Klimat 2050. Powodzie, gwałtowne ulewy, fale upałów i przerwy w dostawie prądu. Przyszłość już tu jest?

Być może będziemy zabierać ze sobą na urlop zestaw maseczek antysmogowych, filtrów do wody i kremów z filtrami do ciała. Bo miasta, które będziemy chcieli odwiedzić, będą po prostu zatrute, zbyt gorące. W walizce pewnie będzie musiało się znaleźć miejsce na kalosze, bo nagle może spaść dużo deszczu. I na zupki chińskie, bo jedzenie będzie strasznie drogie - o wakacjach przyszłości rozmawiamy z Katarzyną Guzek z Greenpeace Polska.

W nowej akcji Gazeta.pl #wakacje2050 pozdrawiamy z wakacji przyszłości. Mamy jednak nadzieję, że skończy się inaczej niż na naszych billboardach i pocztówkach. Wciąż mamy pole i czas do skutecznego działania na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Dlatego każdej z naszych czterech "kartek z wakacji" towarzyszy wywiad z mądrymi ludźmi od klimatu (wszystkie do przeczytania na stronie zielona.gazeta.pl)

Arkadiusz Gruszczyński: Będzie więcej powodzi?

Katarzyna Guzek: Naukowcy uważają, że ekstremalne zjawiska pogodowe, które do tej pory zdarzały się od czasu do czasu, będą przybierały na sile.

Czym są te zjawiska?

Zmianami pogody, które mogą mieć bezpośredni wpływ na nasze zdrowie, życie, ale też na przykład na uprawy czy drogi dojazdowe.

Takim zjawiskiem są powodzie?

Raczej ulewne deszcze.

Które widzieliśmy w Polsce dwa tygodnie temu?

Tak.

I których skutkiem była powódź na Podkarpaciu?

Owszem. Lokalne podtopienia, których będzie więcej, utrudniają nam życie na wielu poziomach. Nie chodzi nawet o to, że została zablokowana jakaś ulica, którą nie mogliśmy dotrzeć do rodziny albo do pracy. Poważniejszą sprawą są tymczasowe awarie elektrowni, co skutkuje przerwami w dostawie energii. W czerwcu doszło do zalania części infrastruktury elektrowni Bełchatów, co doprowadziło do tego, że trzeba było część bloków tej elektrowni wyłączyć. Takie sytuacje mogą się powtarzać częściej.

Z jakimi jeszcze zjawiskami będziemy musieli zmierzyć się w Polsce?

Z utrzymującą się przez wiele dni, przez całą dobę, wysoką temperaturą. Mówiąc prościej: czekają nas fale upałów, które będą najbardziej odczuwalne w dużych miastach. We Wrocławiu czy w Warszawie nie mamy swobodnego dostępu do ziemi czy roślin, które mogłyby nas ochładzać. Oczywiście są parki, ale w stosunku do całego miasta są kroplą w morzu potrzeb.

Możemy mieć też do czynienia z bardzo silnymi wiatrami, które mogą z kolei przewracać drzewa, przestawiać samochody czy zrywać dachy.

Szczawa. Zniszczenia po ulewachSzczawa. Zniszczenia po ulewach JAKUB PORZYCKI

Powiedziała też pani, że te wszystkie zjawiska kiedyś zdarzały się rzadko, a teraz będzie ich więcej.

Weźmy fale upałów, które się wydłużają. Dzisiaj średnio takie okresy trwają pięć dni, za jakiś czas może być ich sześć. Jeśli chodzi o opady, to w ciągu roku może być ich mniej, ale z kolei na jakimś obszarze spadnie ich w jakimś czasie na tyle dużo, że wystąpią lokalne podtopienia.

Jeden dzień więcej ciepła albo małe podtopienie nie brzmią jak katastrofa. Dlaczego te zmiany niepokoją ekologów?

Bo stają się bardziej dotkliwe.

Niby jak?

Mieszkam w centrum Warszawy i fale upałów są męczące. Jeśli myślimy o osobach starszych i chorych, to każdy dodatkowy dzień z wysokimi temperaturami może być dla nich śmiertelny, a ich problemy zdrowotne będą się nasilać. Niektórzy naukowcy przewidują, że w Paryżu temperatury mogą sięgać aż 40 stopni Celsjusza. Czy wyobraża pan sobie życie w takim mieście?

Nie. No ale co mi przeszkadza, że trochę popada?

W Warszawie? Nic. Na chwilę wybiją studzienki na deszczówkę i tyle.

Zobacz wideo #Wakacje2050. Pocztówka znad Wisły

Na pewno nie spodoba się to TVP Info.

Ja też pomarudzę, bo idąc po dziecko do przedszkola będę brodzić po kostki w stojących kałużach. Ma pan rację, w dużych miastach ulewy nie będą aż tak mocno odczuwalne.

A na wsiach? Albo blisko rzek?

Albo jeśli ma pan dom w miejscu, które było kiedyś terenem zalewowym, ale deweloper postanowił je spieniężyć, to potencjalnie można mierzyć się z tym, że zaleje panu piwnicę, a czasem nawet powierzchnię mieszkalną. A taka woda będzie stać przez cały dzień. Lub dwa. Co oznacza zniszczenie budynku, mebli i wszystkiego dookoła.

Jeszcze przez chwilę będę negacjonistą klimatycznym, ok? 10 lat temu była powódź, w 1997 roku zalało pół Polski, to nic nowego. Czy to dowód na to, że kończy się świat?

To są anegdotyczne przykłady, które nie mogą być dowodem na postępujący kryzys klimatyczny. Pracą ekspercką i gromadzeniem takich dowodów zajmuje się międzyrządowy zespół ds. zmiany klimatu. Zasiadają w nim naukowcy, którzy prezentują społeczeństwu szeroki ogląd zmian, jakie nas czekają. Z raportów IPCC możemy dowiedzieć się, że kryzys klimatyczny oznacza bardziej intensywne huragany, spadek opadów śniegu, okresy suszy, po których mogą nadchodzić nawalne deszcze.

Będziemy więc mieli wspólną płaszczyznę porozumienia tylko wtedy, jeśli będziemy się odnosić do takich faktów, co do których oboje jesteśmy przekonani. Podejrzewam, że sceptyka klimatycznego nie przekona żaden raport. Takich osób jednak jest mało.

W jaki sposób możemy się na to wszystko przygotować?

Skupmy się raczej na działaniu na rzecz tego, żeby katastrofa klimatyczna nie nadeszła. Każdy z nas może się zaangażować w ruch klimatyczny. Można dołączać do organizacji ekologicznych (TUTAJ dowiesz się, jak wesprzeć Greenpeace) i ruchów oddolnych, brać udział w demonstracjach i strajkach klimatycznych. Ważne jest też branie udziału w wyborach i rozliczanie polityczek i polityków z tego, co robią na rzecz klimatu.

Rząd PiS daje zielone światło leśnikom, aby mogli sprzedawać drewno elektrowniom do spalenia... Na zdjęciu: pikieta przed Sejmem, Warszawa, 14 lipca 2020Rząd PiS daje zielone światło leśnikom, aby mogli sprzedawać drewno elektrowniom do spalenia... Na zdjęciu: pikieta przed Sejmem, Warszawa, 14 lipca 2020 Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Nie każdy wejdzie na komin, jak wasi aktywiści. Duża grupa uważa, że już teraz należy się zacząć dostosowywać. Co pani na to?

Niestety mamy ograniczone możliwości. Mogę zacząć hodować jedzenie na balkonie, bo przecież za kilkanaście lat warzywa będą sprowadzone z zagranicy, a ich ceny skoczą do niespotykanych wcześniej poziomów. Na przykład pomidory mogą kosztować 30 zł za kilogram. Żeby się ochłodzić, możemy kupić sobie do mieszkania wiatrak albo zamontować klimatyzację, najlepiej zasilaną energią słoneczną z paneli zamontowanych na dachu. Nie stać jednak na to każdego. Tak poza tym, własna elektrownia słoneczna może nas uratować w przerwach w dostawie prądu. A co nas uchroni przed skutkami powodzi? Nie wiem.

Trzeba zamieszkać daleko od rzeki?

Albo postawić dom na balach. To może trochę żart, a trochę nie. Prawda jest taka, że jeszcze nie opracowaliśmy systemowych rozwiązań na problemy, które spotkają nas w związku z kryzysem klimatycznym.

A czy nie jest tak, że te skutki już obserwujemy w Polsce? Wichura kilka lat temu zmiotła część kraju, powódź - jest, wysokie temperatury - są. Dlaczego nie reagujemy? Co robi rząd?

Niewiele.

A co powinien robić?

Dbać o dziką przyrodę. Kto robi najlepszą robotę, jeśli chodzi o zatrzymywanie wody w przyrodzie?

Wiem! Bobry.

Dokładnie. A ostatnio pojawił się pomysł ich odstrzału. Ważna jest ochrona starych lasów, które również magazynują wodę i sprawiają, że nie ucieka szybko do atmosfery.

A betonowanie koryt rzek?

Nie można ich regulować. To relikt myślenia, że rzekę można ujarzmić. Wybetonowane brzegi zabijają roślinność, a woda wylewa nie tam, gdzie powinna. Rząd powinien poza tym zająć się powiększaniem parków narodowych oraz zmienić podejście do rolnictwa. Ale chyba trochę odbiegamy od tematu, prawda?

Nieco. A co może robić prezydent miasta?

Sadzić więcej drzew.

Po co?

Żeby było nam chłodniej, a woda mogła swobodnie wsiąkać w ziemię. Na pewno rozmawiałabym z burmistrzami o rozwoju transportu publicznego i skończeniu z dyktatem ruchu samochodowego.

I co to zmieni?

Obniży temperaturę i poprawi jakość powietrza. No i koniec z deregulacją rzek.

Czyli bulwary w Warszawie trzeba zniszczyć?

Niekoniecznie. Zastanowiłabym się, czy na pewno beton powinien leżeć na całym miejskim odcinku Wisły. Żeby była jasność: widzę dużą wartość w tym, że ludzie spędzają czas nad chłodną rzeką. Ograniczyłabym też wycinki drzew.

Kto ma lepiej - mieszkańcy wsi czy miast?

Podczas lockdownu mieszkałam na wsi i nie ukrywam, że żyło mi się tam lepiej. Chociaż z innej strony mieszkając w bloku nie muszę się martwić wieloma sprawami, np. takimi jak ogrzewanie. Na to pytanie nie ma więc prostej odpowiedzi. Statystka pokazuje jednak, że w przyszłości w miastach będzie mieszkało jeszcze więcej ludzi, więc będzie w nich jeszcze cieplej, gęściej i nieprzyjemnie.

To jeszcze pomówmy o wakacjach. Czy jakoś się zmienią? Czy w 2050 roku nie pojedziemy nad Morze Śródziemne, bo będzie tam za gorąco?

Tego nie wiadomo. Mogę sobie jednak wyobrazić, że takim miejscem na Ziemi będzie Australia, gdzie przedłużają się okresy pożarów, jest bardzo gorąco, może tam zacząć brakować wody a obszary po pożarach nie będą nadawały się do zwiedzania. Być może będziemy zabierać ze sobą na urlop zestaw maseczek antysmogowych, filtrów do wody i kremów z filtrami do ciała. Bo miasta, które będziemy chcieli odwiedzić, będą po prostu zatrute, zbyt gorące. W walizce pewnie będzie musiało się znaleźć miejsce na kalosze, bo nagle może spaść dużo deszczu. I na zupki chińskie, bo jedzenie będzie strasznie drogie.

Ale to znowu nie wygląda na katastrofę, raczej na niedogodności. A pandemia pokazuje, że jesteśmy w stanie wiele z nich zaakceptować.

To prawda, mówimy cały czas o klasie uprzywilejowanej, którą będzie stać na podróże. Trudniej będą miały te osoby, które będą musiały mieszkać w tych wszystkich miejscach.

A to, że powodzie utrudnią nam dojazd do hotelu?

To też. Bo tory będą zalane, bo drzewo spadnie na trakcję. 

Autostrady są szersze.

Ale samochodów jest coraz więcej, więc żeby dojechać na plaże, trzeba będzie brać dodatkowy dzień urlopu. Bo jeden dzień spędzimy w korku. Rozmawiamy o problemach jednego procenta ludzi. A wszystkich w Polsce zaraz dotknie to, że z naszych talerzy znikną ziemniaki. Ale to już temat na zupełnie inną (kolejną?) rozmowę.

Naukowcy mówią wyraźnie: jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może uchronić świat przed katastrofą klimatyczną. DOWIEDZ SIĘ, CO MOŻESZ ZROBIĆ >>

* Katarzyna Guzek - rzecznika prasowa Greenpeace Polska. Związana z ruchem ekologicznym od 2004 roku. Była zaangażowana w kampanie na rzecz mórz, oceanów, lasów, klimatu, energetyki odnawialnej oraz w działania przeciwko budowie nowych kopalni odkrywkowych. Brała udział w wielu pokojowych akcjach bezpośrednich, m in. podczas obozu w Dolinie Rospudy, na pokładzie statku Greenpeace Arctic Sunrise czy w ramach pokojowych akcji prowadzonych na chłodniach kominowych elektrowni. W ramach kampanii na rzecz klimatu uczestniczyła w szczytach klimatycznych. Jest też zaangażowana w budowę w Polsce energetyki obywatelskiej, w ramach której obywatelki i obywatele mogliby produkować energię z odnawialnych źródeł.

Katarzyna Guzek, rzeczniczka prasowa Greenpeace PolskaKatarzyna Guzek, rzeczniczka prasowa Greenpeace Polska Fot. archiwum autorki

Więcej o: