Australia. Chmura dymu wielkości Unii Europejskiej, tysiące uciekają przed ogniem

Kryzys pożarowy w Australii. Chmury dymu osiągają wielkość Unii Europejskiej i generują "własną pogodę", w ogniu zginęło pół miliarda zwierząt, tysiące ludzi uciekło z domów. Jeden ze stanów wprowadza stan wyjątkowy.

W australijskiej Nowej Południowej Walii ogłoszono stan wyjątkowy w związku z narastającym zagrożeniem pożarami. Zacznie on obowiązywać piątku rano czasu miejscowego i potrwa siedem dni. Na weekend prognozowane są wysokie temperatury i silny wiatr. W najludniejszym stanie Australii zapowiadane jest "powszechne, ekstremalne zagrożenie pożarowe". Kryzys związany z pożarami trwa już od kilku miesięcy. Warunki, które przyczyniają się do ich powstawania, są związane z globalnym ociepleniem. 

Stan wyjątkowy ma pomóc lokalnym władzom w przeprowadzeniu przymusowych ewakuacji, zamknięciu dróg i, jak powiedziała premier stanu Gladys Berejiklian, "zrobieniu wszystkiego, by uchronić mieszkańców i zabezpieczyć nieruchomości". - Nie podejmujemy decyzji pochopnie, ale chcemy mieć pewność, że podejmujemy wszelkie możliwe środki ostrożności, by przygotować się na potencjalny, okropny dzień w sobotę - dodała. Wcześniej do ewakuacji wschodnich wybrzeży stanu wzywała straż pożarna. Strefa ewakuacji obejmuje obszar ponad 260 kilometrów.

Ekstremalne warunki w związku z pożarami mają także panować w Australii Zachodniej i w Australii Południowej.Premier Australii Scott Morrison ponownie zaapelował do mieszkańców i turystów, by nie panikowali i ufali ratownikom. Morrison jest krytykowany za lekceważenie kryzysu, a także szerzej - dalece niewystarczające podejście rządu do wyzwań związanych ze zmianami klimatu. 

Zobacz też: Pogoda zwariowała nie bez powodu. Mamy kryzys klimatyczny

Zobacz wideo

Pożary powodują burze, a te - nowe pożary

Pożary trawią wschodnią część Australii od września. Zginęło w nich 18 osób, a ogień pochłonął ponad 1200 domów w dwóch wschodnich stanach - Nowej Południowej Walii i Wiktorii, z czego ponad 400 w tym tygodniu. W ostatnich dniach zaginęło co najmniej 17 osób. W wielu miastach Nowej Południowej Walii kończą się zapasy m. in. paliw, które do stanu są dowożone. Po nie na stacjach benzynowych tworzą się kolejki, na autostradach stoją ogromne korki. Wiele dróg już jest zamkniętych z powodu powalonych drzew. Minister transportu Nowej Południowej Walii wezwał kierowców do wolnego poruszania się w gęstym dymie.

Żywioł jest tragiczny w skutkach dla australijskiej przyrody. Szacuje się, że zginęło nawet 480 milionów zwierząt - ssaków, ptaków i gadów. Zginęła duża cześć populacji koali. 

Ogromnym problemem jest nie tylko sam ogień, ale też dym z pożarów. Po pierwsze to groźne dla ludzi i zwierząt zanieczyszczenie powietrza, a do tego ogromna ilość dwutlenku węgla, co dodatkowo wzmacnia kryzys klimatyczny. W środę chmura dymu osiągnęła wielkość ponad 5 mln kilometrów kwadratowych - więcej, niż powierzchnia państw Unii Europejskiej. Duża część dymu kieruje się do sąsiedniej Nowej Zelandii, gdzie zabarwia niebo i lodowce na żółto. 

Dochodzi do jeszcze innego, bardzo niebezpiecznego zjawiska - chmury dymu są tak wielkie, że wytwarzają "własną" pogodę. O co chodzi? Jak opisuje biuro meteorologiczne stanu Victoria, nad pożarami tworzą się chmury typu pyrocumulonimbus. Powstają one nad wielkimi źródłami ciepła - jak pożary czy wulkany - i są dodatkowo zanieczyszczone pyłem. Z tych chmur mogą powstać burze, a pioruny wywołują... kolejne pożary buszu. W ten sposób jedne pożary pośrednio przyczyniają się do powstawania kolejnych.