Tak nas odzierają z najcenniejszych drzew? Mocne oskarżenia wobec firm audytujących Lasy Państwowe

Przyrodnicy zarzucają pracownikom Lasów Państwowych wycinanie najcenniejszych drzew, a międzynarodowym firmom audytowym fałszerstwa, niedbałość i sprzyjanie leśnikom. Nie wierzą też w jakość najważniejszego certyfikatu drewna w Polsce.
  • Przyrodnicy z okolic Puszczy Boreckiej zarzucają audytorom z międzynarodowych firm sprzyjanie Lasom Państwowym, a Lasom Państwowym wycinkę niezwykle cennych drzew i siedlisk
  • Przedstawiciel firmy SGS wezwany do sprawdzenia rzetelności audytu miał fałszować w swoim raporcie fakty 

To drugi odcinek naszego #ekośledztwa o systemie certyfikacji drewna w Polsce. W czwartek i piątek - kolejne dwa odcinki.

Tu znajdziesz odcinek pierwszy tego ekośledztwa: Certyfikat, któremu Lasy Państwowe chcą wybić zęby

Zobacz wideo Audytorzy sprzyjają leśnikom? "Słyszeliśmy bardzo mocne historie"

O tym, czy dana Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych dostaje certyfikat, decydują audytorzy pracujący dla dużych firm: SGS Polska, Bureau Veritas, Preffered by Nature (Nepcon) i GFA Certification GmbH. Co ważne, klient, czyli Lasy Państwowe, może po zaliczonym audycie zmienić firmę, która w kolejnym roku będzie go sprawdzać. - Warunkiem utrzymania certyfikatu jest pozytywne przejście audytu co rok. Nie musi to być zawsze ta sama jednostka certyfikująca. Organizacja nie wybiera sobie natomiast audytora (imiennie), wybiera jednostkę certyfikującą - przekazał Gazeta.pl Marek Rzońca z FSC Polska.

Rzetelność audytorów FSC podważa Adrian Grzegorz z Fundacji Las Naturalny. - W ciągu ostatnich pięciu lat przeszedłem całą procedurą odwoławczą w FSC. Żeby rozpatrzyć moje skargi, do Giżycka przyjeżdżali ludzie z różnych części świata. Pokazywałem im dowody obciążające Lasy Państwowe i audytorów - mówi Adrian Grzegorz

Jego skargi dotyczyły dwóch spraw - nieuprawnionej wycinki w Puszczy Boreckiej oraz ochrony lasu miejskiego w Gajewie.

Tej drugiej sprawie przyjrzymy się w czwartek. Dziś sprawa Puszczy Boreckiej.

Skarby Puszczy Boreckiej 

Niektóre fragmenty Puszczy Boreckiej wyróżniają się nie tylko na tle polskich lasów, ale są czymś niezwykłym w całej Europie. - Chodzi przede wszystkim o mchy porastające pnie drzew. Niektóre jeszcze do niedawna uznawano za wymarłe w Polsce. A u nas one rosną. Znalazły się w miejscach, gdzie przez ponad półtora wieku nie była prowadzona gospodarka leśna. W Puszczy Boreckiej są takie fragmenty i to w nich skupia się to wyjątkowe bogactwo. Uważam, że tak cenny las zasługuje na to, by dużą jego część pozostawić w spokoju. Naprawdę są inne miejsca, w których można pozyskiwać drewno - mówi Gazeta.pl Andrzej Sulej, przyrodnik od dziecka związany z Puszczą Borecką.

O niezwykłości lasu zaświadczają swoją obecnością gatunki wkaźnikowe. Jednym z nich jest granicznik płucnik, grzyb rosnący na drzewach. Zgodnie ze standardem FSC jest on na tyle cenny, że zabrania się wycinać jakiekolwiek drzewa znajdujące się w odległości 50 metrów od tego, na którym rośnie granicznik. Słowem, trzeba wyznaczyć strefy ochronne i zostawić ten kawałek lasu w spokoju.

Przyrodnicy twierdzą, że pracownicy Nadleśnictwa Borki zniszczyli siedliska granicznika płucnika. Leśnicy poinformowali Gazeta.pl, że to nieprawda.

Najważniejszym dokumentem dla prowadzenia gospodarki leśnej jest Plan Urządzenia Lasu. Przeszło 10 lat temu Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska przyjął warunkowo PUL dla Nadleśnictwa Borki. Zastrzegł, że zgadza się na ten plan, tylko jeśli leśnicy nie wytną z puszczy najcenniejszych drzew, czyli rosnących tam, gdzie znaleźć można rzadkie porosty i mszaki.

Co zrobili leśnicy?

- Zniszczyli siedliska i stanowiska gatunków chronionych, najcenniejsze fragmenty, jakie tylko w tej puszczy można sobie wyobrazić. W ostatecznym rozrachunku, spośród 76 wydzieleń leśnych, które w opinii RDOŚ wydanej w Strategicznej Ocenie Oddziaływania na Środowisko w 2010 r., powinny zostać zupełnie wyłączone z gospodarki leśnej, leśnicy przeprowadzili rębnie w 40 wydzieleniach, w 17 wydzieleniach dopuścili wykonywanie innych cięć - mówi Adrian Grzegorz.

Nadleśnictwo Borki: - Opinia RDOŚ z 14.07.2010 roku niespodziewanie poszerzała ustaloną w porozumieniu listę drzewostanów w wyłączonych z użytkowania o 75 wydzieleń leśnych, które zgodnie z umową z listopada 2009 roku przewidziane były do prowadzenia gospodarki leśnej. W związku z tym nadleśnictwo sukcesywnie występowało do RDOŚ w Olsztynie, wskazując na konkretne niebezpieczeństwa wynikające z zaniechania działań w poszczególnych wydzieleniach, a RDOŚ odstępowała od narzuconych restrykcji.

Po sześciu latach Nadleśnictwo Borki i RDOŚ w Olsztynie zawarli porozumienie. Przez ten okres nie zgadzali się, czy można ciąć w tych 75 wydzieleniach, czy nie. 

Adrian Grzegorz: - A audytorzy SGS Polska w corocznych raportach twierdzili, że nic złego się nie stało. Zachowywali się, jakby byli adwokatami leśników.

Na górze - porównanie zalesienia w jednym z wydzieleń Puszczy Boreckiej w 2012 i 2014 r. Na dole - wycinka cennych lasów Puszczy BoreckiejNa górze - porównanie zalesienia w jednym z wydzieleń Puszczy Boreckiej w 2012 i 2014 r. Na dole - wycinka cennych lasów Puszczy Boreckiej fot. Fundacja Las Naturalny

Postanowił coś z tym zrobić i złożył skargę na SGS Polska do centrali firmy w Republice Południowej Afryki. 

Pierwsza skarga. Wizyta z RPA

Najpierw Adrian Grzegorz złożył skargę na jednostkę certyfikującą, którą reprezentowali audytorzy, czyli SGS Polska. 

Andrzej Sulej, przyrodnik z Puszczy Boreckiej: - Nawet jeśli wykazywaliśmy jakieś nieprawidłowości, to mieliśmy wrażenie, że audytorzy natychmiast tłumaczą leśników. Dziwne było też dla mnie, że w trakcie audytów nie mieliśmy podstawowych praw. W zasadzie nie mogliśmy zabierać głosu. Natomiast leśnicy mogli audytorom wciskać wymówki

Skarga na SGS Polska powędrowała do SGS Qualifor, jednostki obsługiwanej przez SGS w RPA. - Wysłali z Afryki do Polski pana Gerrita Maraisa z programu jakości SGS Qualifor. Spotkałem się z nim w siedzibie RDLP w Białymstoku i przekazałem swoje uwagi. Z przeprowadzonej rozmowy wywnioskowałem, że obiektywne dowody nie mają dla niego większego znaczenia. Usłyszałem, że to nie sąd, a żeby coś udowodnić, trzeba wykazać, że cała dyrekcja łamie standardy FSC, natomiast poruszone przeze mnie uchybienia mają zbyt mały kaliber. 

To po pierwsze.

- Po drugie, mamy też podejrzenie, że audytorzy mogli przekazywać leśnikom nasze skargi - mówi Gazeta.pl Adrian Grzegorz

Nasz kolejny informator potwierdza, że ma podobne przemyślenia. - To mogło prowadzić do zacierania śladów. Pamiętam takie przypadki, że przekazywaliśmy audytorom dokładne koordynaty miejsc, w których zostały wycięte chronione drzewa. Wystarczyło pójść i sprawdzić. Ale często albo się nie fatygowali, albo wierzyli leśnikom, że te drzewa zostały wycięte gdzie indziej. Albo że ich nie ma, bo ktoś je wyciął omyłkowo. I publikowali takie informacje w raportach, podważając tym samym naszą wiarygodność i zadając kłam faktom

Adam Bohdan, Fundacja Dzika Polska: - Mam wrażenie, że nasze niektóre uwagi są oceniane przez audytorów w sposób nieobiektywny. Prawie wszyscy audytorzy są leśnikami, często kolegami z tych samych uczelni i studiów, co pracownicy Lasów Państwowych, dobrze się znają. Dodatkowo sytuacja, w której podmiot audytujący jest opłacany bezpośrednio przez podmiot audytowany może rodzić konflikt interesów. Nawet jeśli bardziej wymagająca firma audytorska zostanie wybrana w drodze przetargu, to Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych może utrudniać podpisanie umowy na wykonanie audytu.

Jeden z naszych informatorów opowiada, że słyszał dosadne historie o powiązaniach leśników z audytorami.

- Słyszałem, że jeden z leśników, gdy się okazało, że jest kolegą audytora ze studiów, to kwaterował go u siebie, dogadzał mu, razem polowali w trakcie trwania audytu - mówi informator Gazeta.pl
  • Masz temat, którym powinniśmy zająć się w #EkoŚledztwach Gazeta.pl? Chcesz przekazać ważne informacje? Napisz do autora dominik.szczepanski@agora.pl, a skontaktuje się z Tobą. Zapewniamy anonimowość.

Druga skarga. Rozmowa, która nie miała miejsca

Razem z Marraisem, który przyjechał zbadać jakość audytu SGS Polska, pojawił się również Ugandyjczyk Frank Katto pracujący dla Assurance Services International w Bonn. ASI to firma decydująca o tym, kto może przeprowadzać audyty. Zadaniem Katto było więc ocenienie zarówno SGS Polska, jak i Maraisa. - W swoim raporcie końcowym nie zauważył większych nieprawidłowości i zalecił utrzymanie akredytacji dla SGS Polska. W tym samym czasie, leśnicy kontynuowali wycinki lasów z listy RDOŚ, najcenniejszych 76 wydzieleń w Puszczy Boreckiej, w części zarządzanej przez Nadleśnictwo Borki - mówi Gazeta.pl Adrian Grzegorz. 

Nie poddał się i złożył kolejne skargi, tym razem do ASl w Bonn. Znalazły się w nich opisy nieprawidłowości, których podczas wizyty w Polsce miał dopuścić się Frank Katto z ASI i Marais SGS Qualifor.

Adrian Grzegorz, Fundacja Las Naturalny: - W raporcie pana Maraisa przeczytałem, że przeprowadził wywiad z zarządem leżącego na skraju Puszczy Boreckiej hotelu. Marais napisał, że zarząd nie miał żadnych obiekcji do gospodarki leśnej prowadzonej w okolicach hotelu przez Nadleśnictwo Borki. Napisałem do właściciela hotelu. Odpisał, że nikt nie rozmawiał na ten temat ani z nim, ani z żadnym z pracowników hotelu. A to oznacza, że pan Marais sfałszował wyniki oceny jakości własnej firmy, która certyfikuje leśników w Polsce w imieniu organizacji FSC. Zasygnalizowałem to w skardze do ASI. Nigdy się do tego nie odnieśli. 

Uwagę Adriana Grzegorza zwrócił również opis rozmowy Maraisa z dyrektor RDOŚ w Olsztynie. Marais napisał w raporcie, że w trakcie rozmowy dyrektor RDOŚ nie miała żadnych zastrzeżeń do gospodarki leśnej prowadzonej przez Nadleśnictwo Borki. 

Adrian Grzegorz: - Zapytałem o to panią Agatę Moździerz, dyrektor RDOŚ w Olsztynie. Odpisała, że zapytali ją nie o nieprawidłowości związane z zarządzaniem lasem, a o opinię na temat współpracy z nadleśnictwem. Co do współpracy - nie mieli zastrzeżeń. Ale o nieprawidłowości nikt jej nie pytał. Audytorzy nie pojawili się osobiście, tylko zadzwonili, zadali jedno pytanie, nie drążyli tematu

Wszystko to Adrian Grzegorz opisał w raporcie do ASI. Firma w odpowiedzi wysłała do Polski swojego przedstawiciela, Davida B. - Byliśmy z nim w Puszczy Boreckiej, pokazaliśmy wycięte drzewostany o cechach lasów pierwotnych, które w Polsce możemy spotkać jeszcze tylko w Puszczy Białowieskiej i Karpackiej. To ostatnie takie lasy nizinnej Europy. Pokazywaliśmy zniszczone stanowiska mchów i porostów, które są na czerwonych listach i wymierają na całym kontynencie. Pan B. posłuchał, powiedział, że tak jest na całym świecie, ale to za mało żeby coś z tym zrobić. I pojechał, nie zapoznawszy się z większością materiałów dowodowych, jakie przedstawiliśmy. 

Po kilku miesiącach ASI odesłała do Adriana Grzegorza dwa raporty, w których nie odniosła się do większości zgłoszonych nieprawidłowości, bądź uznała je za zgodne z obowiązującymi procedurami akredytacji i certyfikacji FSC. 

Ostatnią skargę Adrian Grzegorz wysłał na ASI do centrali FSC w Bonn. - I teraz ciekawostka, co zrobiło FSC? Napisało, że jest bezstronne, a skargę na ASI może rozpatrzyć tylko ASI. ASI odpisała, że procedury zostały zamknięte i jeśli chcę, mogę wszystko zacząć od początku - mówi Gazeta.pl Adrian Grzegorz.

"Próbują zamknąć mi usta"

Adrian Grzegorz:  - W ten sposób próbują zamknąć mi usta. Wszystkie moje dowody - na krytycznie niską jakość audytów, ich fałszowanie oraz niszczenie naturalnych lasów, wymierających gatunków z czerwonych list, działania niezgodne z prawem Unii Europejskiej - zostały odrzucone, pominięte lub zaakceptowane w ramach obowiązujących procedur organizacji FSC na wszystkich jej szczeblach kontrolnych i organizacyjnych. Walczyłem bezinteresownie o sprawiedliwość dla przyrody od stycznia 2016 r. do czerwca 2020 r.

Adrian Grzegorz dodaje, że zawiódł się na systemie FSC.

- Jak się okazało na przykładzie RDLP w Białymstoku, FSC nie jest w stanie wyegzekwować własnych standardów ochrony przyrody oraz wyegzekwować własnych norm jakości. Tymczasem konsumenci kupują "ekologiczny" papier z logo FSC, wierząc, że chronią planetę  - mówi Gazeta.pl Adrian Grzegorz

O wycince cennych drzew w Puszczy Boreckiej poinformował Komisję Europejską, a ta włączyła sprawę do postępowania przeciwko Polsce. - Chodziło o to, że u nas organizacje pozarządowe nie mogą iść do sądu, jeśli nie zgadzają się z Planem Urządzania Lasu, bo to dokument wewnętrzny Lasów Państwowych. No i co my, zwykli ludzie, możemy zrobić, jeśli widzimy, że w lesie dzieje się coś złego? FSC nam nie pomogło. Zrobiło też za mało, gdy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej jest sprzeczna z prawem unijnym. FSC mogło wtedy odebrać certyfikat całemu RDLP w Białymstoku, ale zamiast tego wydało komunikat informujący wszystkich odbiorców drewna w Polsce, że białowieskie drewno może być nielegalne.

Sprawa Puszczy Boreckiej stała się ważnym dowodem dla Komisji Europejskiej, która zauważyła, że problem jest systemowy. - A ja bezskutecznie wykorzystałem wszystkie krajowe ścieżki odwoławcze w sprawie Nadleśnictwa Borki i nie mogę pójść do sądu - mówi Gazeta.pl Adrian Grzegorz.

***

Zapytaliśmy SGS Polska o zarzuty, które przyrodnicy z Puszczy Boreckiej stawiają audytorom. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że SGS Polska nie prowadzi audytów w RDLP Białystok, do którego należy Nadleśnictwo Borki. Na naszą uwagę, że prowadziła tam audyty w latach 2010-2020 i tego okresu dotyczą nasze pytania, SGS się do tej pory nie odniosło.

Napisz do autora: dominik.szczepanski@agora.pl

Więcej o: