Koronawirus spowoduje głęboką recesję? Prof. Filar: Wychodzenie z tego może trwać lata

- Wychodzenie z tego może trwać lata. Ja powtarzałem przez wiele lat, że karnawał konsumpcji, który kiedyś miała Grecja, zemścił się po mniej więcej dziesięciu latach - mówi prof. Dariusz Filar z Uniwersytetu Gdańskiego, były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Łukasz Kijek: Jak silnie w polską gospodarkę może uderzyć koronawirus?

Prof. Dariusz Filar: Nie ryzykowałbym wypowiedzi w kategoriach liczbowych. Policzenie tego dziś jest niemożliwe. Zwracam uwagę, że te zjawiska, z którymi mamy do czynienia mają charakter wielowymiarowy. One dotyczą zarówno sfery finansowej gospodarki, jak i realnej gospodarki. W gospodarce realnej dotyczą zarówno strony podażowej, jak i popytowej. Przez to, że dzieje się równocześnie tak wiele, to trudna jest realistyczna kalkulacja.

Koronawirus spowodował w Chinach, UE i USA, czyli w największych gospodarkach świata wyłączenie wielu silników w jednym momencie. Konsumpcja, produkcja i inwestycje. Nie wygląda to dobrze.

To jest właśnie ta wielowymiarowość.

Skoro to uderzenie jest tak rozległe, to czy grozi nam ryzyko recesji?

Jeżeli recesję będziemy rozumieć jako kurczenie się wzrostu gospodarczego w jakimś konkretnym okresie, to ryzyko takie istnieje. Decydujące będzie to, w jakim momencie będziemy mieć poczucie, że pandemia znalazła się pod kontrolą. Im wcześniej to nastąpi, tym lepiej, im później, tym gorzej. Im bardziej będą się te skutki zdrowotne przedłużać, tym poważniejsze będzie ryzyko recesji.

Amerykański bank centralny zareagował stanowczo. Ostro ściął stopy procentowe i będzie pompował pieniądze w gospodarkę. Słusznie?

W przypadku Stanów Zjednoczonych wielu analityków od dłuższego czasu zwracało uwagę, że giełda jest przegrzana. Po globalnym kryzysie finansowym nie wyciągnięto odpowiedniej lekcji i ta ogromna płynność, jaka znajdowała się w systemie, poszła w papiery wartościowe, giełdę, ale to nie miało prawie nic wspólnego z realnym wzrostem gospodarczym, czy modernizacją gospodarki. Jak patrzyłem na Stany Zjednoczone w obliczu epidemii koronawirusa, miałem poczucie, że przyszedł impuls, który po prostu przekuł balon giełdowy i to mógł być równie dobrze każdy inny impuls. Ponieważ, gdzieś pod skórą wszyscy czegoś takiego oczekiwali, to zaczęły się silne spadki na giełdach. Z tego punktu widzenia reakcja FED-u była uzasadniona, bo to była próba założenia hamulca na odpływ z giełdy. Na bardzo krótki moment to zadziałało.

Zobacz wideo Koronawirus i gospodarka.

Dopiero gdy wirus dotarł do Europy i Stanów Zjednoczonych giełdy zalały się czerwienią. Gdy był tylko w Chinach, to sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Dlaczego?

Chiny to ogromna fabryka świata, która na trzy miesiące została wyłączona. W Chinach koronawirus uderzył najmocniej w realną gospodarkę. Teraz czytam, że 95 proc. zakładów chińskich zaczyna produkować normalnie. Nie wiem, jaka jest wiarygodność tych danych, ale to byłaby bardzo dobra wiadomość. To wszystko nam pokazuje, że zatrzymanie tej globalnej fabryki świata spowodowało pozrywanie łańcuchów dostaw i w rezultacie z pewnym opóźnieniem problemy zaczęły mieć zakłady wytwórcze w Europie.

A Polska?

My też mamy swoją specyfikę. Nie waham się tego powiedzieć. Mieliśmy w sposób sztuczny napompowany wzrost gospodarczy do końca 2018 roku. Napompowany poprzez wprowadzenie bardzo silnego impulsu popytowego do gospodarki. Tym mocniej możemy teraz odczuć ewentualne hamowanie.

Rząd w Polsce przygotowuje pakiet ratunkowy, ale z punktu widzenia budżetu sytuacja może wyglądać niepokojąco. Wpływy z VAT najprawdopodobniej spadną, konsumpcja wyhamuje, produkcja też, inwestycje kuleją. Nowelizacja jest nieunikniona, co sygnalizują już nawet politycy PiS.

Nie ma ucieczki przed nowelizacją budżetu. Należałem do tych, którzy mówili, że w gruncie rzeczy ten triumfalnie ogłaszany "zrównoważony budżet" był czysto propagandowym zabiegiem osiągniętym przez przesuwanie środków z bardzo dziwnych pozycji na bardzo dziwne cele. Najlepszym przykładem jest Fundusz Solidarnościowy na 13-tą emeryturę. Przerzucanie ogromnego ciężaru finansowego na samorządy po to, żeby odciążyć centrum. Pytanie jest tylko, kiedy i w jakiej skali będzie musiała nastąpić nowelizacja.

Budżet ma sporo tzw. sztywnych wydatków, których bez zmiany ustawy nie da się ruszyć m.in. na programy socjalne. Wielu ekonomistów m.in. pan może powiedzieć dziś, przecież ostrzegaliśmy przed obciążaniem budżetu tak dużymi wydatkami?

Może nie jest fair w trudnej sytuacji pastwić się nad rządzącymi za to, jak przez ostatnie lata prowadzili politykę fiskalną. Sprawdza się jednak dokładnie to wszystko, o czym wielu ekonomistów mówiło, że dobre czasy służą przygotowaniu gospodarki na czasy złe. Natomiast u nas była prowadzona niezwykle luźna polityka fiskalna i w rezultacie ta konstrukcja budżetu nawet przed wybuchem kryzysu była zbudowana na styk i z bardzo dużymi napięciami. W momencie, gdy sytuacja zewnętrza się psuje, to taka konstrukcja się rozpada.

Ponieważ bardzo dużo tych wydatków nabrało charakteru wydatków sztywnych, to jest to teraz kula u nogi, albo kamień u szyi, który będzie ciążył nie tylko w tym roku, ale także w latach kolejnych. Według mnie wyjście z tego w najlepszym razie spowolnienia gospodarczego, a w najgorszym razie recesji nie nastąpi w krótkim czasie.

Jak może to być zatem rodzaj kryzysu? Szybki spadek, a później bardzo szybkie odbicie?

Raczej nie będzie to odbicie w kształcie litery V, czyli gwałtowny spadek i odbicie. Cała światowa gospodarka będzie z ogromnym wysiłkiem z tego się wygrzebywać.

Czyli takie programy jak 500 plus, czy 13. emerytura mogą być zagrożone?

Te programy dalej będą realizowane na kredyt. Będziemy się coraz bardziej zadłużać i ponosić duże koszty.

Po kryzysie w 2008 roku mieliśmy ogromny deficyt sektora finansów publicznych na poziomie około 8 proc. czyli na poziomie blisko 160 miliardów złotych. Teraz też rząd musi napompować ogromny deficyt sektora finansów publicznch?

W sytuacji, kiedy wielu firmom może zagrozić bankructwo, a dla wielu pracowników, zwłaszcza tych bez umów o pracę, może to oznaczać realny niedobór środków na bieżącą konsumpcję, rządowi nie pozostaje nic innego. Zapasów nie mamy, to będzie działaniem kosztem deficytu.

Jaki na koniec może być rachunek?

W pewnym momencie to już będą decyzje polityczne. Wychodzenie z tego może trwać lata. Ja powtarzałem przez wiele lat, że karnawał konsumpcji, który kiedyś miała Grecja zemścił się po mniej więcej dziesięciu latach. Być może wchodzimy w bardzo poważne wyzwania strukturalne dla finansów publicznych. To już jest wyzwanie nie tylko gospodarcze, ale także polityczne.

Na koniec to pytanie, które zadaje sobie wielu z nas. Jak ten kryzys może uderzyć nas po kieszeni?

Prawdopodobnie będzie to sporo równoległych zjawisk. Przy obecnej inflacji gospodarstwa domowe już odczuwają spadek realnej siły nabywczej wynagrodzeń. Do tego dołączy się wyhamowanie wzrostu wynagrodzeń, przecież firmy w tej sytuacji nie będą podnosić pensji. A jeszcze gorzej, gdyby do tego dołożył się wzrost bezrobocia. Jest słynne amerykańskie powiedzenie "witajcie w ciężkich czasach". Moim zdaniem w takie "ciężkie czasy" właśnie wchodzimy.

Wojciech Strozyk/REPORTER / WOJCIECH STROZYK/REPORTER

Prof. Dariusz Filar - wydział ekonomiczny Uniwersytetu Gdańskiego, W latach 2004 – 2010 członek Rady Polityki Pieniężnej NBP. Od marca 2010 do grudnia 2014 członek Rady Gospodarczej przy premierze.