Zaniepokojeni rybacy, morze coraz bardziej wdzierające się w ląd. 150 km za Waligórą

Pierwsze dni wyprawy i pierwsze wnioski - podróżnik Mateusz Waligóra idzie wzdłuż Bałtyku, a jego marsz jest pretekstem do postawienia pytań o przyszłość polskiego morza.

Podróżnik Mateusz Waligóra rozpoczął marsz wzdłuż polskiego wybrzeża Morza Bałtyckiego. Gazeta.pl jest patronem jego wyprawy. Co tydzień we wtorek relacjonujemy jej postępy, a także publikujemy rozmowy dotyczące przyszłości i przeszłości naszego morza.

Mateusz Waligóra ruszył w swoją kolejną wyprawę w poniedziałek 6 września. Zaczął marsz w Świnoujściu, przy zachodniej granicy polskiego Bałtyku. Zmierza na wschód - do Piasków. Trasa liczy ok. 600 km, jeśli wszystko pójdzie dobrze, Waligóra pokona ją w ciągu 30 dni.

Jednak to nie wyczyn jest tutaj najważniejszy - podobnie jak w poprzednim roku, gdy podróżnik przeszedł wzdłuż Wisły, marsz jest tylko pretekstem, by zapytać i poszukać odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości. Tym razem chodzi o Bałtyk - niekiedy nazywany morzem śródlądowym północnej Europy. Bałtyk, który rzadko wymienia swoją wodę, a więc jest miejscem szczególnie wrażliwym na to, co do niego wpada - zwykła plastikowa butelka rozkłada się w nim 450 lat.

Waligóra codziennie w mediach społecznościowych relacjonuje swoją wyprawę. Wpisy można śledzić tutaj.

Opowiada o tym, co widział, dzieli się przemyśleniami i historiami spotkanych osób.

- Idę nie po to, żeby tropić katastrofę klimatyczną, sensację, tylko żeby się czegoś dowiedzieć, zapytać i wysłuchać odpowiedzi, sprawdzić, co inni mają do powiedzenia. Oczywiście, wyciągam wnioski, ale niespecjalnie się nimi dzielę, przynajmniej jeszcze nie na tym etapie. Dzielę się raczej tym, co widzę i co słyszę, a szansę na ocenę pozostawiam wam, którzy uczestniczycie w mojej wędrówce wirtualnie - opowiada Waligóra. I dodaje: - Po prostu, jestem ciekawski. Darem takiej wędrówki są napotkani ludzie, którzy pozwalają mi patrzeć szerzej.

Przyjrzymy się więc temu, co do tej pory napotkał na swojej drodze.

Zagraniczny węgiel, morze zabierające kościół

W Świnoujściu zobaczył plakaty z napisem "Stop budowie portu kontenerowego".

"Przeciwnicy inwestycji argumentują, że nowy terminal zniszczy ujście rzeki Świny, pod jego budowę wycięte zostanie 400 hektarów lasu, znikną też dwa kilometry plaży. Przez chwilę przyglądałem się rozładunkowi wielkiego statku o nazwie ’Nord Amazon’ - od świnoujskiego latarnika usłyszałem, że świat stanął na głowie. ’Nord Amazon’ pozbywał się swojego towaru - prawdopodobnie rudy żelaza, z którą przypłynął z Afryki. Ze statku zacumowanego nieopodal rozładowywano węgiel. W miejscu, które zostało zaprojektowane, by na statki ładować polski węgiel, a nie rozładowywać ten z importu. Czy to znaczy, że jednak nie jesteśmy potęgą węgla?" - napisał.

Na plaży w Trzęsaczu jego uwagę przykuły ruiny kościoła. "Świątynię wybudowano na przełomie XIV i XV wieku pośrodku wsi, prawie dwa kilometry od brzegu. Dziś jej ostatnia ściana stoi na skraju urwiska, reszty już nie ma. Ludzie próbują ratować to, co przetrwało, wzmacniając klif opaską, wznosząc wapienne kolumny, chwytając kilkusetletnią ścianę kotwą. Kościół w Trzęsaczu jest przykładem krótkowzroczności, choć przy dzisiejszej wiedzy i znajomości mechanizmów wolnego rynku, nazwalibyśmy go raczej przejawem patodeweloperki. Wciąż nam się zdaje, że potrafimy się przed morzem zabezpieczyć. A ono nie będzie się na nas oglądało, możemy je wprawdzie zniszczyć, zanieczyścić, ale wtedy zniszczymy też siebie. To wojna, na którą nie warto iść." - pisał.

Prognozy dotyczące wzrostu poziomu naszego morza w XXI wieku są bardzo zróżnicowane, tak jak różne są metody modelowania. Naukowcy są jednak zgodni co do tego, że morze się podniesie i podają szacunkowe dane - między 60 cm na 1,1 metra.

To oznacza, że zagrożone zalaniem będą Żuławy, Półwysep Helski, czy historyczne centrum Gdańska, a także rafineria, co może wywołać katastrofę ekologiczną. Pod wodą w tym stuleciu może zniknąć Świnoujście i część Szczecina.

Ryb jest coraz mniej

W Niechorzu podróżnik spotkał panią Olę, której mąż był rybakiem. "Uważał, że niczego więcej robić nie trzeba. Zawsze mówił do mnie: ’Olciu, nie zajmuj się innymi rzeczami, z rybałki będziesz miała dosyć’. Gdybym nie zaczęła robić czegoś innego - sprzedawaliśmy rybę wędzoną, potem mieliśmy bar i smażyliśmy rybę - to nie mielibyśmy z czego żyć. Koszty poszły w górę, a za rybę płacą tyle, co 30 lat temu. W Poznaniu kupuje się kilogram śledzia za 11 zł, a my za niego dostajemy 1,20 zł. A muszę mieć jeszcze swoją łódkę, sprzęt, zatrudnić ludzi. Jeżeli przywiozę 2 tony śledzia, to zarobię 2400 zł. Z tego połowa idzie na koszty. Kiedyś w Niechorzu z rybołówstwa żyło 27 rodzin. Teraz jest pięć jednostek, w tym tylko dwie bardziej aktywne. To naprawdę trudna praca. Górnik jedzie na szychtę na sześć godzin, a my nigdy nie wiemy, ile będziemy na wodzie" - opowiadała mu kobieta.

O coraz trudniejszym losie rybaków usłyszał też w Chłopach od pani Teresy. "Było dobrze, a teraz jest coraz gorzej. Paszowce zniszczyły całe dno, florę, wytępiły małe rybki. My gdy złapiemy 300 kg flądry, to się cieszymy. A oni potrafili jednego dnia wyciągnąć 20-30 ton, i tak pływali dzień w dzień, luty-marzec. Dorszy jest coraz mniej, ginie też flądra".

Naukowcy mówią wspólnym głosem - jeśli chcemy, żeby w Bałtyku żyły kiedyś dorsze, musimy całkowicie zrezygnować z połowów. Ale i to może okazać się niewystarczające - kolejne kroki to ratowanie siedlisk, dbanie o bazę pokarmową i miejsca, w których dorsze będą mogły się spokojnie rozmnażać. Na razie wygląda na to, że czas dorsza w Bałtyku się skończył.

Zobacz wideo Jesteśmy na lodowcu Sven. "Pod naszymi stopami sto metrów lodu, każdego roku coraz mniej" [Relacja Spitsbergen odc. 3]
Więcej o: