej oskarżenia pod adresem opozycji i mediów albo narzekać na brak kadry medycznej i opóźnienia w dostawie szczepionek, ale to nie wpłynie na ogólnodostępne dane epidemiczne. One są całkowicie bezstronne. A dla Polski - również bezwzględne i obnażające.