Polska zalana manipulującą kampanią. Stoi za nią Sasin, a prezes PiS dał mu zielone światło

PiS od dawna szukało sposobu, by winą za rosnące rachunki za prąd obarczyć Unię Europejską. Tak narodziła się gigantyczna "kampania żarówkowa", która zalewa Polskę wprowadzającym w błąd, antyunijnym przekazem. Finansują ją państwowe spółki, ale za nimi stoją politycy.

W Gdyni i w Sokółce, w Żorach, Krakowie i Poznaniu, przy drogach wojewódzkich i krajowych, wsiach i miastach, w telewizji, na dworcach i w pociągach, w gazetach i na rachunkach za prąd - Polska została w ciągu dwóch tygodni zalana kampanią o "drogim prądzie z winy UE".

To, w jaki sposób kampania manipuluje, zostało wyjaśnione i sprostowane już wielokrotnie. Robili to eksperci z Forum Energii i Koalicji Klimatycznej, robiła to Komisja Europejska, robiły to media (w tym Gazeta.pl) i edukatorzy jak Tomasz Rożek. Głos zabrał Frans Timmermans, a o tego typu manipulacjach wypowiedział się też Fatih Birol, dyrektor Międzynarodowej Agencji Energetycznej.

Teraz coraz więcej wiemy o skali przedsięwzięcia o tym, kto za nim stoi. Nie wiemy, ile mogło to kosztować, bo spółki zasłaniają się tajemnicą. 

Skala? Ogromna. Koszty? "Tajemnica" 

Kampania zaczęła się od pojedynczych billboardów i rozlała na całą Polskę. W Warszawie reklamy pojawiły się m.in. na ogromnych nośnikach w centrum miasta. Ale kolejne pokazano we wszystkich częściach Polski, od dużych miast po wsie.

embed

W ciągu dnia dostaliśmy sygnały, czasem ze zdjęciami, o dziesiątkach miejscowości, gdzie zauważono billboardy z żarówką. Czasem jest po kilka w jednym miejscu, w dużych miastach może ich być po kilkadziesiąt. A to tylko jeden z elementów kampanii. 

Reklamy zamieszczono także w portalach internetowych (Gazeta.pl odmówiła ich publikacji) i mediach tradycyjnych. Jak podaje press.pl, spoty emitują stacje państwowe, w tym TVP, a także prywatne z Grupy Polsat. Zamieszczono je w prasie, w tym w gazetach należących do Orlenu czy "Tele Tygodniu". Są na nośnikach PKP w pociągach i na dworcach. Kampania ma trwać od 24 stycznia do 28 lutego.

Do tego nieco rozbudowaną wersję - i jeszcze bardziej wprowadzającą w błąd - producenci energii wysyłają bezpośrednio do odbiorów. 

Kampanię zleciło Towarzystwo Gospodarcze Polskie Elektrownie, a konkretnie pięciu jego członków. To spółki państwowych producentów energii: Tauron Wytwarzanie, Enea Wytwarzanie, Enea Połaniec, PGE GiEK oraz PGNiG Termika.

Wysłaliśmy do wszystkich tych spółek oraz TGPE wniosek o udostępnienie informacji o tym, ile kosztowała kampania. Podkreślmy - Enea, Tauron, PGNiG i PGE to spółki z udziałem Skarbu Państwa. Odpowiedzi od poszczególnych spółek na razie nie otrzymaliśmy. 

TGPE napisało, że "koszty poniesione w związku z Projektem Edukacyjnym stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa. Informacja na temat podmiotów odpowiedzialnych za przygotowanie i realizację kampanii również stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa". Wystąpiliśmy o uzasadnienie decyzji o odmowie udzielenia informacji i czekamy na odpowiedź. 

Choć dokładna kwota, jaką firmy wydały na kampanię, nie jest znana, to można zakładać, że z uwagi na skalę jest ogromna. W całej Polsce zawieszono zapewne setki billboardów. Już to są co najmniej setki tysięcy złotych. A do tego reklama w mediach tradycyjnych i internetowych, w PKP... Koszty kampanii mogą być liczone w milionach złotych.

Sasin i Kaczyński

Za kampanią oficjalnie stają producenci energii. Kampania - zwłaszcza że ma ogromną skalę i polityczny charakter - została jednak przeprowadzona na polecenie polityków.

Jak ustaliliśmy, od kilku miesięcy w Zjednoczonej Prawicy dyskutowano, jak mówić o wysokich cenach energii elektrycznej i jak przekonać ludzi, że to głównie polityka klimatyczna Unii Europejskiej jest winna wzrostom cen prądu. Rozwiązano to dwutorowo.

Z jednej strony - słyszymy w obozie PiS - zwłaszcza wiceminister klimatu Jacek Ozdoba z Solidarnej Polski przekonywał, że trzeba na rachunkach za energię, które są rozsyłane do ludzi, umieszczać jasną informację o tym, jak dużą składową ceny jest koszt uprawnień do emisji CO2. Solidarna Polska jest najbardziej krytyczną wobec polityki klimatycznej - i UE jako takiej - częścią Zjednoczonej Prawicy.  Zbigniew Ziobro postulował m.in. zawetowanie najważniejszej unijnej legislacji klimatycznej (której, nota bene, nie da się po prostu "zawetować"). W sprawach energetyki cały rząd Zjednoczonej Prawicy de facto mówi dziś już językiem "ziobrystów".

By to było możliwe, minister klimatu i środowiska Anna Moskwa wydała na początku stycznia rozporządzenie.

Zgodnie z rozporządzeniem z 5 stycznia przedsiębiorstwa energetyczne w rozliczeniu załączonym do faktury muszą przedstawić zaokrągloną strukturę ceny kosztów wytworzenia energii, w tym stosunek ceny uprawnień do emisji do hurtowej ceny energii. Taką informację dostają odbiorcy indywidualni, choć nie płacą oni hurtowej ceny. 

Z drugiej z kolei strony odpalono kampanię billboardową. Pomysł jest podobny, ale kanał komunikacji już bardzo publiczny i wielkoformatowy. - Już kilka miesięcy temu trwały rozmowy o tym, jak za pomocą prostych grafik z żarówką pokazać, że to przez politykę UE prąd jest drogi - mówi zorientowana osoba z obozu rządzącego.

- Pomysł na kampanię z żarówką przejął Jacek Sasin. Bez niego spółki energetyczne nie mogłyby zrobić żadnej akcji - przekonuje polityk obozu rządzącego zaznajomiony ze sprawą. Sasin to szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, któremu podlegają państwowe spółki. Jak dodaje nasz rozmówca, zielone światło na kampanię dał też prezes PiS Jarosław Kaczyński

Jak manipuluje kampania dot. cen prądu

Kampania państwowych spółek produkujących ma informować o powodach rosnących cen energii. Na plakatach mowa o tym, że "60 kosztów produkcji energii" to "opłata klimatyczna Unii Europejskiej". 

W rzeczywistości - jak wylicza Forum Energii - koszt uprawnień do emisji to około 23 proc. kwoty na rachunku za prąd. Autorzy kampanii bronią się i mówią, że dotyczy ona nie opłat ponoszonych przez konsumentów, a kosztów dla producentów. Jednak ogólnopolska kampania w jasny sposób jest skierowana do odbiorców indywidualnych. A hasło "polityka klimatyczna = droga energia" oraz procenty pokazane na żarówce mogą sugerować ludziom, że to 60 proc. płaconych przez nich rachunków wynika z "opłaty klimatycznej". 

Po drugie sam termin "opłata klimatyczna" wprowadza w błąd. Może on sugerować, że chodzi o pieniądze, które "płacimy" do kasy Unii Europejskiej. Tymczasem to polski rząd - podobnie jak rządy innych krajów - sprzedaje uprawnienia do emisji i zarabia na tym. Tylko w ostatnim roku, dzięki rosnącym cenom tych uprawnień, rząd zarobił rekordowe 25 miliardów złotych. Te pieniądze mogłyby być wydane na bezemisyjne źródła energii, jak wiatraki, panele słoneczne czy elektrownia atomowa. Te dawałyby prąd bez emitowania CO2 i bez konieczności zakupu surowców jak węgiel czy gaz, dzięki czemu odbiorcy płaciliby niższe rachunki.  

Po trzecie, nie jest to opłata za "politykę klimatyczną". Producenci energii płacą za to, że zaśmiecają atmosferę dwutlenkiem węgla, czym przyczyniają się do ocieplenia klimatu. Działa to na zasadzie "zanieczyszczający płaci". Gdyby nie opłata za uprawnienia do emisji, producenci energii mogliby traktować atmosferę Ziemi jako darmowy śmietnik, w którym można bez konsekwencji (finansowych) odkładać miliony ton dwutlenku węgla. 

Celem kampanii może być po prostu zrzucenie na Unię winy za drożejący prąd, by złość z powodu wysokich cen nie została wymierzona w rząd. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy "zła Unia" staje się dla władzy chłopcem do bicia. Jednak wielu obserwatorów podkreśla, jak bardzo kampania jest podobna do tej prowadzonej w Wielkiej Brytanii przed referendum ws. brexitu. Politycy tacy jak Jacek Sasin czy Zbigniew Ziobro mówią już np. o "wypowiadaniu pakietu klimatycznego" czy "wyjściu z systemu handlu emisjami". Jednak polityka klimatyczna jest jedną z kluczowych spraw UE, zapisaną w najróżniejszych dokumentach (na które Polska także się zgadzała). Nie można zatem po prostu "wypowiedzieć" polityki klimatycznej - nie bez wyjścia z Unii Europejskiej. 

Więcej o: