Inflacja w Polsce jest najwyższa w UE. Co będzie dalej? Ekonomista: wskazówką są inne kraje

Inflacja w Polsce w ostatnich miesiącach rosła, nie odpuściła też w marcu. Jak wynika z zestawienia przygotowanego przez unijny urząd statystyczny, nasz kraj pod względem tempa wzrostu cen jest liderem w Europie. Koronawirus może sporo w danych namieszać.
Zobacz wideo Czy grozi nam znaczny wzrost inflacji? Paweł Borys: Na razie z tą inflacją jest jak z yeti

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego, inflacja w marcu spowolniła tylko minimalnie - do 4,6 z 4,7 proc. w ujęciu rok do roku. Jest więc bliska najwyższego poziomu od listopada 2011 roku. Wyraźnie drożała m.in. żywność, ale także, co jest widoczne od pewnego czasu - usługi. 

Polska z najwyższą inflacją w UE

Swoje dane podał także Eurostat, unijny urząd statystyczny. Liczy on inflację nieco inaczej niż GUS, po to, by wskaźniki dla poszczególnych krajów były porównywalne. Trend jest jednak ten sam - w marcu wzrost cen w naszym kraju lekko spowolnił, do 3,9 proc. rok do roku wobec 4,1 proc. w lutym. To daje nam, obok Węgier, pierwsze miejsce w zestawieniu państw UE z najwyższą inflacją. 

Na powyższej grafice widać, że najwyższy wskaźnik mają kraje z naszego regionu Europy - obok Węgier także Czechy, Rumunia, Słowacja i Bułgaria. Wśród przyczyn może być większy udział żywności w zakupach, której ceny wszędzie rosną. 

Unijna średnia inflacyjna to 1,2 proc. - o 0,4 punktu procentowego mniej niż w lutym. W wielu państwach spadek inflacji był znacznie głębszy niż w Polsce. Na przykład w Belgii z 1,0 do 0,4 proc., w Estonii z 2,0 do 1.0 proc., we Francji z 1,6 do 0,8 proc., w Hiszpanii z 0,9 do 0,1 proc., w Chorwacji z 1,2 proc. do 0,5 proc. 

Koronawirus i inflacja. Co czeka nas w kolejnych miesiącach?

Dlaczego zatem w Polsce spowolnienie wzrostu cen było tak nieznaczne? Jak wyjaśnia Ignacy Morawski, ekonomista portalu SpotData, to z jednej strony wspomniany większy udział żywności w strukturze zakupów - Polacy rzucili się robić zapasy, wzrósł więc popyt, na co firmy odpowiedziały podwyżkami cen. Ekonomista widzi jeszcze jeden powód: do mniej więcej 11 marca polska gospodarka działała bez zmian, tak, jak wcześniej. A wcześniej wiele firm usługowych podnosiło ceny swoich usług. Wielokrotnie o tym pisaliśmy, wskazując, że firmy po prostu próbują przerzucić na klientów m.in. wzrost płacy minimalnej i innych kosztów. 

I teraz kluczowe pytanie: co dalej? Jeszcze przed wybuchem pandemii ekonomiści prognozowali, że mniej więcej od kwietnia inflacja powinna hamować. Jak na to wpłynie koronawirus? Według Ignacego Morawskiego, wskazówką może być to, co dzieje w innych krajach, szczególnie tych mocniej dotkniętych epidemią, gdzie (za wyjątkiem Włoch), wzrost cen spowalniał mocniej niż w pozostałych. 

"Wiele wskazuje, że uderzenie epidemii w popyt jest mocniejsze niż uszczerbek wywołany po stronie podażowej gospodarki. Innymi słowy, zdolności nabywcze ludności mogą obniżyć się bardziej niż zdolności wytwórcze firm. A to będzie sprzyjało obniżeniu inflacji. To zjawisko powinniśmy zaobserwować również w Polsce - publikacja danych za kwiecień będzie pierwszym momentem, kiedy będzie można to zweryfikować" - pisze ekonomista w swoim komentarzu. 

Zwraca też uwagę na jeszcze jedną kwestię - deflacja, czyli spadek cen ("ujemna inflacja") w części państw europejskich może być równie poważnym problemem. "W tak głębokim kryzysie bowiem deflacja może być jak oliwa dolewana do ognia, spadek cen może pogłębiać problemy związane z zadłużeniem i wypłacalnością" - uważa. Jego zdaniem to sprowokuje banki centralne do radykalnych działań. I nie tylko banki, w skrajnym scenariuszu rządy mogłyby zdecydować się na krok podobny do tego, który właśnie zrobili Amerykanie - czyli na przesyłanie bezpośrednio obywatelom pieniędzy. Taki krok, czyli więcej środków na wydatki, mógłby napędzić konsumpcję i w związku z tym wzrost cen. 

Do scenariusza powszechnej deflacji jeszcze jednak daleko, a w Polsce byłby on bardzo mało prawdopodobny, bo mamy z czego schodzić, jeśli chodzi o wzrost cen. Nie tylko Ignacy Morawski spodziewa się dalszego spowolnienia inflacji, podobne oczekiwania zawierają oficjalne prognozy banków. Na przykład Credit Agricole szacuje, że inflacja z 4,5 proc. w pierwszym kwartale tego roku spowolni do 2,9 proc. w drugim, 2,0 proc. w trzecim i 2,3 proc. w czwartym kwartale. Z kolei mBank w raporcie z początku kwietnia spodziewał się, że z 4,5 proc. średnio w pierwszym kwartale tego roku inflacja spadnie do 2,1 proc. jesienią i zimą, a nawet jeszcze mocniej w przyszłym roku. 

Jest jeszcze jeden potencjalny czynnik inflacyjny, którego wpływ jak na razie trudno oszacować - susza.