Mateusz Waligóra: Porzućmy mrzonki i zostawmy Wisłę samą sobie. Zróbmy to dla naszych dzieci

Przestawienie się z dalekich podróży na te lokalne będzie sitem: pandemia oddzieli podróżujących z pasji od tych, którzy zaczęli to robić, bo było modne, tanie, efektowne i łatwe w organizacji - mówi Mateusz Waligóra, który w sobotę ukończy "Szlak Wisły".
Zobacz wideo Piotr Siergiej: Przez pierwsze 2 lata program "Czyste Powietrze" był dysfunkcyjny

Mateusz Waligóra w ciągu 44 dni przeszedł prawie 1200 km wzdłuż brzegów Wisły. Miał być to rekonesans przed wytyczeniem długodystansowego szlaku pieszego, ale przede wszystkim próba postawienia ważnych pytań o przyszłość ostatniej dużej dzikiej rzeki Europy, jak często nazywana jest Wisła.

Dominik Szczepański: Co Wisła mówi o Polakach?

Mateusz Waligóra*: Patrząc na nią, słuchając historii na jej temat, dochodzę do wniosku, że nie potrafimy zrozumieć, w jaki sposób łączy nas wszystkich, nawet jeśli nie mieszkamy nad jej brzegami.

Po 1200 km marszu wzdłuż Wisły mam, niestety, smutne przemyślenia. Zachowujemy się, jakbyśmy mieli ją gdzieś. Odwróciliśmy się od niej plecami. Jesteśmy śmieciarzami. Nie docenianie jej roli w naszym życiu to przejaw ignorancji. Każda nasza decyzja na nią wpływa. I nie mówię o tym, co postanowi rząd czy samorząd. Powtórzę: każda nasza pojedyncza decyzja ma wpływ na Wisłę.

Co masz na myśli?

- Jeśli mieszkaniec Krakowa wrzuci do niej butelkę, to ona dopłynie do Warszawy i dalej do morza. Ścieki ze stolicy popłyną do Torunia i dalej – do morza. A ja - mieszkaniec Wrocławia - pojadę nad to morze i zobaczę tę butelkę z Krakowa. Zjem dorsza, w którego brzuchu pływa wszystko to, co Wisła niesie do Bałtyku, a potem wykąpię się w morzu, do którego wpływają co roku tony metali ciężkich. Plastik będzie zalegał w tym morzu przez tysiące lat. Zobaczą go nasze dzieci i ich dzieci.

Od dawna dojrzewa we mnie myśl, że mało kogo obchodzi, w jakim świecie będą żyli nasi potomkowie. Nie zastanawiamy się nad wyglądem świata, jaki im zostawimy i nad konsekwencjami naszych decyzji. Tych dużych i małych.

Co powinniśmy zrobić z Wisłą? Jak jej pomóc?

- Zostawić ją w spokoju. Nie przeszkadzać. Ona sobie świetnie sama poradzi. Im mniej będziemy w nią ingerować, tym lepiej dla niej, dla nas i kolejnych pokoleń.

Jeśli ktoś myśli, że Wisła będzie kiedyś rzeką żeglowną, to wierzy w mrzonki. A jeśli je propaguje, jest odrealnionym populistą. To się nigdy nie wydarzy, Wisłą nie będą pływać statki towarowe z południa. Były już takie próby i kończyły się katastrofami. Na przekopy i regulacje wydano masę pieniędzy, zniszczono środowisko i nic z tego nie wynikło. Może warto nauczyć się żyć z Wisłą na jej zasadach, zamiast cały czas wierzyć, że jesteśmy w stanie nad nią panować.

Twój marsz to również historia spotkań z ludźmi. Na drodze rozmawiałeś z setkami osób. Coś ich łączy?

- Wszyscy byli niesamowicie przyjaźni. Wydawali się szczerze zainteresowani tym, co robię, pytali dlaczego idę i dlaczego wybrałem marsz. Oferowali pomoc, herbatę, obiad, nocleg.

Pamiętam, że na wiosnę było we mnie sporo złości, że nie uda mi się w tym roku polecieć do Australii, którą chciałem przemierzyć z północy na południe. Planowałem tę wyprawę od lat, włożyłem w organizację mnóstwo czasu i pieniędzy. A teraz wiem, że nie mogłem podjąć lepszej decyzji niż marsz wzdłuż Wisły. Mam nadzieję, że każda z osób obserwujących tę wyprawę również coś z niej wyniosła.

Co by to miało być?

- Niepokój o skarb, jakim jest Wisła - w końcu nazywa się ją jedną z ostatnich dzikich rzek Europy. A więc niepokój, ale też nadzieję, że wbrew temu, czym codziennie straszą nas media, Polska nie składa się z dwóch wymieszanych, żyjących obok siebie, nieustannie próbujących się zniszczyć środowisk.

Gdybym jako obcokrajowiec przyjechał do Polski i włączył na jeden dzień radio, telewizję, poczytał gazety, to uciekłbym z tego kraju następnego dnia. Uznałbym, że to państwo morderców, złodziei, oszustów, ludzi, którzy się ciągle kłócą, knują przeciwko sobie, szczują na siebie. A to nieprawda.

Wisła odczarowała tę, powtarzaną w mediach, tezę.

Mój kolega Robert Maciąg w książce "Tysiąc szklanek herbaty" napisał, że "tak, jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca".

Podpisuję się pod tym, dodając, że wiarę zwraca zwłaszcza podróż piesza.

Dlaczego?

- Przed marszem powiedziałem, że żyję w Polsce od 33 lat, a właściwie jej nie znam. W ciągu 45 dni, które spędziłem na tej wyprawie, nie dowiedziałem się, rzecz jasna, o Polsce wszystkiego. Zresztą, każdy z nas zna tylko pewien wycinek prawdy o niej. Ale jeśli mogłem wykorzystać te 45 dni, aby coś zobaczyć i zrozumieć, to kluczem był sposób, w jaki chciałem to zrobić. Forma przemieszczania się.

Marsz jest wymagający, ale daje najwięcej, bo każdy centymetr z tych niemal 1200 km trzeba przejść. Nie ma drogi na skróty, nie da się niczego pominąć. Już wiem jak pachną okolice Sandomierza, a jak Kraków czy Warszawa. Wiem, jak te miasta brzmią, jak wyglądają o wschodach i zachodach słońca, nie zapomnę czym różnią się mgły w kolejnych małych wioskach. Wiem to wszytko, bo zachowałem ciągłość podróży. Nie miałbym szansy na doświadczenie przygody o podobnej intensywności przeżyć i spostrzeżeń, gdybym wybrał inny środek transportu.

Myślę, że każdy z nas powinien ruszyć w taką wędrówkę.

Nie każdy może.

- Przejść wzdłuż Wisły? To nie musi być właśnie ona. Wystarczy 30 km wzdłuż najbliższej rzeki, drogi, ścieżki w lesie. Tak, żeby spotkać drugiego człowieka, porozmawiać z nim. Esencją pieszej podróży jest to, że nie wiadomo, co się w niej wydarzy.

Ważne jest, żeby ruszyć pieszo, wtedy dostajemy w pakiecie podróż kompletną - z zapachami, dźwiękami, ciągłością, słońcem, deszczem. Zmarzniemy, zmokniemy, a potem się wysuszymy i wszystko odpowiednio docenimy. Podczas takiej podróży poznamy swoją okolicę, sąsiadów, dotkniemy kraju, o którym na co dzień tylko słyszymy i czytamy, nie sprawdzając, czy to wszystko prawda.

Oczywiście, nie wszyscy mówimy o sobie dobrze, nie wszyscy nosimy maseczki w poczuciu odpowiedzialności za siebie nawzajem, niektórzy z nas kradną rowery. Nie jesteśmy krajem idealnym, a patrząc po stosach pralek leżących nad brzegami Wisły, daleko nam do tego. Ale nie jest tak źle, jak mówią media.

Co byś więc powiedział komuś, kto chce wyruszyć w taką podróż?

- Że jeśli jest odpowiednio zdeterminowany, to uda mu się przejść Polskę wzdłuż Wisły albo innym szlakiem, który sobie wybierze. Może to robić etapami, nie trzeba od razu maszerować 1200 km.

Obiecuję mu, że będzie to podróż jego życia, o której będzie opowiadał na wszystkich imprezach kumplom i szwagrom. Gwarantuję, że na emeryturze będzie jednym z tych, którzy dyskusje przy stole zaczynają od słów: "A opowiadałem wam jak przeszedłem Wisłę?".

I to wszystko w Polsce, tuż za rogiem, zero egzotyki.

Słuchając twoich relacji zastanawiałem się, jak to się dzieje, że obcy ludzie w ciągu kilkunastominutowego spotkania zwierzają ci się z intymnych spraw.

- Może chodzi o to, że nie było mnie wczoraj, jestem teraz, przez kilka minut, a jutro mnie już nie będzie? Nigdy mnie już nie będzie. Ludzie mają potrzebę mówienia o tym, co czują, myślą, co jest dla nich ważne, a częstotliwość tych rozmów na "Szlaku Wisły" daje mi przesłankę do twierdzenia, że brakuje im osób, z którymi mogliby pogadać o ważnych sprawach.

Wiem, dlaczego wzbudzam ciekawość - mam dwa metry, dredy, australijski kapelusz na głowie. Ale nie wiem, dlaczego ludzie mi ufają - może znów chodzi o marsz, o to, że poruszam się pieszo? Samo to, że do nich dotarłem, wymagało ode mnie wielu dni wysiłku. Może to doceniają?

Dotąd wyjeżdżałeś w najbardziej odludne miejsca świata. Ten marsz był zupełnie inny: codziennie otaczali cię ludzie, zagrożenie było zdecydowanie mniejsze, krajobrazy bardziej znajome. Wszyscy to odczuwamy: nagle zniknęły dla nas miejsca na drugim końcu planety. Zostały podróże po Polsce. Jak się w nich odnaleźć?

- W teorii robię to samo - idę i ciągnę wózek. Zmienia się natomiast wszystko pozostałe, czyli całe otoczenie. Być może to wynika z doświadczenia, liczby przebytych kilometrów, ale w pewnym momencie łapię się na tym, że liczy się sama wędrówka, a kompletnie na znaczeniu traci miejsce, w którym ona się wydarza. Nie czuję wielkiego związku z pustynią Gobi, Atakamą czy Salar de Uyuni. Owszem, czuję związek z bezkresną przestrzenią, której mogę być częścią, ale na sam koniec mam prosty wniosek - ważniejsza zawsze będzie dla mnie wędrówka ducha. Miejsce jest tłem.

Kiedyś byłem osobą, która marzyła o tym, by poznać dalekie kraje, a teraz ta potrzeba we mnie zanika.

Myślę, że przestawienie się z dalekich podróży na te bliskie, lokalne, będzie sitem: pandemia oddzieli tych podróżujących z pasji od tych, którzy zaczęli to robić, bo było modne, tanie, efektowne i łatwe w organizacji.

Chciałbym, żeby chodzenie po Polsce stało się modne, a zwieńczeniem tej mody było powstanie "Szlaku Wisły".

Miałeś zrobić rekonesans przed jego wytyczeniem. Jak poszło?

- Przed wyruszeniem w drogę byłem idealistą. Myślałem, że wystarczy grupa kilkudziesięciu pasjonatów pieszych wędrówek i w ramach oddolnej inicjatywy wytyczymy szlak, oznaczymy go, zbudujemy miejsca na odpoczynek.

Teraz jestem prawie pewien, że to niemożliwe. Jeśli "Szlak Wisły" ma powstać, trzeba będzie zainteresować ideą kogoś w strukturach państwa. Pracy jest mnóstwo - np. trzeba by się zastanowić nad zmianą przepisów dotyczących biwakowania. Większość nocy spędziłem pod namiotem, wiele razy rozbijałem się w nielegalnych - wedle przepisów - miejscach.

Warto też powiedzieć, że nie trzymałem się ściśle brzegów rzeki. Czasami nie widziałem ich przez cały dzień. Potencjalny szlak mógłby nieco odbijać od Wisły, dzięki czemu maszerujący nim poznaliby urok i historie wielu miejscowości.

Które historie szczególnie zapadły ci w pamięć?

- Na pewno historia Piotra. Napisał do mnie wiadomość, proponując, że pokaże mi kilka rzeczy, które znalazł nad Wisłą. Spodziewałem się, że zobaczę kawałek drewna i starą podkowę, a kiedy wszedłem do jego domowego muzeum, oniemiałem, widząc neolityczne noże czy ząb - jak podejrzewa Piotr - mamuta. Nikt mu za to nie płaci, nigdzie się tym nie chwali, widać w jego oczach prawdziwą pasję.

Duże wrażenie zrobiła na mnie pani Maria Mostowska, która zdawała kartkę pływacką w Wiśle jeszcze przed wojną, a potem przechodziła po zamarzniętej rzece, dowiedzieć się, jakie życie czeka ją w zburzonej stolicy. Cieszę się, że takie historie będą miały szansę przetrwać dzięki tej podróży.

Ale to również małe historie anonimowych ludzi – jak ta, której bohater widząc dwumetrowego chłopa ciągnącego wózek, opowiedział o tym, jak to z dnia na dzień ruszył na piechotę z okolic Puław przez Warszawę do Wrocławia, bo dziewczyna zadzwoniła, że jest chora, a on nie miał pieniędzy na autobus.

*Mateusz Waligóra – specjalista od wyczynowych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Szczególnie upodobał sobie pustynie: od Australii po Boliwię. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata – Andów, samotny rowerowy przejazd najtrudniejszą drogą wytyczoną na Ziemi – Canning Stock Route w Australii Zachodniej, samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata – Salar de Uyuni w Boliwii oraz pierwsze samotne przejście mongolskiej części pustyni Gobi. Członek The Explorers Club. W 2017 r. wydał książkę "TREK. Od marzenia do przygody. Wszystko o wędrowaniu".