Donald Trump walczy ze Światową Organizacją Zdrowia. Zyskują na tym głównie Chiny

Chiny zdobywają coraz większe wpływy w organizacjach międzynarodowych. Niekonsekwentna polityka Donalda Trumpa doskonale ułatwia im to działanie.

Świat ma już przetestowane, czym kończy się rezygnacja Amerykanów z uczestnictwa w organizacjach międzynarodowych.

Donald Trump uderza w WHO, wcześniej podobne ruchy robił wobec ONZ

Latem 2018 roku Trump podjął decyzję o wystąpieniu z Rady Praw Człowieka ONZ. Głównie, jak to tłumaczono, ze względu na "chroniczne antyizraelskie uprzedzenie Rady", ale i dlatego, że Rada wezwała Biały Dom do zaprzestania polityki imigracyjnej "zero tolerancji", która prowadziła do czasowego oddzielania nieletnich dzieci od rodziców nielegalnie przekraczających amerykańską granicę.

Ten ostatni ruch rozwścieczył administrację Trumpa. Nikki Haley, ówczesna stała ambasador USA przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, nazwała go "hipokryzją", a Radę "wyrachowaną organizacją, która jest parodią praw człowieka".

Amerykanie wycofali się więc z Rady i to skrzętnie wykorzystał Pekin. Ludzie Xi, bez obecności Amerykanów przeforsowali później między innymi włączenie do Rady przedstawiciela wenezuelskiej dyktatury oraz skutecznie blokowali krytykę łamania praw człowieka przez Chiny wobec mniejszości Ujgurów.

Podobnie będzie w przypadku Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). - Jeśli wycofamy się z gry, Chiny oczywiście wypełnią pustą przestrzeń - powiedział kilka dni temu Joseph DeTrani, były dyrektor CIA ds. operacji w Azji Wschodniej w rozmowie z dziennikarzem Time’a.

Ambitne cele Pekinu

Mógł tak powiedzieć, bowiem Chiny co najmniej od kilku lat prowadzą konsekwentną politykę wzmacniania wpływów w organizacjach międzynarodowych. Ich celem jest między innymi, jak mówi Kristine Lee z waszyngtońskiego think tanku Center for the New American Security, przekształcenie ONZ "w platformę dla własnej polityki zagranicznej".

W tym celu starają się np. szefować różnym agendom Organizacji lub promować na najważniejsze stanowiska w niej ludzi sprzyjających Pekinowi. I robią to z sukcesem. Przedstawiciele Chin są już na czele co najmniej czterech z 15 agencji ONZ, Amerykanie szefują tylko jednej.

Pekin od pewnego czasu starał się też o wzmocnienie wpływów w WHO. Po pierwsze zwiększył jej finansowanie o ponad połowę od 2014 roku, do 86 mln dol. w aktualnym dwuletnim cyklu rozliczeniowym.

Chiny mocno wspierały też ponad dwa lata temu na szefa WHO jej aktualnego dyrektora generalnego Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa, byłego etiopskiego polityka. Zaprosiły go np. do Pekinu przed jego nominacją.

Czy WHO wspiera Chiny?

I tu dotykamy delikatnej kwestii, czy WHO faktycznie popełniła błędy w kwestii koronawirusa i czy też wspierała pewne, bynajmniej nie medyczne, działania Chin. Prawdą jest, że z początkiem roku, kiedy w Chinach pojawił się koronawirus, to WHO pochwaliła przejrzystość polityki informacyjnej Pekinu związanej w walce z wirusem. Dzisiaj już wiemy, choćby po podaniu przez Chińczyków w piątek nowych danych (o połowę wyższych) o "rzeczywistej" liczbie ofiar w Wuhan, że Pekin nie mówił całej prawdy.

14 stycznia WHO wzmocniła też początkowe stanowisko Chin mówiące o niewielkim zagrożeniu, pisząc na Twitterze, że nie ma dowodów na rozprzestrzenianie się wirusa "z człowieka na człowieka".

A kiedy Trump nałożył ograniczenia w podróżach do Chin, dr Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia, ostrzegł, że takie ograniczenia mogą zwiększyć "strach i piętno, przynosząc niewielkie korzyści zdrowotne".

WHO nie udało się też zabezpieczyć pierwszych próbek DNA wirusa, co mogłoby pomóc ustalić, gdzie wybuchła epidemia i ułatwić ustalenie, jak szybko wirus mutuje.

Z drugiej strony jednak prawdą jest też, że WHO już z początkiem stycznia poinformowała świat o zupełnie nowych wirusie oddechowym, a 11 stycznia dodała informację, że przenosi się drogą kropelkową i przez fizyczny kontakt z zarażonym. WHO podkreśla też, że już 10 dni później była przygotowana na wysłanie ekspertów do epicentrum epidemii w Wuhan.

Błędy i polityka Trumpa

Na aktualne działania WHO i Amerykanów nie można jednak patrzeć w oderwaniu od pewnych wcześniejszych działań Białego Domu i aktualnego życia politycznego w USA.

Zobacz wideo Nowy Jork ma swojego bohatera walki z koronawirusem. A jak wypada Donald Trump? USA w centrum pandemii

Po pierwsze, Trump zrobił wiele, by USA były słabo przygotowane na nadejście pandemii. I tu nawet nie chodzi o jego długie ignorowanie i niedocenianie problemu ani nawet krytykowanie działań podejmowanych w walce z wirusem przez Europejczyków. Nie chodzi też nawet o to, że amerykański prezydent 7 lutego komplementował chińskiego przywódcę - na Twitterze i konferencji prasowej - twierdząc, że Xi Jinping radzi sobie z epidemią bardzo dobrze i że USA "ściśle współpracują z Chinami, by pomóc".

Administracja Donalda Trumpa znacząco osłabiła amerykańskie Centrum Prewencji i Kontroli Zachorowań (CDC). Do niedawna była to najlepsza na świecie agencja walcząca z epidemiami, bardzo aktywna. Ta jej aktywność jednak skończyła się za czasów prezydentury Trumpa. Od jej początku amerykański przywódca dążył do redukcji finansowania oraz personelu CDC. Co roku proponował cięcia na poziomie dziesięciu lub kilkunastu procent. Obcinał też listę krajów, gdzie CDC prowadziło działalność.

Kongres zwykle te cięcia administracji odrzucał, ale nie wszystkie udało się zablokować. Trump zmniejszył np. od 2017 roku do 2020 roku liczbę amerykańskich pracowników CDC w Chinach z 11 do 3 oraz wspierający ich chiński personel z 39 do 11 osób. Gdyby Centrum działało jak wcześniej, być może świat i Ameryka byłyby dużo lepiej przygotowane na epidemię, niż są.

- To była wysoce profesjonalna, godna zaufania organizacja, ale teraz właściwie jej nie ma. To tragedia dla światowego zdrowia - twierdzi Ilona Kickbusch, doradczyni WHO i założycielka genewskiego Globalnego Centrum Zdrowia.

Do tego wszystkiego widać, że Chiny stają się w kampanii prezydenckiej Trumpa dokładnie tym samym, czym Meksyk cztery lata temu. To absolutny wróg, synonim wszystkiego co złe, wygodny chłopiec do bicia, który odwraca uwagę od ewidentnych błędów i popisów niekompetencji ludzi Trumpa.

Nie wiadomo, czy Amerykanie to kupią kolejny raz taką opowieść przy urnach wyborczych w tym roku, ale jedno jest pewne. Na niekonsekwentnej polityce Białego Domu traci prawie cały świat, a dużo zyskują głównie Chiny.