"Proszę skoczyć w ten wir". Karta pływacka zdobyta w nurcie Wisły? Opowieść 98-letniej warszawianki [SZLAK WISŁY]

Mateusz Waligóra przeszedł już ponad 700 km wzdłuż Wisły. Po drodze spotkał wędkarza, który złowił dwumetrowego suma. A także 98-letnią warszawiankę, która opowiedziała mu niezwykłe historie o najdłuższej polskiej rzece.

"Szlak Wisły" to wyprawa, która jest pretekstem do rozmowy o problemach związanych z wodą i zmianami klimatycznymi. To również rekonesans przed wytyczeniem pierwszego, długodystansowego szlaku w Polsce. Waligóra zaczął marsz przy trójstyku granic - polskiej, czeskiej i słowackiej - potem odwiedził źródła Wisły na Baraniej Górze, skąd ruszył wzdłuż jej brzegu na północ. Minął już Warszawę, zmierza w kierunku Torunia.

Waligóra w Warszawie zrobił sobie dwa dni przerwy. Dzięki temu miał czas na dłuższe spotkania z ludźmi, dla których Wisła jest szczególnie ważna.

Jedną z takich osób jest 98-letnia warszawianka Maria Mostowska. Opowiedziała Waligórze o przedwojennej Wiśle, w której... uczyła się pływać. - Pływalnie stały jedna obok drugiej od mostu Poniatowskiego w stronę Wilanowa - opowiada pani Maria.

Pływalnia bokserów i nietypowe egzaminy

Jak wyglądały? To były zwykłe drewniane baseny zanurzone w wodzie - Wisła przez nie przepływała. - Jedna z pływalni należała do braci Kozłowskich. Bokserów. U nich pływało się na lince. Uczeń miał przywiązany pas, na nim był haczyk i właśnie ta linka kończąca się na dużym kiju. Na nim siadał jeden z Kozłowskich i dyktował, co trzeba robić. W końcu, gdy uczeń był coraz lepszy, mówił: "teraz będzie wolna linka". Niektórzy uczniowie wpadali w popłoch na te słowa! Ale to nic nie pomagało, bo oni byli bardzo silni, ci bokserzy, i spuszczali uczniów do wody. Działy się różne rzeczy. Jak człowiek na wolnej lince z przerażenia zaczął się topić, to Kozłowski go wyciągał - opowiada pani Maria.

Jej egzamin na kartę pływacką wyglądał tak: musiała skoczyć na główkę i przepłynąć z prądem 300 metrów aż do mostu Poniatowskiego, potem wspiąć się na filar, skoczyć na główkę i popłynąć z powrotem w górę rzeki. Następnie przepłynąć kilkadziesiąt metrów pod wodą i kolejne kilkadziesiąt na wznak. Po paru dniach po zdanym egzaminie listonosz przyniósł jej kartę pływacką oraz czepek. - To była taka "mycka" wiązana z tyłu na tasiemki. Z przodu miała bardzo dużymi cyframi wyhaftowany numer karty pływackiej. To dla straży wodnej było świadectwem, że ja mam prawo pływać - opowiada pani Maria.

Następnie zapisała się do Warszawskiego Klubu Wioślarskiego. Egzamin był jeszcze dziwniejszy.

- Trzeba było mieć kartę pływacką oraz wskoczyć w wir - mówi pani Maria. - Uprzedzono mnie: "jak złapie cię wir, to masz się nie szarpać, bo wir ściągnie cię na dół, do dna, ale potem cię wyrzuci". Najpierw skoczył instruktor, potem skoczyłam ja, a potem drugi instruktor. Po co byli ci instruktorzy? Nurt Wisły był bardzo gwałtowny i potrafił wciągnąć człowieka pod pomosty. I stamtąd już bardzo trudno było się wydostać. Więc oni skakali, żeby mnie zabezpieczyć. Pamiętam, że jak skoczyłam w ten nurt, to jak wychynęłam z wody, byłam hen, daleko, taki był gwałtowny nurt. Ale dostałam tę zgodę. Rozpierała mnie duma - wspomina pani Maria.

Całą historię Marii Mostowskiej można przeczytać TUTAJ.

Dwumetrowy sum i nowe spojrzenie na wędkarstwo

- Razem z kolegami staramy się zmieniać obraz polskiego wędkarstwa - mówi Kamil Walicki, który żyje z organizowania wypraw wędkarskich. - Wielu myśli, że łowimy ryby tylko po to, żeby je jeść. A tak naprawdę większość ryb wypuszczamy. Robimy zdjęcie i dajemy im odpłynąć. Oczywiście, ktoś powie, że to męczenie ryb. Coś nieetycznego. I poniekąd się z nim zgodzę. Wydaje mi się jednak, że z punktu widzenia ryby jest dość istotne, czy zostanie wypuszczona, czy zjedzona.

Ostatnio zrobiło się o nim głośno, gdy w Krakowie złowił 215-centymetrowego suma.

- To skromny wynik, rekord Polski wynosi 260 cm. A złowiłem go tylko dzięki koledze, który jest sumiarzem. To jego zasługa, bo jeśli chodzi o sumy, to jestem amatorem. W Polsce są ludzie, którzy regularnie łowią okazy o długości ponad dwóch metrów.

Mimo że łowi na całym świecie - w Kanadzie razem z kolegami wyciągnęli z wody 400-kilogramowego jesiotra - najbardziej lubi wędkować nad Wisłą. - Same wyniki wędkarskie są tu dużo słabsze niż w innych krajach, ale Wisła ma jakiś magnetyczny urok. Przyciąga mnie. Najprzyjemniej jest na jej dzikich odcinkach, z dala od miast. Mamy prawdziwy skarb, szkoda, że go niszczymy.

Zobacz wideo Lewica chce powołania Rzecznika Praw Zwierząt. Co to za urząd?