Czechy wyprzedziły nas o 23 lata? "Ich gospodarka będzie bardziej konkurencyjna"

Eryk Kielak
Czechy wyprzedziły Polskę o 23 lata. Tyle bowiem będziemy musieli czekać na odejście od węgla i zamknięcie ostatniej kopalni w kraju.
Kopalnia Stonawa (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl / .pl

Stało się. Wydobycie węgla kamiennego w Czechach zostało oficjalnie zakończone, w środę z kopani CzSM w Stonawie na Zaolziu wyjechał na powierzchnię ostatni, symboliczny wagonik z urobkiem. Oznacza to koniec 250-letniej historii górniczej. Przez ten czas Czesi mieli wydobyć spod ziemi ok. 1,7 miliarda ton "czarnego złota". Szczyt wydobycia węgla kamiennego to jednak melodia przeszłości. Miał miejsce ok. 50 lat temu, kiedy roczna produkcja przekroczyła 28 milionów ton. Od lat dziewięćdziesiątych XX-go wieku czeskie kopalnie są stopniowo likwidowane, czego zwieńczeniem było wyjechanie ostatniego wagonika z kopalni w czeskiej Stonawie 4 lutego. Wydobycie w kopalni zakończono oficjalnie z końcem stycznia. 

Czesi odchodzą od węgla. Nie opłaca się

- Decyzja o zakończeniu wydobycia węgla kamiennego jest pochodną długoterminowej strategii obecnego rządu, by utrzymać węgiel jedynie przez jakiś czas jako moc dyspozycyjną, budując równolegle elektrownie gazowe i elektrownię atomową. Decyzja o wygaszaniu wydobycia w każdym kraju podyktowana jest po prostu słabnącą ekonomiką - przy obecnym poziomie płac w Europie Środkowej i tak wyczerpanych pokładach nie da się już utrzymywać takich zakładów bez generowania strat i bez pomocy publicznej - tłumaczy nam Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat.  

Pod czeską ziemią wciąż są setki milionów ton węgla. Szacuje się, że tych ton jest ponad 16 miliardów, co stanowiłoby rezerwy na sto lat intensywnego wydobycia. Jego dalsza eksploatacja jest jednak nieopłacalna. Są to złoża albo położone bardzo głęboko, albo słabej jakości. Do tego dochodzą środowiskowe obostrzenia. Dlatego Czesi z ich wydobycia rezygnują i prawdopodobnie na zawsze pozostawią ten węgiel pod ziemią. Tym samym jedynym producentem węgla kamiennego w Unii Europejskiej pozostała Polska, z której Czesi planują w razie potrzeby (np. do hut) sprowadzać węgiel kamienny.  

Zobacz wideo Transformacja energetyczna musi przejść bezpiecznie także dla ludzi

Kiedy Polska pójdzie w ślad Czechów?

To, że u nas wciąż wydobywa się węgiel kamienny, nie oznacza, że jest to opłacalne. Nie jest. - W Polsce mamy jeszcze kilkanaście zakładów górniczych produkujących węgiel kamienny energetyczny oraz kopalnie węgla koksującego. W przypadku tych pierwszych zakładów - głównie na Śląsku, ale również w Bogdance - zapotrzebowanie na węgiel energetyczny w polskich elektrowniach nadal się utrzymuje, ale różnica polega na tym, że w ciągu ostatnich sześciu lat spadło ono o około 40 proc. - zauważa ekspert. 

- Można więc powiedzieć, że nasze kopalnie, które jeszcze przed 2020 rokiem miały minimalne nadwyżki produkcji ponad krajowe potrzeby, dzisiaj są już niepotrzebne w około połowie. Tym samym mamy ogromny przerost mocy produkcyjnych i dlatego do każdej tony węgla dopłacamy ponad 50 proc. kosztów jej wydobycia. Dzisiaj węgiel kamienny energetyczny wydobywany w śląskich kopalniach kosztuje około 1000 zł za tonę, ale sprzedawany jest poniżej 500 zł za tonę. Tę różnicę pokrywamy z prawie 10-miliardowej dotacji z budżetu państwa - dodaje Michał Hetmański. 

Nawet czeskie media zauważają, że "jeszcze w 1990 roku węgiel kamienny wydobywano w trzynastu krajach należących obecnie do Unii Europejskiej, z czego dziś pozostała tylko Polska, ale według ekspertów wydobycie tam jest nieopłacalne, państwo je wspiera i utrzymuje". I też wydobywa się go coraz mniej. Dane Agencji Rozwoju Przemysłu za 2025 rok pokazują, że wydobycie w naszym kraju wyniosło 42,8 mln ton węgla kamiennego. To o 1,2 mln ton mniej niż w 2024 r.  

Utrzymywanie sektora górniczego w Polsce jest możliwe dzięki wspomnianej już rządowej kroplówce. Od 1990 do 2020 r. dopłaciliśmy do górnictwa około 135 mld zł, w latach 2021-2024 dodano do tego kolejne 12 mld zł pomocy publicznej, a w zeszłym roku dołożono dodatkowe 9 mld zł. I tak mamy jeszcze dopłacać przez 23 lata, bo dopiero na 2049 rok zaplanowano zamknięcie ostatniej kopalni węgla w Polsce.

To nie będzie rok 2049. Niezależnie od tego, jak bardzo politycy będą deklarować chęć utrzymania kopalń węgla kamiennego energetycznego, spodziewałbym się zakończenia pracy większości z nich na przestrzeni najbliższych kilku lat. Zobaczymy, czy stanie się to jeszcze w tej, czy dopiero w kolejnej kadencji rządu. Moim zdaniem około połowa z kilkunastu istniejących zakładów wydobywających węgiel energetyczny, co mocno podkreślam, będzie podlegać likwidacji ze względu na ogromny przerost mocy produkcyjnych

 - mówi nam Michał Hetmański. 

Polska będzie wygaszać kopalnie?

Szacuje, że udział węgla kamiennego w produkcji energii elektrycznej spadnie do marginalnego poziomu około 5-10 proc. w perspektywie dziesięciu lat. Już około 2030 roku będzie to zaledwie 10-15 proc. Co kluczowe, węgiel zostanie wyparty nie tyle pod względem samej mocy zainstalowanej (która może jeszcze widnieć w systemie), co przede wszystkim pod względem faktycznej produkcji, czyli w codziennym użyciu zastąpią go elektrownie gazowe oraz morskie farmy wiatrowe.

To właśnie tempo budowy nowych źródeł ma największy wpływ na to, kiedy ostatecznie odejdziemy od zużycia węgla. Zastąpienie starych jednostek nowymi mocami w gazie lub atomie jest podyktowane harmonogramem ich oddawania do użytku. Już do 2030 roku spodziewamy się wprowadzenia do polskiego miksu ponad 7-8 GW dodatkowych mocy w elektrowniach gazowych

- tłumaczy prezes Fundacji Instrat.  

W procesie wyłączania nadmiarowych mocy węglowych "na pierwszy ogień" pójdzie prawdopodobnie węgiel brunatny. Wynika to z faktu, że generuje on bardzo wysokie koszty stałe, co w obliczu spadającego zapotrzebowania na to paliwo czyni go ekonomicznie nieuzasadnionym. Inaczej zrobili Czesi, którzy będą go wydobywać jeszcze co najmniej do 2033 roku. Dzieje się to w kilku dużych kamieniołomach w północno-zachodnich Czechach. Jednak prywatne firmy już szykują się do ich zamykania. 

- Dopłacanie do elektrowni na węgiel brunatny wymaga od trzech do pięciu razy więcej pieniędzy niż w przypadku węgla kamiennego, ponieważ dochodzą tu ogromne koszty finansowania odkrywek, takich jak Turów czy Bełchatów. Analogiczne przypadki dotyczą właśnie czeskiego i niemieckiego węgla brunatnego. Choć formalne prognozy i dotychczasowe zapowiedzi spółek o dacie działania Turowa i Bełchatowa mówią o połowie lat trzydziestych i czterdziestych, to już dziś widać, że te kopalnie i elektrownie zanotują rekordowy spadek produkcji na przestrzeni już najbliższych lat - dopowiada Michał Hetmański.  

Czesi zyskają nad Polską przewagę

Elektrownie węglowe w Czechach wciąż odpowiadają za niespełna 40 proc. krajowego miksu energetycznego. Podobną część stanowi energetyka jądrowa. -  Czesi, zamiast rok w rok dopłacać do wydobycia węgla kamiennego, tak jak my to robimy, te same pieniądze przeznaczają na przykład na budowę elektrowni atomowej. Podczas gdy my wydajemy miliardy na utrzymanie status quo, oni przesuwają te środki na inwestycje w nowoczesne źródła energii. Dzięki temu w dłuższej perspektywie ich gospodarka będzie bardziej konkurencyjna, bo szybciej uwolnią się od kosztownych dotacji i wysokich cen energii wynikających z emisyjności węgla - zauważa analityk.  

Jego zdaniem w Polsce względem górników uprawia się swoisty dualizm, który warto w końcu przerwać. -Choć to poprzedni rząd rozpoczął system dopłat do górnictwa węgla kamiennego, to obecny przetransferował już na kopalnie rekordowe kwoty - ponad 20 miliardów złotych. Dla porównania: z budżetu państwa mamy wydać w ciągu najbliższych kilku lat około 40 miliardów złotych na budowę elektrowni atomowej, która będzie nam służyć przez co najmniej 60 lat. Tymczasem my w zaledwie dwa lata znaleźliśmy w budżecie połowę tej kwoty na sektor, który i tak wygasa i wymaga sprawiedliwej, mądrze zarządzanej transformacji, a nie samej "dosypki" pieniędzy - wylicza nam analityk. 

To pokazuje jasno priorytety: obecny rząd woli wyciszać problem doraźnymi dotacjami, uruchomionymi zresztą przez poprzedników, zamiast odważnie postawić na zmiany. Zamiast budować fundamenty pod tanią i czystą energię na dekady, finansujemy utrzymanie status quo, który ekonomicznie nie ma już racji bytu

 - dodaje Michał Hetmański. 

Górnicy w Czechach dostają mniejsze odprawy

Kopalnię ČSM w Stonawie czeka teraz trzyletnia techniczna likwidacja, przy której część górników znajdzie zatrudnienie. Pozostali dostaną odprawy i przejdą na emeryturę, przebranżowią się albo poszukają pracy w kopalniach w Polsce. Może uda się im też załapać na naprawdę dobre odprawy. Odchodzący z czeskiej kopalni górnicy dostaną odprawy w wysokości 11-miesięcznych wypłat. W wypadku najlepiej zarabiających będzie to około 800 tysięcy koron, czyli 140 tysięcy złotych. Ale może też być tylko nieco ponad 300 tysięcy koron, czyli ok. 50 tysięcy złotych. 

Tymczasem w Polsce górnicy z likwidowanych kopalń dostaną jednorazową odprawę pieniężną w wysokości 170 tys. zł netto (zwolnionych ze składki zdrowotnej i podatku dochodowego) dla pracowników z minimalnym stażem pracy 3 lata oraz kilkuletnie urlopy górnicze, podczas których będą dostawać 80 proc. pensji. Mogą na nie liczyć pracownicy pięciu kopalń, które zostaną zamknięte w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Obejmą: Polską Grupę Górniczą, Południowy Koncern Węglowy, Węglokoks Kraj oraz pracowników kopalni JSW oraz LW "Bogdanka". 

U nas proces ten jest niestety znacznie bardziej upolityczniony. Z tego, co mi wiadomo, nawet bez kwot, które zostały znowelizowane w obecnej ustawie, górnicy ze śląskich kopalń dotowanych tłumnie zapisywali się do programów odpraw jednorazowych lub wcześniejszych emerytur, czyli tzw. urlopów górniczych i przeróbkarskich 

- zdradza nam Michał Hetmański. - Dlatego nie obawiałbym się o to, czy zbyt wielu górników będzie chciało opuścić branżę. To bardzo hojne świadczenie, a opcje pracy poza górnictwem istnieją. W województwie śląskim problem z mobilnością nie jest aż tak duży, jak na przykład w regionach węgla brunatnego - wielu górników już dzisiaj dojeżdża do pracy spoza miejsca zamieszkania, więc zmiana pracodawcy w obrębie regionu jest naturalna - dodaje. Do tego mogą liczyć na różne programy wsparcia. 

Eryk Kielak
Więcej o: