Światowa produkcja oleju palmowego opiera się na dwóch państwach. Te nieprędko zrezygnują z żyły złota

Rosnące zapotrzebowanie na olej palmowy może doprowadzić do sytuacji, w której jego produkcja na świecie wzrośnie nawet czterokrotnie do 2050 roku - alarmują eksperci. Popyt na ten rodzaj oleju napędza dwie gospodarki - indonezyjską i malezyjską. Niewiele wskazuje, by te państwa zamierzały zrezygnować z intratnego interesu, nawet kosztem środowiska.

Zapotrzebowanie na oleje stale rośnie, nie tylko na palmowy, jednak to właśnie ten produkt spędza sen z powiek ekologom. Choć ma on kilka alternatyw, w postaci rzepakowego czy kokosowego, producenci korzystają z niego z racji jego wydajności i ceny. Palmowy nie ma sobie równych w tej kategorii - z hektara uprawy olejowca gwinejskiego można uzyskać od trzech do nawet 10 ton produktu. Tymczasem europejski rzepak jest trzykrotnie mniej wydajny, a jeszcze gorzej w tym zestawieniu wypadają słoneczniki i palmy kokosowe.

Przy błyskawicznym zwrocie zysków, bo olejowiec daje plony względnie szybko, po dwóch-trzech latach - rosną chęci do bogacenia się, a co za tym idzie: wycinki lasów pod plantacje. Im bardziej rośnie zapotrzebowanie na olej palmowy, tym bardziej kurczą się lasy deszczowe, które są likwidowane właśnie pod olejowce. WWF podkreśla, że wraz z wylesianiem cierpią zwierzęta.

>>> Aplikacje, które pomogą nam zadbać o środowisko:

Zobacz wideo

Malezja i Indonezja - główni producenci oleju palmowego

Problem skupia się na Malezji i Indonezji, największych eksporterach oleju palmowego na świecie - te kraje produkują ponad 80 proc. tego surowca. Obydwa azjatyckie państwa zdecydowanie bronią swojego prawa do jego produkcji mimo apeli opinii międzynarodowej. W tym czasie - wynika z wyliczeń WWF - na wyspie Borneo, która ma świetne warunki do uprawy, zniknęło do 50 proc. lasów, które są karczowane pod plantacje.

Atrakcyjna cena i dogodne warunki sprawiły, że Malezja i Indonezja przez lata wycinały lasy i sporo na tym zarabiały. W przypadku Malezji w 2018 roku przemysł związany z produkcją oleju palmowego stanowił 2,8 proc. całkowitego PKB kraju - w przeliczeniu na malezyjskie ringgity to 38 miliardów (blisko 10 mld dolarów). Jednocześnie prawie 40 proc. rolnictwa w Malezji jest związane w pozyskiwanym w ten sposób olejem. Podobnie w Indonezji - w 2014 roku szacowano, że olej palmowy jest powiązany z 2 proc. PKB, co przekładało się na 182 miliardy rupii indonezyjskich (ponad 13 miliardów dolarów).

Niewiele wskazuje na to, by Malezja zamierzała zrezygnować z czerpania z tego źródła gotówki: możliwe, że do 2023 roku plantacje olejowców zajmą 6,5 mln hektarów. Indonezja na ten moment pod plantacje przeznaczyła prawie 12 mln hektarów - a by zrobić miejsce pod uprawy, masowo wycinano lasy deszczowe.

Dla porównania: wszystkie lasy w Polsce zajmują 9,1 mln hektarów.

embed

Walka o "nieinwazyjny" olej palmowy - certyfikaty

Poza Malezją i Indonezją, które całkowicie zdominowały światową produkcję oleju palmowego, swoją cegiełkę do układanki dokładają kraje europejskie. Spora część z nich trafia do Holandii, gdzie jest przetwarzana i eksportowana dalej, podobnie w przypadku Niemiec czy Włoch.

By w jakikolwiek sposób zacząć walkę z negatywnymi skutkami wykorzystywania oleju palmowego, zaczęto wprowadzać certyfikat (CSPO), który stworzyło Stowarzyszenie Na Rzecz Zrównoważonego Przetwórstwa Oleju Palmowego (RSPO). Przy produkcji tak certyfikowanego oleju stwierdzono, że nie narusza on równowagi środowiska i nie szkodzi ludziom. Stąd też producenci są zachęcani do tego, by korzystać właśnie z niego w swoich wyrobach.