Koronawirus przepędził klientów, sałata została. "Nie poddajemy się. Musimy wspierać się wzajemnie"

Koronawirus dotarł do Polski akurat wtedy, kiedy uprawiana w szklarniach od początku roku sałata dojrzała do sprzedaży. Małe gospodarstwo spod Warszawy z dnia na dzień zostało bez większości zamówień. Ogrodnicy jednak się nie poddali.

Zamrożenie gospodarki spowodowane pandemią koronawirusa sprawia, że wiele firm musi wymyślać swoje strategie biznesowe na nowo. Jedne stają przed widmem upadłości, inne znalazły niszę na rynku. W cyklu #BiznesWalczy pokazujemy, jak polski i światowy biznes odnajduje się w nowej rzeczywistości. Jeśli chcesz się z nami skontaktować i opowiedzieć swoją historię, napisz na adres next.redakcja@agora.pl.

Rodzice pana Łukasza od około 40 lat prowadzą małe gospodarstwo ogrodnicze pod Warszawą. Uprawiają sałatę. Działania związane z pandemią koronawirusa pozbawiły ich większości odbiorców.

Koronawirus uderza w ogrodników

Naszymi klientami były głównie małe warzywniaki rozsiane po Warszawie, restauracje i firmy cateringowe. Szacujemy, że około 70 proc. zleceń straciliśmy przez koronawirusa 

- mówi pan Łukasz. A sezon tak naprawdę dopiero rusza. Sałata zaczęła rosnąć na początku tego roku w ogrzewanych szklarniach. Ogrodnicy sprzedają ją od połowy lub końca marca (w zależności od warunków pogodowych) aż do grudnia. Dorosła więc w momencie, w którym w Polsce pojawił się koronawirus. 

- Rodzice sprzedają sałatę głównie na rynku hurtowym warzyw w podwarszawskich Broniszach. Tydzień temu mój tata zaczął dzwonić do klientów i pytać, czy będą składać zamówienia. I mniej więcej wyglądało to tak, że na 10 telefonów siedem osób mówiło mu, że ma zamknięty sklep na jakiś czas, albo nie wie, co będzie się działo, albo że będzie brać mniej. Teraz, z tego, co wiem, ruch w Broniszach też jest słaby - opowiada pan Łukasz. 

Zobacz wideo Premier zapowiada „nową normalność”. Co się zmieni?

Sałata z Rajszewa się nie poddaje

Postanowił pomóc rodzicom i zorganizować akcję na Facebooku, skierowaną do swoich sąsiadów z warszawskich dzielnic Żoliborz i Bielany - dostawę świeżej sałaty pod drzwi. Sałata z Rajszewa wzbudziła tak duże zainteresowanie, że szybko musiał przestać przyjmować zgłoszenia i zaznaczać wyraźnie, że jest w stanie rozwozić sałatę tylko w sobotę (w tygodniu sam pracuje) i tylko na ograniczonym obszarze. 

28 marca udało się zrealizować 71 zamówień, łącznie na 362 główki sałaty. Wszystko z zachowaniem środków ostrożności - płatności odbywały się przelewem, a przekazanie warzyw bez kontaktu osobistego. "Wiem, że było więcej chętnych. Przepraszamy, więcej dzisiaj nie daliśmy rady" - napisał organizator w podsumowującym poście. 

- Zdaję sobie sprawę z tego, że duża część osób, które wzięły udział w akcji, zobaczyła mój wpis i postanowiła po prostu pomóc. Ale są też tacy, którzy ucieszyli się, że dostaną sałatę pod drzwi, bo wiele sklepów jest zamkniętych, albo też oni po prostu boją się ich szukać. Oczywiście, nie jest to ilość, którą powinniśmy sprzedawać, ale mogę pozwolić sobie na pomoc rodzicom tylko raz w tygodniu. Na razie była to sporadyczna akcja, zobaczymy, co będzie dalej. Zresztą, podobnych akcji rolników czy ogrodników jest więcej - zauważa. 

Czytaj też: Właściciel plantacji poprosił o pomoc w kupowaniu tulipanów. Odzew przerósł jego oczekiwania

W część rolników koronawirus uderza na kilka sposobów. Po pierwsze, tracą klientów, po drugie, mogą stracić produkty, które często - jak sałata - nie mogą długo czekać na sprzedaż. Poza tym, pojawia się problem z pracownikami, zatrudnianymi do pomocy w sezonie. Pan Łukasz podkreśla jednak, że warto zawalczyć o utrzymanie biznesu. 

Zainwestowaliśmy w nasiona, podłoże, ogrzewanie szklarni i energię elektryczną. Na pewno w tym półroczu będziemy pod kreską ale taki sam los czeka większość firm. Nie poddajemy się, będziemy zachowywać wszelkie środki ostrożności i walczyć. Musimy wspierać się wzajemnie

- podsumowuje. 

Więcej o: