Ratowniczka medyczna dla Gazeta.pl: Nasz szpital zakaźny od tygodni nie przyjmuje pacjentów przywożonych przez ratowników

Ratownicy na kwarantannach, ciągnące się przez kilkanaście dni oczekiwanie na zrobienie badań przez sanepid i szpitale zakaźne, które nie chcą przyjmować pacjentów. Obraz służby zdrowia w czasie epidemii w najmniejszym stopniu nie napawa optymizmem. W rozmowie z Gazeta.pl ratowniczka medyczna zdradza szczegóły swojej pracy w tym ciężkim okresie.

Już kilka tygodni temu w rozmowie z Łukaszem Rojgoszem z Gazeta.pl ratownik medyczny ostrzegał, że system opieki zdrowotnej w Polsce nie jest przygotowany na epidemię. Pracownik zespołu karetki pogotowia ratunkowego przestrzegał m.in. przed tym, że wkrótce może zabraknąć ratowników. 

Ten czarny scenariusz niestety zaczyna się spełniać. We wtorek serwis rmf24.pl poinformował o 58 pracownikach warszawskiego pogotowia, którzy zostali skierowani na kwarantannę. W innych miastach sytuacja nie jest lepsza, czego dowiedzieliśmy się z rozmowy z ratowniczką medyczną, wobec której również zastosowano przymusową izolację. Nasza rozmówczyni woli pozostać anonimowa.

Kamil Rakosza, Next.gazeta.pl: Jak to się stało, że znalazła się pani na kwarantannie?

Ratowniczka medyczna: Kwarantanna została zastosowana wobec mnie i mojego męża, który również pracuje w szpitalu. Mąż miał kontakt ze swoim kolegą, u którego test na koronawirusa dał wynik dodatni. Kilkanaście dni temu dostaliśmy telefon z informacją o obowiązkowej kwarantannie dla męża. Ja, jako współzamieszkująca, również jej podlegam.

Co ciekawe, kwarantanna została wobec nas zastosowana z datą wsteczną. Po prostu powiadomiono nas, że od trzech dni podlegamy jej obowiązkowi, czyli jeden dzień po dniu, w którym doszło do kontaktu męża z zakażonym kolegą.

Do dnia dzisiejszego nie wydano w naszej sprawie żadnej decyzji. Nie figurujemy w żadnym rejestrze - co na własną rękę udało mi się ustalić pokątnie - "szpitalnymi kanałami". Wymazy zostały nam wcześniej pobrane - również "szpitalnymi kanałami" - i badanie dało wynik ujemny.

Długo czekaliście państwo na wynik badania?

Zacznijmy od tego, że w naszym przypadku testu nie wykonywał sanepid. Na pobranie wymazu przez pracowników służb sanitarno-epidemiologicznych moi koledzy z pracy czekali trzy tygodnie. Na przyjazd tzw. wymazobusa.

Przez trzy tygodnie czekali na samo pobranie próbek? To po jakim czasie dostali wyniki testów?

Ja dostałam wyniki z dnia na dzień. Oni po czterech, pięciu dniach. Na wymazobus czeka się czasem dłużej, niż wynosi wyznaczony przez rząd okres kwarantanny. Czyli w przypadku moich kolegów, ratowników medycznych, łączny czas ich izolacji był dłuższy o czas oczekiwania na przyjazd sanepidu.

W tym czasie oczywiście nie mogli wykonywać zawodu?

Nie. No chyba że zdarzyło się tak, że wynik przychodził wcześniej. Wówczas zwalniano ich z kwarantanny. Ratownicy są izolowani, kiedy np. mieli kontakt z pacjentem zakażonym koronawirusem, a nie byli odpowiednio zabezpieczeni. Dzieje się tak również dlatego, że pacjenci często ukrywają informację o tym, że np. wcześniej przebywali w szpitalu, który został zamknięty z powodu wykrycia w nim kilku ognisk koronawirusa. W czasie rozmowy z dyspozytorem zgłaszający kłamią - nie informują o narażeniu na kontakt z zakażonymi COVID-19.

Przez takie zatajanie faktów później okazuje się, że trzeba wysłać na kwarantannę kolejne dwa zespoły karetki pogotowia ratunkowego.

Masakra.

To jest totalny zamęt. W nocy było wezwanie do kobiety z dusznościami bez podwyższonej temperatury, z ujemnym wywiadem COVID-19. Rodzina ukryła fakt, że pacjentka została wypisana z oddziału, na którym wykryto kilka przypadków koronawirusa.

Ratownicy działali, stosując standardowe środki ochrony osobistej, bez kombinezonów. Reanimacja okazała się nieskuteczna. Zaczęły się telefony, co ratownicy mają robić w związku z kontaktem. Najpierw do dyspozytora. Potem do koordynatora, który odsyłał ratowników do sanepidu. Sanepid z kolei do kierownika stacji koordynującej ratowników. Cała ta wymiana telefonów trwała jakieś półtorej godziny, po których stwierdzono, że zespół ma iść do domów.

W naszym mieście nie ma zaplecza lokalowego, w którym ratownicy mogliby zostać odizolowani w takiej sytuacji. Zespół wrócił do bazy, zdezynfekował karetkę, a około drugiej w nocy ratownicy zostali pozostawieni sami sobie.

Nocowali u siebie nawzajem, ponieważ nie chcieli narażać na zakażenie swoich bliskich. Niestety tak to u nas wygląda.

I nikt nie myśli o stworzeniu takiego zaplecza?

Jeden zespół został odizolowany w jakimś specjalnie przeznaczonym na ten cel lokum, ale nie w naszym mieście. Cała akcja została jednak przeprowadzona raczej po to, żeby dyrekcja miała czym się pochwalić w mediach społecznościowych. W ogromnej większości miast nie ma żadnego zaplecza pozwalającego na bezpieczne odizolowanie zespołów karetek pogotowia ratunkowego. Nie przygotowano żadnych lokali zastępczych.

Nie brzmi to dobrze.

W ciągu ostatnich trzech tygodni na cztery zespoły karetek ratunkowych działających w naszej stacji odizolowano dziesięciu ratowników. Do pracy trzeba ściągać pracowników innych stacji ratunkowych, co oczywiście jest utrudnione w sytuacji, kiedy osoby w nich zatrudnione są kierowane na kwarantanny.

Skutkiem tego do pracy w zespołach karetek ratunkowych dopuszcza się osoby, które są świeżo po studiach. Nie mają natomiast żadnego praktycznego doświadczenia w zawodzie. Grafik pracy jest układany na bieżąco. Nierzadko ratownicy muszą zostawać na 24-godzinne dyżury, a niektórzy z nich nawet na 36-godzinne, bo np. w nocy przez koronawirusa wypadła cała ekipa karetki i nie ma komu ich zastąpić. Mówię panu, to jedna wielka improwizacja.

Czyli teoretycznie może zdarzyć się sytuacja, w której wszyscy są uziemieni i nie ma komu jechać po pacjenta?

Warto wyjaśnić, jak wygląda przekazywanie pacjenta do szpitala. Przez ostatnie trzy tygodnie wszystkie szpitale w naszym mieście były zamknięte, ponieważ stały się ogniskami epidemii COVID-19. Musieliśmy prosić placówki w ościennych miastach o to, by przyjęły pacjenta czy to z zawałem serca, czy z udarem mózgu albo ze złamaną kończyną. Oczywiście nie bez trudności.

Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy wieziemy pacjenta z podejrzeniem zakażenia koronawirusem. Wtedy przekazanie go do szpitala trwa jakieś cztery, pięć godzin. Przez tyle czasu z użytkowania wyłączona jest karetka pogotowia ratunkowego.

Na jakiej podstawie podejmuje się decyzję o tym, który pacjent może mieć koronawirusa?

Pacjentów kwalifikujemy na podstawie: temperatury ciała - kiedy ta przekracza 38,5; występują objawy ze strony układu oddechowego - duszność, spadek saturacji; dodatniego wywiadu epidemiologicznego. Jeżeli spełniona jest któraś z przesłanek, pacjent powinien trafić do szpitala zakaźnego. W naszym mieście od kilku tygodni szpital zakaźny nie przyjmuje pacjentów przywożonych przez zespoły ratownictwa medycznego.

Pacjent z wysoką gorączką i brakiem innych symptomów wskazujących na zakażenie koronawirusem nie musi być od razu hospitalizowany. Często wystarczy pobranie wymazu, wydanie zaleceń odnośnie do leczenia i obowiązkowej kwarantanny. Niestety niektórzy lekarze odmawiają przeprowadzenia badania pacjenta. Czasem nawet go nie widząc. Wówczas musimy szukać szpitala zakaźnego w innym mieście, gdzie chory zostanie zbadany. W ten sposób tracimy kolejne godziny.

Co jeszcze utrudnia pracę ratowników w czasie epidemii?

To, że zamknięte są praktycznie wszystkie poradnie POZ. To loteria - pacjenci albo dodzwonią się do przychodni i zostanie im udzielona porada telemedyczna, albo nie. Ten temat niejednokrotnie przewija się w rozmowach z chorymi, do których jeździmy.

A jeździmy zarówno do nagłych przypadków, jak i do takich, które powinny być rozwiązywane w zwykłych poradniach POZ. Pacjenci z nadciśnieniem czy cukrzycą bywają jednak zmuszani do ostateczności i wybrania numeru ratunkowego, ponieważ telefony w ich przychodniach milczą.

I to wszystko schodzi na cztery załogi karetek pogotowia ratunkowego, które obsługują to 100-tys. miasto. A przyjęcie każdego pacjenta na oddział - często w ościennym mieście - to dziś wyłącznie przejaw dobrej woli lokalnego szpitala.

Gdzie najdalej musieliście państwo zawozić chorego?

Do szpitala oddalonego o niecałe 70 km. Totalnie niezrozumiała dla nas jest także sprawa kombinezonów ochronnych, których na stanie mamy dwa lub trzy, w zależności od składu zespołu.

Załóżmy, że w nocy mamy przekazanie pacjenta z ryzykiem zarażenia COVID-19. Zostawiamy go na oddziale, lecz na tym sprawa się nie kończy. Musimy zdezynfekować siebie i karetkę, po czym jechać kolejne 25 km w jedną stronę do specjalnie wyznaczonej w danym rejonie operacyjnym dyspozytorni, w której możemy odebrać nowe kombinezony. I znowu tracimy czas i pieniądze.

A dlaczego kombinezony nie są dostępne w każdej stacji? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć.