Śląsk "polską Lombardią"? Duży wzrost zakażeń w kopalniach. Koronawirus ma tam idealne warunki [WYKRES DNIA]

Województwo śląskie prześcignęło 3 maja województwo mazowieckie w liczbie stwierdzonych zakażeń koronawirusem. W kopalniach pojawiają się nowe ogniska zachorowań. - Lepszym miejscem dla koronawirusa niż kopalnie są tylko koszary i więzienia - mówi wirusolog dr hab. Tomasz Dzieciątkowski.

Od 1 do 6 maja włącznie w województwie śląskim potwierdzono 708 przypadków zakażenia koronawirusem. To niemal 38 proc. wszystkich zachorowań w całej Polsce w tym okresie (było ich 1865). Dla porównania, do 30 kwietnia województwo śląskie odpowiadało za niespełna 17,5 proc. wszystkich zakażeń w Polsce. 

Oczywiście to, że województwo śląskie jest w czołówce regionów pod względem liczby zachorowań, nie jest żadną niespodzianką - to drugie najludniejsze województwo w kraju (za mazowieckim), więc siłą rzeczy ma też więcej osób z koronawirusem. Niemniej o ile w innych miejscach Polski można mówić na razie o pewnej stabilizacji czy nawet wypłaszczaniu krzywej zachorowań, o tyle na Śląsku sytuacja w ostatnich dniach jest mocno niepokojąca. 

embed

Większość zakażeń to ogniska w kopalniach. Jak informuje Polska Grupa Górnicza, koronawirus obecny jest już w zakładach wszystkich spółek, w tym w PGG zakażonych jest ok. 360 pracowników. Jak donosi TVP Info, łącznie w śląskich kopalniach zakażenie potwierdzono już u prawie 450 osób. Mowa wyłącznie o pracownikach - a wiadomo już, że zakażenia wykrywa się także u członków rodziny górników. Tysiące pracowników kopalń jest obecnie poddawanych kwarantannie i testom.

Agata Pustułka z "Dziennika Zachodniego" pisze, że Śląsk "może się chyba tylko modlić, żeby nie zostać drugą Lombardią". Do takiego scenariusza jest oczywiście bardzo daleko. Nie ulega jednak wątpliwości, że z punktu widzenia epidemiologii, kopalnia to bardzo "dobre" miejsce dla rozwoju koronawirusa. 

Teoretycznie lepszym miejscem dla wirusa, ale i łatwiejszym dla nas pod względem kontroli i potencjalnej kwarantanny, byłyby tylko więzienia i koszary. No i - co się już przydarzyło - domy pomocy społecznej

- komentuje w rozmowie z next.gazeta.pl wirusolog dr hab. Tomasz Dzieciątkowski. Duże zgromadzenia osób - szczególnie m.in. w windach, gdzie górnicy są ściśnięci, ciężka praca osłabiająca układ odpornościowy, obieg powietrza w kopalni siłą rzeczy gorszy niż na zewnątrz - to wszystko warunki, które sprzyjają zakażeniom koronawirusem. Dodatkowo, większość górników ze względu na warunki pracy cierpi na przewlekłe choroby dróg oddechowych, co naraża ich na ciężki przebieg zakażenia COVID-19.

Czy to, że górnicy mogli roznosić wirusa swoim rodzinom, a te z kolei dalej, może sprawić, że ostatnie wzrosty zachorowań na Śląsku nie będą tylko chwilowym pikiem? 

Absolutnie nie można wykluczyć, że na Śląsku będziemy mieli centrum zakażeń w Polsce. Obym był złym prorokiem, ale jeżeli dodatkowo nałoży się na to potencjalna zapaść systemu opieki zdrowotnej, bo zacznie jeszcze chorować personel medyczny, to może to być prawdziwy problem

- mówi dr Dzieciątkowski i uczula na temat akcji #NieKłamMedyka.

Jeżeli ktoś podejrzewa u siebie COVID-19, jeżeli mógł mieć kontakt z zakażoną osobą, to niech powie o tym ratownikowi medycznemu, pielęgniarce, lekarzowi. Zostanie prawidłowo zaopatrzony. Nikt nie będzie pozostawiony na pastwę losu. Daleko nam jeszcze do Lombardii, żeby wybierać, kogo należy podłączyć pod respirator, a kogo nie. Nie, tutaj uspokajam. Ale żeby właśnie nie doszło do takich sytuacji, nie należy kłamać i konfabulować personelowi medycznemu

- apeluje wirusolog.

Czy można było zamknąć kopalnie?

Skoro kopalnie są tak idealnym miejscem dla rozwoju koronawirusa, powstaje zasadne pytanie, czy coś można było zrobić wcześniej? Spółki górnicze komunikują, że wprowadziły wiele środków bezpieczeństwa. Chodzi m.in. o skrócony czas pracy tak, aby dwie zmiany nie spotykały się na tzw. podszybiu - czyli w miejscu, gdzie jedni wyjeżdżają windą na powierzchnię, a drudzy zjeżdżają do pracy. W windach ograniczono liczbę osób. Górnicy używają też maseczek czy okularów, i to także w drodze na stanowiska pracy, chociaż pojawiają się też relacje, że niektórzy mieli do dyspozycji jedną maseczkę na cały dzień. Systematycznie przeprowadza się dezynfekcje czy pomiary temperatury pracowników. 

Tyle przynajmniej w teorii. Ale czy w każdej kopalni wszystkie zasady bezpieczeństwa były sumiennie stosowane, a górnicy odpowiednio nadzorowani - to już oczywiście osobna kwestia. 

Czy trzeba jeszcze mocniej ograniczyć pracę górników - tym bardziej, że z powodu epidemii uniemożliwiono działanie innym branżom? Całkiem kopalń zamknąć się nie da - część prac technicznych, związanych np. z odwadnianiem czy wentylacją kopalń, należy wykonywać regularnie. Teoretycznie na jakiś czas można by mocniej zahamować wydobycie węgla bez zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego Polski. Jak wylicza Bartłomiej Derski z portalu wysokienapiecie.pl, zapasów węgla energetycznego mamy w Polsce na pół roku, węgla koksowego na około miesiąc.  

Trzeba jednak mieć też oczywiście na względzie, że epidemia sama nie wygaśnie, pewnie dopóki większość z nas nie zachoruje albo nie wynajdziemy szczepionki. Więc zamykanie kopalń nie miałoby większego sensu

- uważa ekspert. Optymalnym rozwiązaniem wydają się wobec tego daleko idące środki ostrożności i ich gruntowna kontrola.

Problemem w kopalniach są wąskie gardła w postaci szybów windowych czy łaźni. Pewnie można by przeorganizować pracę tak, żeby przede wszystkim górnicy się w takich miejscach jak windy tak blisko nie stykali, dosłownie chuchając na siebie

- komentuje Derski.

Zobacz wideo Mieszkanie dobrą inwestycją w czasie kryzysu? „Kredytobiorcy odczuwają teraz realne oszczędności”