Właściciel baru: "Nie wyobrażam sobie, żeby rząd nie rzucił pieniędzy na rynek"

- Nie ma za mną żadnego zaplecza finansowego, żadnej dużej spółki, która mnie wspomaga. Jeśli to potrwa jeszcze ileś tygodni czy miesięcy, takie knajpki jak moja będą padać jak muchy - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Bartosz Raczkowski, właściciel klubokawiarni w Tychach.

Mikołaj Fidziński, next.gazeta.pl: Od 9 lat prowadzi Pan w Tychach klubokawiarnię.

Bartosz Raczkowski: Praktycznie cały profil "Cynamonu” to alkohol. Kawa, shake'i czy smoothie to 5-10 proc. moich obrotów. Ale nie jest to osiedlowa speluna z tanim piwem, broń Boże. "Cynamon" to knajpka z lekkim intelektualno-artystycznym zacięciem. 

Handluję niszowymi alkoholami. Często takimi, które mam jako jeden z pierwszych albo wręcz jedyny w Polsce. Unikam jak ognia podpisywania jakichkolwiek umów na wyłączność, bo wiem, że wtedy miałbym narzucone czym mam handlować i ile tego sprzedać.

To jest dzieło życia?

Tak, jakkolwiek tandetnie może to brzmieć. Od nastoletnich lat życia marzyłem o pracy za barem. Jak z amerykańskich filmów - gdy wchodzi do baru bohater filmu, a barman go zna i doskonale wie, co mu nalać, kiedy gadać, a kiedy milczeć. I bohater zawsze może mu się zwierzyć. Zachowując proporcje - w podobnej stylistyce prowadzę mój bar.

To jest takie spełnione marzenie "starszego" pana. Mam 46 lat, 20 lat marzyłem o tym, żeby mieć swoją knajpkę. Po latach zupełnie innej aktywności zawodowej, niezwiązanej z gastronomią, niemal z dnia na dzień podjąłem decyzję, że to jest ostatni moment, żeby to marzenie spełnić. Fajnie się to układało, skupiłem wokół siebie fantastycznych ludzi.

Teraz to wszystko się nagle skończyło...

Nagle dopadło mnie coś, co mi kompletnie wytrąciło argumenty z ręki. Znajduję się w sytuacji krytycznej. Od ponad 20 dni jestem bez grama przychodu. Moja knajpa podczas epidemii nie ma prawa funkcjonować na żadnych zasadach.

Knajpa jest zamknięta na cztery spusty, jeżdżę tylko co trzy-cztery dni sprawdzać, czy jest wszystko jest OK. I gapię się w pusty lokal.

Może produkcja jedzenia na wynos byłaby jakimś rozwiązaniem?

Mój lokal jest pozbawiony części gastronomicznej. Ale nawet ci, którzy robią jedzenie, mówią, że mają 5, 10 czy 15 proc. utargów, które mieli wcześniej. Pewnie jeszcze np. w Warszawie jest trochę łatwiej. Ale nie w Tychach.

Moi znajomi robią zbiórkę, żebym przetrwał ten trudny czas. Ja oczywiście jestem wręcz wzruszony i dawałem temu wyraz w korespondencji z tymi ludźmi. Najbardziej straszne jest to, że nikt z nas nie wie, ile to jeszcze potrwa i na co się nastawiać. Co, jeśli okaże się, że obecne reguły nie będą panowały dwa miesiące, tylko np. osiem? Co miesiąc będą robić takie zbiórki? Moi bliscy i moi goście też mają lub lata moment będą mieli doły finansowe.

W ciągu tych paru tygodni życiorysy wielu ludzi wywracają się do góry nogami, przetrącają się kręgosłupy finansowe. 

Czuje Pan to wsparcie klientów w trudnych chwilach?

Tak, i nie tylko ich. Wszyscy dostawcy zgodzili się odroczyć płatność faktur, i to bezterminowo. Ci ludzie, jak tylko wybierałem do nich numer, od razu mi mówili "Chyba wiemy, dlaczego dzwonisz. Musimy sobie pomagać". 

Lokal wynajmuję od prywatnego właściciela, który także na szczęście także zdecydować zrezygnować z lwiej części czynszu.

Natomiast jest masa płatności, które nie będą odroczone czy umorzone - przynajmniej na razie tak się wydaje. To choćby kwestia koncesji, opłat itd.

Po raz pierwszy w historii tacy jak ja nie mają możliwości pracowania.

Mocne słowa.

Ja i tysiące takich jak ja jesteśmy teraz bezsilni i musimy biernie czekać na rozwój sytuacji. Natomiast regulacje formalne są takie, a nie inne, i należy je też zrozumieć i respektować.

To nie jest tak, że ja się teraz wypowiadam w imieniu tysięcy restauratorów. Są knajpy z jedzeniem, są sieciówki - tam jest zupełnie inna kondycja finansowa. Ci duzi mają szansę przetrwać. Oni mają gwarancje, uproszczoną ścieżkę do kredytów, mają zaplecze w postaci koncernów. Tam jest armia prawników, która będzie wiedziała, jak wywalczyć jakieś odszkodowanie czy granty. 

Ja jestem sam na 90 metrach. Nie ma za mną żadnego zaplecza finansowego, żadnej dużej spółki, która mnie wspomaga. Jeśli to potrwa jeszcze ileś tygodni czy miesięcy, takie knajpki jak moja będą padać jak muchy. Obyśmy nie obudzili się w rzeczywistości, gdy na rynku będą same sieciówki.

Może coś pomogą programy pomocowe ze strony państwa?

Chciałbym wierzyć, że rząd znajdzie sposób, żeby uczciwie zadbać o mikrofirmy i samozatrudnionych. Pod kątem czysto ekonomicznym, ale też pod kątem nastrojów społecznych, wydaje się to jedyne rozwiązanie. Nie wyobrażam sobie, żeby rząd nie rzucił pieniędzy na rynek - tak po prostu, w formie dofinansowań, rekompensat, odszkodowań.

Irytujące było to, jak długo rząd ociągał się z tym, żeby zaprezentować konkretny pakiet rozwiązań. To powinno być natychmiast powiedziane: "Słuchajcie, cokolwiek dalej się będzie działo, zadbamy o was". Powinny zostać uruchomione potężne pieniądze na utrzymanie miejsc pracy i utrzymanie przedsiębiorców. Na całym cywilizowanym świecie samozatrudnieni są najcenniejsi dla gospodarki, bo generują miejsca pracy. U nas o ludzi prowadzących własny biznes się nie dba.

A sprzedaż alkoholi, które Pan ma? Może Pańscy klienci kupowali butelki do domu?

Tutaj jest druga strona medalu. To nie jest towar pierwszej potrzeby. Kto teraz będzie kupował np. niszową whisky za kilkaset czy tysiąc kilkaset złotych, nie wiedząc samemu, jak długo potrwa ta epidemia i związane z nią obostrzenia. Nie wiedząc, jak mu się ułoży biznes czy praca na etacie. 

Czyli czuje Pan po swoich klientach, że też są w dużej niepewności?

Oni są w bardzo dużej niepewności. Powiem wprost - część moich gości to jest taki średni management dużych firm pracujących w strefie przemysłowej w Tychach. Większość tych dużych zakładów ma przestoje liczone w tygodniach.

To są tysiące ludzi, którzy za postój dostają 80 procent pensji, a to jest początek. Wiadomo, że jak jest postój, to nie ma premii. A to premia często tak naprawdę determinuje jakość życia. Często standardowa pensja jest nie najwyższa, a tak naprawdę żyje się z dodatków.

Nasza rozmowa jest mocno pesymistyczna, dramatyczna. Może znajdzie się jednak jakaś nutka nadziei na koniec?

Jestem z natury optymistą. Myślę sobie, że przy maksymalnym zaangażowaniu i wzajemnej pomocy przetrwamy ten kryzys. Sam słyszę mnóstwo deklaracji o wszechstronnej pomocy, w głównej mierze od gości mojego baru. Deklaruję "walkę" o przetrwanie knajpki i zachęcam ludzi, by najmocniej dbali o te najmniejsze podmioty. Knajpki, saloniki, sklepiki. Trzymajmy się razem, a na pewno damy radę!

Zobacz wideo Koronawirus. Jakie obostrzenia obowiązują poza Polską?
Więcej o:
Komentarze (277)
Właściciel baru: 'Nie wyobrażam sobie, żeby rząd nie rzucił pieniędzy na rynek'
Zaloguj się
  • cozano

    Oceniono 54 razy 46

    " Nie wyobrażam sobie, żeby rząd nie rzucił pieniędzy na rynek - tak po prostu, w formie dofinansowań, rekompensat, odszkodowań."
    Zastanawiam się, czy temu panu wydaje się, jak dużej części suwerena, że rząd ma własne pieniądze? Pieniądze, jakie mieli pisowcy z podatków ze względu na dobrą koniunkturę światową są już dawno wydane , także te których nie ma i ze względu na kryzys nie będzie.

  • swru

    Oceniono 69 razy 35

    Chłopie dla rządu jesteś ważny żebyś 10 maja oddał głos na pacynkę. Potem już możesz zdychać , dla rządu jesteś zbędny.

  • fafik.laciaty

    Oceniono 48 razy 26

    Jako przedsiębiorca powiem, że się nie zgadzam. Szczerze - co to za biznes, który nie jest w stanie wytrzymać 2 miesięcy bez przychodu? A później? Jeżeli się okaże, że ludzie nie chcą pić wódy za 1000 PLN, to znaczy że ta wóda tak naprawdę nikomu nie jest potrzebna do szczęścia.
    Można prowadzić biznes, żeby zarabiać, można hobbystycznie, ale wtedy to trzeba mieć na to pieniądze.
    Ja przez pierwszy rok działalności nie kupiłem w zasadzie nic. Odkładałem, liczyłem, zastanawiałem się. Dopiero po przeszło roku wziąłem w leasing samochód. Dlaczego wtedy? Bo byłem pewien, że mnie na to stać. Do dnia dzisiejszego nie mam nic na kredyt. Wszystko zarobione, zapłacone. Jedynie samochód w leasingu, bo tak się po prostu opłaca.
    Teraz jest kryzys, jakoś mnie on dotyka, ale odłożyłem sobie na tyle dużo pieniędzy, że jeszcze z pół roku pociągnę. Nie liczę na żadne ulgi, odszkodowania, dopłaty. Właśnie przed chwilą zapłaciłem ZUS.
    Panie szanowny - nie robi się biznesu na zasadzie takiej, że leci się na styk, bo to żaden biznes i trzeba wracać na etat.
    I z całym szacunkiem, ale nie mam zamiaru ze swoich pieniędzy dokładać się do utrzymywania jakiejś artystycznej knajpki z wódą za półtora tysiąca. Tyle z mojej strony.

  • fazer5

    Oceniono 47 razy 25

    padną jeśli nie będą potrzebne, jeśli pojawi się zapotrzebowanie to powstaną nowe, przykro mi, że będzie pan musiał zrezygnować z leasingu za samochód swój i żony ale ja nie mam chęci dokładania się do niego

  • no_to_ciach

    Oceniono 33 razy 23

    Człowieku ... twoje 'dzieło życia' jest ostatnie w kolejce do ratowania,
    czasami trzeba się przebranżowić albo zacząć od zera. Polacy mają naprawdę
    większe problemy niż twoja knajpka z .... 'artystycznym zacięciem' serwująca schnapps -ów

  • wqcyzx

    Oceniono 38 razy 22

    Ten biznes nigdy nie miał racji bytu.
    Kryzys spuścił wodę w basenie.
    Teraz widać, kto stał w nim bez majtek

  • caramba000

    Oceniono 35 razy 17

    @Właściciel baru: "Nie wyobrażam sobie, żeby rząd nie rzucił pieniędzy na rynek", "Kto teraz będzie kupował np. niszową whisky za kilkaset czy tysiąc kilkaset złotych"

    Olaboga! Ludzie. Zrzućcie się na biednego żebraka! Kto mu teraz będzie kupował wódę za tysiąc złotych? Katastrofa!
    No i żebrak-byznesmen otwarcie woła o jałmużnę od rządu: rząd ma rzucić mu piniendzory, bo tak!

    No "ekonomiści" z GW się przyłączają do ściepy.

  • kzet69

    Oceniono 35 razy 17

    Jakich pieniędzy? Pieniądze są przejedzone, przehulane i rozdane na plusy....

  • bulfina

    Oceniono 23 razy 15

    Nie znam gościa i nie chce wrzucać wszystkich do jednego wora ale tego typu wielu wlascicieli knajpek, fitnesów itp. żyli przez ostatnie lata jak paniska zmieniając co pół roku leasingowe audi s na bmw m. Wracali z jednych wakacji i ruszali na następne, przy okazji popisywali sie xoraz to nowszymi gadżetami typu Iphone za 5 koła czy e-bike górski za 25 tys. Wszystkie zarobione, niemałe pieniądze byly wywalane równo. Bo gorszych czasów przeciez nie bedzie jak idzie tylko lepiej! A tu nagle 3 tygodnie postoju i padają. Trzebaby oddać bankowi BMW ale jak? Sprzedac gadzety ale przeciez musi mieć ! - no to fantastyczny pomysł : zbiórka! Zbiórka, karnery bez pokrycia, zwolnienie pracownikow i płacz ze rząd nie pomaga!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX